czwartek, 24 października 2024

 

The End

 

 

###

 

Proszę, nie zabijajcie posłańca.

Ja tu tylko tłumaczę.

Obiecuję, że zabiorę się za kolejną część najszybciej, jak będę mogła, ale nie wcześniej niż w połowie listopada na

https://www.wattpad.com/user/Moniqueromans

Monique.

 ###

Następna część już jest:

https://monique-romans-35.blogspot.com/ 

https://www.wattpad.com/story/379909095-dziki-jak-wiatr

#####

 

Tłumaczenie nie służy korzyściom majątkowym,

ale będę wdzięczna, jeśli zechcesz kupić mi kawę na:

 https://www.paypal.com/paypalme/Monique1b?country.x=PL&locale.x=pl_PL

 



EPILOG

 

EPILOG

Panem swego losu;

kapitanem swojej duszy

Snapper

 

- Hej, Słonko.

Snap odwrócił się od zaznaczania ściany, gdzie on i Shy zamierzali wspiąć się na szafkę, by zobaczyć swoją Rosie wchodzącą z Kane’em, lepiej znanym jako Playboy, bo dzieciak, mający zaledwie kilka miesięcy, był cholernym flirciarzem. Dziecko było na jej biodrze.

To był mały syn Shy’a i Tab.

Tabby podążała za nią, niosąc torbę z pieluchami; spojrzenie Tab powędrowało na jej mężczyznę, ale Rosie patrzyła na Snapa.

Jego kobieta wyglądała naprawdę cholernie dobrze z dzieckiem na biodrze.

A ona zawsze wyglądała naprawdę cholernie dobrze.

Shy podszedł do Tab.

Ale Snap stał nieruchomo, bo Rosalie szła w jego stronę.

Kiedy to dotarła, dotknął ustami jej ust, a następnie połaskotał Playboya, na co dzieciak zatoczył się i zagwarzył, ale głównie trzymał się Rosie (to trzymanie oznaczało łapanie jej cycka, pieprzony mały flirciarz), i spojrzał z powrotem na swoją kobietę.

- Co o tym myślisz? - zapytał.

Oderwała od niego wzrok i spojrzała na szafki, które Shy i on montowali.

To było jego mieszkanie, w którym mieszkał. Albo obecnie: w którym mieszkał kiedyś.

Przed Rosie większość czasu spędzał w swoim pokoju w Kompleksie Chaosu, ale jeśli czuł potrzebę ciszy, trochę przestrzeni tylko dla siebie (co nie było rzadkością), przychodził tu.

Ale ponieważ teraz spędzał cały czas z Rosie, nie był wielkim fanem posiadania nieruchomości, której nie używał, a która również nic dla niego nie zarabiała. Biorąc pod uwagę, że wprowadził się do tego miejsca takim, jakie było i nie zrobił nic, żeby je odnowić, kiedy to zrobił, ale budynek był ładny i mógł za niego dostać przyzwoity czynsz, gdyby go odnowił, instalował nową kuchnię, nowe łazienki, pomalował ściany i położył kafelki na podłogach.

A był w stanie to wszystko wybebeszyć i zacząć to robić, ponieważ tydzień wcześniej całkowicie wprowadził się do Rosie.

Przeprowadzka do ich wozowni odbiła się im małą czkawką, czymś, co powodowało, że każdy dzień nie był taki sam jak poprzedni, ale też każdy dzień nie był aż tak bardzo inny. Nie wspominając o tym, że nie zajęło im to wiele czasu, bo większość swoich rzeczy sprzedał na portalu craigslist, skoro dzięki rzeczom Rosie i tym dodatkowym, które kupiła, miejsce było słodkie i nie potrzebowali, żeby jego gówno mieszało w jej stylówce.

Ale ogólnie rzecz biorąc, tak właśnie było. Każdy dzień przechodził w następny, nie było nic nowego (oprócz stołu w jadalni, mebli ogrodowych i jego „kącika do czytania” - czegoś, co uważał za zabawne i słodkie - zabawne, bo nazwa była gapowata jak cholera, słodkie, bo myślała o nim, nawet jeśli on nadal czytał, przez większość czasu rozbijając obóz na kanapie, by ona mogła się obok niego wyciągnąć).

Ale wszystko było solidne. Nie było dobre, ale czysto złote.

Rosalie Holloway nie była marzącą o przygodach i emocjach. Chodziło jej tylko o to, żeby być z ludźmi, którzy coś dla niej znaczyli, o wyciszenie świata, tak żeby wszystko, czego potrzebowałeś, żeby nakarmić swoją duszę, to godzina z nią w ciszy, rozciągnięta z tobą na kanapie.

A dowiedziawszy się tego, Snapper zakochał się w niej jeszcze bardziej.

- Wyglądają dobrze – oświadczyła, zwracając uwagę na szafki, które już ustawili.

- Można by pomyśleć, że to ty je wybrałaś – odpowiedziała Tabby Rosalie i spojrzała na Snapa - Są ładne. Nadal uważam, że powinnaś była wybrać kremowe.

- Miejsce jest nowoczesne, kremowe są bardziej tradycyjne – powiedziała Rosalie.

- Kremowe jest bardziej neutralne – odparł Tab.

Rosalie uśmiechnęła się do niej, unosząc brwi - Bardziej neutralne niż białe?

Snap nie był fanem uniesionych brwi tylko dlatego, że zwróciło to jego uwagę na blizną na lewej brwi.

Jej blizny były widoczne jako cienkie białe ślady biegnące przez brwi, wzdłuż żuchwy i jedna, która była około pół cala w dół po lewej stronie grzbietu nosa.

Odkąd odbyli konwersację o tym kilka miesięcy temu, nie wspominała o nich i to było dobre.

Ale za każdym razem, gdy on zwracał na nie uwagę, widział ją na podłodze tego magazynu, i to było złe.

Okłamał ją tej nocy, kiedy wyznał jej prawdziwe plany Chaosu dotyczące jej byłej. Nie sądził, że Gerard Beck mógłby cokolwiek zrobić, aby odpokutować to, co zrobił Rosalie. Uważał, że ten facet był bezużytecznym kawałkiem gówna, a przeprosiny po tym, jak on i jego bracia spuścili lanie bezbronnej kobiecie, bo przyłapano ich na łamaniu pieprzonego prawa, były bezwartościowe - niezależnie od tego, czy były słowami, czy czynami.

Ale Rosie wydawała się być łagodna, zdecydowanie była na drodze do odejścia od tego i od Throttle’a, i nie zamierzał zrobić nic, żeby się w to wgryźć.

- Musisz spojrzeć na te próbki płytek, Rosie - powiedział, żeby odwrócić swoją uwagę od tego gówna - Musimy podjąć decyzję, żebym mógł to zamówić i zlecić dostawę.

Skinęła mu głową i podeszła z Playboyem do pudła, w którym była szafka, której Shy i on jeszcze nie wyjęli, a na niej leżało mnóstwo próbek płytek.

- Czarny - zarządziła Tabby, która również podeszła, żeby zajrzeć.

- Moja kobieta zawsze ma swoje zdanie - mruknęła Shy z uśmiechem, zdejmując folię termokurczliwą i ochronną osłonę z szafki, którą miały zamiar zamontować.

- Szary - powiedziała Rosalie.

- Marudzenie - odparła Tabby - Szary jest nudny.

- To mieszkanie do wynajęcia, Tab - odpowiedziała Rosalie swoim słodkim, śpiewnym głosem, ani trochę nie zdenerwowana umiejętnością Tab do nadmiernie otwartego dzielenia się swoją opinią. Z drugiej strony, tak było z tymi dwoma, albo - Rosie - z kimkolwiek. Ona się nie nakręcała za bardzo. Właściwie, odkąd się uspokoiła po tym, co się z nią stało, nigdy się nie nakręcała - Musi być neutralny, żeby ludzie mogli budować na nim swoje własne rzeczy.

- Można budować na czerni - powiedziała Tabby.

- A czerń pokazuje wszystko. Trudniej jest zachować ładny wygląd - odparła Rosalie.

Tabby nie miała nic do powiedzenia, bo Rosalie miała rację.

Więc to była szarość.

Nie trzeba dodawać, że kobiety się zaprzyjaźniły.

Bez względu na to, czy otwarcie wyrażała swoje zdanie, czy nie, trudno było nie lubić Tabithy Cage. Była po prostu dobrym człowiekiem. A jeśli byłaś kobietą, była najlepszym rodzajem przyjaciółki, jaką można było mieć (choć często była wariatką, ale ponieważ Rosalie zupełnie taka nie była, wyrównywały się nawzajem). I szczerze mówiąc, nie sposób było nie lubić Rosie.

Zbliżyły się. Być może chodziło o to, że Rosie otworzyła furtkę, aby Tab mogła wkroczyć, bo martwiła się po tym, co stało się z Rosalie. Przede wszystkim chodziło o to, że wszyscy po prostu lubili się. Historia nie miała tu żadnego znaczenia. Po prostu zrobiono to w taki sposób, że nie było nawet niezręczności. Było tylko to, co mieli teraz.

Ponadto byli tym samym pokoleniem braci i ich kobiet w Klubie, będąc mniej więcej w tym samym wieku, więc wraz z Jokiem i Carrie, spędzali ze sobą dużo czasu.

Playboy wyciągnął rączki do mamy, a Tabby zabrała swojego syna.

Rosie zwróciła się do Snapa - Przyszliśmy sprawdzić szafki i obejrzeć próbki. Przyszliśmy też zapytać, czy nie chcielibyście zrobić sobie przerwy i pójść z nami na lunch.

- Lunch brzmi dobrze - odpowiedział Shy, podchodząc do żony i syna, a kiedy to zrobił, jego syn stracił zainteresowanie mamą i zwrócił się do taty.

Shy nie kazał mu tylko chcieć. Wziął swojego małego mężczyznę i przyciągnął go do siebie, muskając ustami górną część jego czaszki, a następnie głęboko wciągnął powietrze, jakby esencja syna była eliksirem życia.

I prawdopodobnie tak było, Snap chciał poczuć to na własnej skórze, kiedy nadejdzie właściwy czas.

- Joker, Carissa i Travis spotkają się z nami w Las Delicias za pół godziny - powiedziała Tabby mężczyznom.

- Idealnie - powiedział Snapper, patrząc na Rosie. - Jedziesz na tylnym siedzeniu mojego motocykla, mała?

- Absolutnie.

Na jej słowa, na sposób w jaki je powiedziała i w jaki osiadły głęboko w jego trzewiach, uśmiechnął się.

Był tym facetem, który zawsze znał swoje przeznaczenie. Cokolwiek życie mu by przywaliło, wiedział, że sobie z tym poradzi, gdy nieomylnie zmierzał do jednego: utrzymania się przy życiu, znalezienia kobiety do kochania i założenia rodziny.

Nie obchodziło go, czy zrobiłby to jako bogaty czy biedny. Nie obchodziło go, czy zrobiłby to w Denver, gdzie dorastał, czy na Alasce, czy na księżycu. Lubił szkołę, ale kiedy ją skończył, miał już dość. Nie chciał grać w korporacyjną grę. Nie chciał stawiać czoła życiu pełnemu monotonii. I sprawił, że nie miał tego. Chciał tylko rodziny, swojego motocykla, swoich braci, solidnych i stabilnych.

Ale, co było najważniejsze, chciał świata, w którym jego kobieta patrzyłaby mu w oczy, gdy prosił ją, by była blisko niego, blisko mężczyzny, który pragnął tego, co wielu uważałoby za ograniczenia, tego wszystkiego: nie bogactwa w banku, nie wakacji w Toskanii, po prostu tego, do czego prowadziło ich życie, a jej odpowiedź brzmiałaby: Absolutnie.

Znalazł to w Rosalie.

Miał to w domu, w łóżku, na tylnym siedzeniu swojego motocykla.

To był cud, cichy, prawdziwy i stały.

I bez względu na to, co musiał zrobić, by to zatrzymać…

Nigdy nie zamierzał tego puścić.

*****

- Snap?

- Ta?

Leżała na nim.

Było po lunchu w Las Delicias z ich ekipą. Po tym, jak on i Shy wrócili do mieszkania, żeby skończyć z szafkami, a kobiety poszły tam, gdzie kobiety szły, żeby odreagować burrito (w przypadku Rosie i Tabby, do centrum handlowego). Po tym, jak wrócił do domu, wziął prysznic i zjadł kolację z Rosalie, a następnie zabrał ją na przejażdżkę w zachodzącym wczesno-letnim słońcu. Po tym, jak wrócili do domu, wzięli sobie piwa i rozciągnęli się na kanapie, on ze swoją książką, ona ze swoją, przy czym on zauważył, że nie czytała, ale nie przywiązywał do tego większej wagi. Kiedy miała własną książkę, jej myśli często błądziły, ale po wyrazie jej twarzy mógł stwierdzić, że jej refleksje nigdy nie zaprowadziły jej nigdzie, gdzie nie chciała być.

- Nigdy nie mówiłeś, co myślisz o imieniu Hermiona.

Poczuł, jak jego ciało się napięło.

Stało się to tuż przed tym, jak zaczął trząść się niekontrolowanie, bo wybuchnął śmiechem.

Kiedy odzyskał nad tym kontrolę, jeśli nie dużą to zawsze jakąś, zobaczył, że się do niego uśmiechała.

Wtedy zdał sobie sprawę, że złożył jej obietnicę, której nie dotrzymał.

Powiedział jej, że doprowadzi ją do takiego momentu w jej życiu, kiedy będzie się dużo śmiała.

Jak dotąd to się nie wydarzyło.

Zamiast tego to ona doprowadziła go do takiego momentu w jego życiu, kiedy to robił, nie... ona dała mu to, a kiedy to zrobiła, po prostu patrzyła na niego, będąc szczęśliwa i uśmiechnięta.

Ponownie przysiągł sobie, że zrobi wszystko, co w jego mocy, by się jej odwdzięczyć.

Ale czuł, że oboje byli całkowicie zadowoleni z tego, jak to się potoczyło.

Kiedy w końcu opanował humor, uniósł brwi i zapytał cicho, obejmując ją mocno ramieniem - Myślisz o dzieciach, mała?

- To by cię przeraziło? – zapytała.

- Kurwa, nie – odpowiedział stanowczo.

I zdobył kolejny jej uśmiech.

- Dla ciebie też dwa, czy...? – zachęciła.

- Dam ci tyle, ile chcesz – odpowiedział.

Uśmiech, który się pojawił, był naprawdę słodki, w sposób, który sprawił, że poczuł potrzebę zrobienia czegoś z tym.

- Rosie, Cotton wydaje poważne gówno. Musisz pozwolić mi to skończyć - oświadczył - Potem spędzę czas, kończąc ciebie.

Odwróciła wzrok w stronę jego książki - Zawsze tracę cię na rzecz Steve’a Berry’ego.

- Ten facet wydaje jedną książkę rocznie - poinformował ją.

Spojrzała na niego, ale pochyliła głowę bokiem do jego książki - Ile razy to czytałeś?

 

- Trzy.

I wreszcie to nadeszło.

Jej ciało poruszało się na nim wraz ze śmiechem.

Nadal to robiąc, oparła swoją książkę o jego klatkę piersiową i rozkazała - Dokończ swój rozdział - Jej uwaga skupiła się na jej własnych stronach - Wtedy możesz skończyć mnie.

Snap również zwrócił uwagę na swoją książkę.

I nigdy w życiu nie czytał tak szybko.

*****

Snapper był za barem w Kompleksie Chaosu.

Mieli trzech nowych rekrutów, których mógł wezwać do służby, co było ich obowiązkiem, ale on bawił się w barmana, jak często to robił – na pewno odkąd zaczęło się to gówno z Valenzuelą – bo, robiąc to, miał oko na swoich braci.

I teraz na Rosalie.

Siedziała na kanapie w kącie ze Speckiem, z Coroną w dłoni i uśmiechem na twarzy.

Jej gęste ciemne włosy, szczupła sylwetka, długie nogi, ładna twarz, te ciepłe orzechowe oczy, ten pieprzony uśmiech...

Tak, złapał w swe objęcia cud.

O czymkolwiek rozmawiali, Speck czuł się z tym dobrze i swobodnie, w ich własnym małym świecie, to był jedyny sposób, w jaki Rosalie mogła dać mężczyźnie, choć z oczywistymi różnicami dla Specka.

Miała ten talent, do brata, starszej pani lub groupies motocyklistów.

Rosie nie należała do osób, które leją w siebie szoty tequili, robią się głośne, od razu wpadają w szał, a potem atakują cię mocno, więc nie masz innego wyjścia, jak tylko pieprzyć ją pod ścianą po drodze do swojego pokoju.

Tam, gdzie była Rosie, panowała cicha jedność.

A jeśli chciała jego kutasa, wystarczyło, że rzuciła mu to spojrzenie. To, które miała w dwóch wersjach. W zależności od wersji Snap mógł ocenić, gdzie to jest i dokąd miał z nią pójść. Jeśli to byłoby pilne, zabrałby jej tyłek do swojego pokoju na tyłach Kompleksu, żeby nie kazać jej czekać i dać jej to, czego chciała. Jeśli nie, zaprowadziłby jej tyłek do domu.

Oderwał wzrok od Rosie i rozejrzał się po barze.

Boz siedział na stołku, waląc szoty tequili. Z grubsza licząc, jak dotąd miał ich siedem.

Robił to, wpatrując się w bar i nie zachowując się towarzysko w sposób, który unosił się nad nim jak paskudna chmura gradowa, ostrzegając wszystkich, aby trzymali się z daleka.

Ani jeden brat, ani żadna z ich kobiet nie byli głupi, więc trzymali się z daleka.

Było wiele powodów obecnego usposobienia Boza.

Ale w jego obecnym nastroju Snapper nie mógł podejść i spróbować wydobyć od niego, który z nich pieprzył mu w głowie i doprowadzał go do upicia się. Albo w najgorszym wypadku, gdyby wszystkie to robiły.

Jeśli mężczyzna chciał spędzić trochę czasu w samotności, nawet jeśli szukał tego w pomieszczeniu pełnym ludzi, Snap zamierzał mu to dać.

Więc odpuścił.

Big Pete siedział w grupie na końcu baru z Dogiem i Brickiem.

Zarówno Dog, jak i Brick jakiś czas temu wyjechali do Western Slope, żeby otworzyć tam nowy sklep. Ale teraz obaj wrócili do Denver, żeby pomóc im skupić się na swoich problemach.

Brick jednak wkrótce miał wystartować. Musiał wrócić. Znalazł kobietę godną siebie, co było wyczynem Bricka, bo większość kobiet, które wybierał, obdzierała go ze wszystkiego do gołego tyłka lub kończył na tym, że go prowadziła za kutasa. Według wszystkich doniesień ta nie była ani jedną, ani drugą. Ta była całkiem dobra. Mieszkała w miasteczku motocyklowym o nazwie Carnal. Ślub był nieunikniony i bracia wkrótce mieli pojechać na przejażdżkę.

Snapowi nie podobał się wygląd tego zgromadzenia. Sytuacja była poważna i nie poprawiała się, głównie dlatego, że nic się nie działo. Od kiedy Rosalie dostała lanie od Bounty kilka miesięcy temu, a Chaos sprowadził na nich odwet, jedyną rzeczą, jaka się wydarzyła, było to, że niedawno dostali przesyłkę na swój stół piknikowy przed tym właśnie budynkiem.

Ale to było jakieś paskudne gówno i jako takie wysłało wszystkich braci, już zdenerwowanych, prosto na krawędź. Co gorsza, nie mieli nawet wystarczającej kontroli nad tym, co się działo, aby cholernie mocno szarpnąć, próbując coś poluzować.

Nikt nie chciał Armagedonu.

Ale było gorzej ze świadomością, że może tam być, czekając, a oni nie mieli innego wyboru, jak czekać, aż uderzy podstępnym atakiem.

To zgromadzenie mogło wskazywać, że strony były zajęte, nawet jeśli tym, czego najbardziej nie potrzebowali w Klubie, były linie podziału. Snap czuł, że taka linia została wyznaczona, gdy Rosie została wciągnięta, a następnie pobita, po tym, jak to się stało, po prostu w ocenie Snappera wszyscy mężczyźni stanęli na właściwej stronie tej linii.

W swojej historii Chaos rozpadł się raz. Stało się to brzydko.

Teraz nie mógł rozpaść się ponownie. I chociaż każdy brat wiedział, że to była prawda, przy tym gównie, które się działo, wydawało się to nieuniknione.

Na pieprzonej krawędzi.

Tab i Shy’a nie było tam. Ani Rush’a, brata Tabby z krwi, brata Snappera z naszywek. Tacka i Tyry też nie.

Tab niedawno poniosła stratę. W noc stołu piknikowego. Od tamtej pory nie wróciła do Kompleksu i miała trudności z powrotem do zdrowia. Więc Shy, Rush, Tack, Tyra i Tab i mali siostrzeńcy Rusha, Rider i Cutter, zajmowali się swoją dziewczyną.

Kolejny strzał ostrzegawczy.

Tak, na cholernej krawędzi.

Roscoe i Hopper grali w bilard z Lanie i Carissą. Joke siedział w warsztacie po drugiej stronie dziedzińca, trzymając głowę w napięciu, pozwalając myślom tkwić głęboko w budowanym pojeździe.

Lanie i Carissa przegrywały dotkliwie. Również nie przejmowały się tym, a ich częsty śmiech i jasne osobowości, wraz z cichym spokojem Rosie, były jedynymi rzeczami, które powstrzymywały zagładę wiszącą nad Kompleksem Chaosu przed ogarnięciem ich wszystkich, zatkaniem powietrza, uduszeniem ich na stojąco.

Snap widział to u Roscoe i Hopa. Bracia uśmiechali się do kobiet, ale ich ciała były napięte. Ostatnio Roscoe zaczął zwyczajowo trzaskać kłykciami i teraz nie było inaczej. Hop dwukrotnie skręcił głowę, aby rozluźnić mięśnie szyi, co złapał Snap.

Na krawędzi.

Big Pete ruszył z grupy w stronę Renae, która przerzucała się gównem z Arlo, siedząc na stołkach na drugim końcu baru, blisko podwójnych drzwi prowadzących do Kompleksu.

To wydarzyło się, gdy Dog skierował się do tylnego holu, gdzie zostawił swoją staruszkę, Sheilę, w swoim pokoju. Jego kobieta była niewątpliwie nieprzytomna lub po prostu fizycznie nieruchoma po odgłosach ostrego seksu, które wszyscy słyszeli, dochodzących do pokoju wspólnego, co skłoniło Snapa do podkręcenia muzyki. Brick skierował się do stołu bilardowego.

Snap uważnie obserwował ruchy Pete’a.

Arlo miał kobietę, którą uważał za swoją od dawna, a Snap nie wiedział o tym wiele, wiedział tylko, że ją zdradzał. Często. Po tym, jak Boz (który również lubił różne cipki, nawet gdy jego kutas należał do jednej) zostawił Bev, Arlo był ostatnim bratem z naszywką Chaosu, który to robił. A Snap nie pozostawił uwagi Renae wyłącznie temu bratu. Miał na nich oko.

Nie podobało mu się to.

Pete’owi, co stawało się jasne, podobało się to mniej.

Z drugiej strony, patrząc na twarz Pete’a, Snap widział, że powód, dla którego nie był wielkim fanem tego, że Arlo szykuje się do ataku na matkę Rosalie, nie był tym samym, dla którego Pete’owi się to nie podobało. Pete był o jakieś dziesięć lat starszy od Arlo, ale po jego twarzy widać było, że było to raczej piętnaście lat. Albo trzydzieści.

Ale ten mężczyzna był najbardziej lojalnym, solidnym człowiekiem, jakiego Snap kiedykolwiek spotkał. Bardziej niż Tack, który potrafił być wybuchowy, nawet jeśli miał w tym względzie zaciekłą kontrolę. Nawet bardziej niż High, który nauczył się w trudny sposób, jak zachować spokój. Nawet bardziej niż Brick, który był łagodny i gładki prawie cały czas, nawet jeśli nie skończył właśnie skręta.

Kiedy Pete zainicjował blokadę kutasa, Snap ponownie rozejrzał się po pomieszczeniu.

High i Millie mieli córki High’a, które miał ze swoją byłą, więc byli w tej szalonej rezydencji, którą facet kupił swoim dziewczynom w północnym Denver.

Tak, Logan „High” Judd był motocyklistą, który mieszkał w gotyckim wiktoriańskim dworze, który emanował klasą z każdego centymetra kwadratowego, tak samo jak jego starsza pani. Wszystko, z wyjątkiem piwnicznej jaskini mężczyzny, która stanowiła tak ostry kontrast ze wszystkim, co było dookoła, że ​​Snap nie mógł wejść do pieprzonego miejsca bez poczucia natychmiastowego szoku kulturowego, a zaraz po tym pękając ze śmiechu.

Cokolwiek tam robili, Snap bez wątpienia High często znajdował czas na rozmyślanie o obecnych czasach, a kiedy to robił, kręcił głową jak Hop.

Szczególnie nieobecny był Hound. Kiedyś często bywał w pobliżu. Poważne gówno się z nim działo - on i jego bracia, on i jego teraz-kobieta. Snap był szczerze zszokowany, jak gówno Hound przygwoździł jakąkolwiek kobietę, a tym bardziej tę, dla której poszedł na całość. Snap był pod wrażeniem, że dla tego faceta zawsze najważniejsze było braterstwo, krew, żołądek i tyłek bez przywiązywania się.

Z drugiej strony, ostatnio pojawiło się wiele szokujących rzeczy o Hound’zie.

Więc, co było rzadkim przypadkiem, jeśli chodziło o Hound’a, Snap dowiedział się, że się mylił.

Ale w tym przypadku był zadowolony, że tak było.

Jego oczy spoczęły na Rosalie i, co nie było niezwykłe, jego kutas zareagował.

Była uspokojona w towarzystwie swoich ludzi, ale atmosfera ją przeniknęła, wiedziała, co to zrobiło z jej mężczyzną, i była zdecydowana coś z tym zrobić.

Uniósł brodę, aby przyjąć jej ofertę.

Uśmiechnęła się i spojrzała na Specka.

Snap podszedł do Boza i nalał kolejnego szota do pustego kieliszka, na który Boz spoglądał gniewnie.

Potem krzyknął - Chill! - i rekrut, który robił to, co do cholery robił za barem ze Snapem, podbiegł do niego.

- Masz bar - powiedział do rekruta.

- Rozumiem, bracie – odpowiedział Chill.

Snap okrążył bar i nie było dla niego zaskoczeniem, że w pełnej synchronizacji spotkał Rosalie przy drzwiach, które były wejściem do tylnego holu, holu prowadzącego do wszystkich pokoi braci.

Odwzajemniając jej lekki uśmiech, prawdopodobnie również oddając ciepło, które tliło się w jej oczach, wsunął ramię wokół jej ramion i poczuł, jak jej ramię sunie wzdłuż jego talii.

Musieli się lekko obrócić bokiem, aby przejść przez drzwi, ale zrobili to, poruszając się przymocowani do siebie przez nie, wzdłuż holu i aż do jego pokoju.

*****

Brał ją dwoma palcami, ssąc rytmicznie jej łechtaczkę, ale mocniej, potem mocniej, a potem mocniej, podnosząc oczy i obserwując, jak napinała się, napierając na niego, będąc naga, wygięta w łuk, z nogami szeroko opuszczonymi na boki. Jak zamierzał do tego doprowadzić, znalazła to dla niego, jej ciało przywarło do jego ust, a on ssał i głaskał ją przez to, aż zrozumiał, że to było dla niej za dużo i dopiero wtedy odczepił się i odsunął, wciąż ją obserwując, z oczami przyklejonymi do piękna jego Rosalie pochłoniętej orgazmem.

Ale trzymał palce głęboko w niej zakopane i dopiero gdy jej ciało się uspokoiło, a jej spojrzenie powędrowało mgliście w dół, by złapać jego, podniósł się na kolana, powoli, delikatnie wycofując palce, przesuwając je nad jej łechtaczką z lekkim dotykiem, słuchając cichego dźwięku, który wydawała, mówiąc mu, że to lubiła.

Nie spuszczał wzroku ze swojej kobiety, a ona patrzyła na niego, gdy klęczał między jej nogami, owijając lewą rękę wokół swojego kutasa i głaszcząc powoli, podczas gdy uniósł prawą rękę, z palcami pokrytymi jej wilgocią, i wciągnął je do ust, by ssać jej słodycz w dół swojego gardła.

Wydała kolejny dźwięk, głębsze miauczenie, i wiła się pod nim.

Zabrał ją tam.

Ale była gotowa na więcej.

Wysunął palce spomiędzy warg i delikatnie rozkazał - Odwróć się, mała. Na kolana.

Skinęła głową i natychmiast zrobiła to, co kazał, oferując swojemu mężczyźnie swój słodki tyłek i mokrą, różową cipkę, rozchylając uda, aby dać mu idealny kąt do ustawienia.

Boże, kurwa, kochał tę kobietę, jej włosy na poduszce, zapach jej seksu w nosie, cichą jedność, którą dzielili przez cały czas, ale szczególnie w tych momentach, szczere zaufanie, którym go obdarzała przez bezustannie.

Ale szczególnie w tych momentach.

Wytarł jej wilgoć z wąsów wokół ust tyłem przedramienia, nie oblizując jej, ale zostawiając ją tam, aby mógł poczuć jej zapach na sobie, gdyby już zasnęli.

Potem podszedł do niej na kolanach, kierując swoim kutasem, teraz odsłoniętym, ponieważ oboje zostali przebadani, a ona zaczęła zajmować się planowaniem rodziny.

Złoży nasienie w jej łonie. Wkrótce. Po tym, jak gówno Chaosu skończy się i będzie mógł jej dać tylko to, co pewne i prawdziwe.

Pierścionek, który jej da, przyjdzie jednak wcześniej.

Wślizgnął się powoli, obserwując, jak wysilała się, żeby powstrzymać się i wziąć go tak, jak on chciał ją wziąć. Wiedział, że jego mała była dzika tylko w jeden sposób i dał jej to, po tym, jak zabrał ją w miejsce, w którym końcowy wynik zwali ją z nóg, ale sprowadzi ich świat do niczego poza ciałami ich dwojga w łóżku i ani jednej rzeczy poza tym.

Kołysał się w niej, patrząc, jak jej ramiona wysuwają się, grzebią pod poduszkami, sięgają, by owinąć palce wokół wezgłowia łóżka.

I kontynuował kołysanie w niej, dając jej tylko swojego kutasa, nawet nie pieszcząc skóry jej pięknego tyłka palcami.

Kiedy obserwował, jak napięcie gromadzi się w mięśniach wzdłuż jej kręgosłupa, czuł, jak jej uda i tyłek drżą, gdy przyjmowała jego powolne pchnięcia, powstrzymując się dla niego, przyspieszył, łapiąc ją w talii, przyciągając ją, by się z nim spotkała.

- Snap – szepnęła.

Nic nie powiedział. Był tuż tam. Dokładnie tam, gdzie miał być. I nie mogła tego przegapić.

Pochylił się nad nią, przesuwając ręce w górę po jej żebrach i do środka jej ciała. Lekko skręcił palcami jej napięte sutki, co sprawiło, że całe jej ciało zaczęło się trząść.

Chryste, była cholernie wspaniała.

- Snap – To było błaganie.

Przeciągnął opuszkami mocno po jej sutkach, a następnie zadrapał je paznokciami kciuków.

- O Boże, kochanie – wyszeptała.

Przesuwając ręce, trzymał ją lewą ręką przy talii, a prawą przycisnął do dolnej części jej pleców.

Nadszedł czas.

– Idź, mała – wyszeptał.

I poszła. Głowa odleciała jej do tyłu, palce ciasno zacisnęły się wokół wezgłowia, by dać jej dźwignię, Snapper najpierw obserwował ją, pieprzącą się na jego fiucie.

Potem obserwował ich lśniące połączenie, gdy nabijała się na niego, raz po raz, raz po raz.

Jedna z jej rąk puściła wezgłowie, zanurkowała między jej nogi, a Snap zacisnął swój tyłek, a potem całe ciało, by powstrzymać przypływ uczuć, które przytłoczyły by go, gdyby na to pozwolił, kiedy ujeżdżała jego fiuta, będąc na kolanach, dotykając siebie. Nie robiła tego długo, zanim krzyknęła i kontynuowała swoją szorstką jazdę, aż doszła, pokrywając go tak cholernie ślisko, że oboje musieli wręcz pływać.

Dopiero wtedy odpuścił, ale skupił się na tym, by jego kutas zatapiał się głęboko w jej mokrej skórze, aż nie mógł widzieć niczego wokół siebie, niczego z niej, tylko ich dwoje razem, i zacisnął zęby, by wtłoczyć piękno tego, co mieli, do swojego gardła, płuc, jelit, tyłka, przez jaja, na zewnątrz swojego kutasa, wystrzeliwując to w cudownych pulsujących powodziach do swojej Rosalie.

Pochylił się na dół, by odkryć, że ona już była na dole, teraz pieprząc siebie i jego, słodkimi ślizgami.

Wtedy przesunął dłonie po jej skórze, przyjmując ją w inny sposób, jednocześnie coś jej dając.

Wykonała ruch, jakby chciała go wyciągnąć, zmienić pozycję, a on wymamrotał - Nie, kochanie i zatrzymała ten ruch, ale nadal słodko go pieprzyła.

Pozwolił jej, aż stracił panowanie nad tym i musiał wysunąć się całkowicie, ale cały czas przesuwał ręce po jej talii, dolnej części pleców, biodrach, tyłku, koniuszkami palców muskając tył jej ud.

Zadrżała przed nim i nie poruszyła się, cicha, opanowana, świat zredukowany do tego łóżka i ich ciał, i Rosalie oferująca mu wszystko, czego potrzebował, na kolanach, jego spermą kapiącą z niej, trzymająca dla niego, tam dla niego, jego świat.

- Pete robił grę - powiedział cicho.

- Tak - zgodziła się.

- Co o tym myślisz? - zapytał, wciąż ją dotykając.

- Jeśli pozwoli, będę szczęśliwa ze względu na mamyę Uradowana dla Big Pete’a.

Uśmiechnął się do niej, bo jej słowa były dobre.

Renae potrzebowała szczęścia w swoim życiu, które pochodziłoby z czegoś więcej niż posiadanie córki, szczęście jej córki, relacji, którą budowała z mężczyzną jej córki i Klubem, który ten mężczyzna im dał, a jeśli Pete, który sam nie sięgnął po to od lat, mógł jej to dać, to działało dla Snapa.

Ale, znając Pete’a tak, jak znał, był po drugiej stronie. Byłby szczęśliwy, gdyby Pete znów kogoś znalazł. Byłby podekscytowany dla Renae, ponieważ nie mogła zrobić nic lepszego niż znalezienie Pete’a.

Cisza zapadła przyjemnie i ciepło, ale Rosalie ją przerwała.

- Nie jest dobrze.

Tak, miał rację, Rosie to wyczuła.

- Nie - potwierdził.

- Jesteś bardzo nerwowy.

- Tak.

- Czy mogę coś zrobić? - zapytała.

- Nie - odpowiedział.

Szarpnęła głową, tak że jej włosy opadły na bok i spojrzała na niego kątem oka.

- Jesteś pewien?

Leżała rozciągnięta, z tyłkiem do góry, cipką ociekającą.

Jej zaproszenie nie było zawoalowane.

Uśmiechnął się do niej.

- Nie.

Odwzajemniła uśmiech i pokręciła tyłkiem - Nie spiesz się, Mulder.

Jego dryfujące palce wślizgnęły się między jej nogi. – Lepiej w to uwierz, Scully.

Przygryzła wargę.

Zaczął bawić się jej łechtaczką.

Powoli jego starsza pani zamknęła oczy.

I nic nie przeniknęło, ani rywalizujące kluby motocyklowe, ani dilerzy, ani psychopaci alfonsowie, ani to, co zostało im na tym stole piknikowym, ani zmiana, która miała miejsce w Klubie.

Świat był mały.

W ogólnym rozrachunku, maleńki.

Tylko Snapper i jego Rosalie.

Ale miał się otworzyć.

Otworzyć szeroko.

Wsysając ich wszystkich w mroczną pustkę szaleństwa.

*****

Padał ulewny deszcz.

Był przemoczony.

Miał zatkane gardło.

Włosy opadały mu na oczy, a oczy mrugały, by pozbyć się włosów i wilgoci.

I krwi.

Jego dłonie były zaciśnięte w pięści, w tym ta, której palce zacisnęły się na kolbie pistoletu.

I Everett „Snapper” Kavanagh patrzył.

To było to.

Koniec był bliski.

A sądząc po tym, co właśnie zobaczył, co właśnie zostało zrobione, coś, co było już okropnie paskudne, miało stać się poważnie… cholernie… brzydkie.

Czerwona plama wody deszczowej zbierała się pod jego butami.

To znowu był Black.

Ten dupek próbował zrobić Snapowi to samo, co jego mentorowi udało się zrobić Blackowi.

Wyeliminować brata, którego wszyscy lubili. Tego zrównoważonego.

Ciszę w burzy.

Wyeliminować brata, którego eliminacja rozpaliłaby ogień pod całym Klubem, który już był beczką prochu, nie po to, by wysadzić go w powietrze, ale by zmusić ich do zgaszenia światła, a następnie trzymania się linii ciemności.

Ale tym razem, serio, cholernie szczęśliwie, im się nie udało.

- Jestem panem swojego losu - wyszeptał, nie pochylając głowy, kiedy krew, woda i pot mieszały się, spływając po jego szyi, przez kurtkę, mocząc koszulkę, przepełniała adrenalina, gdy życie, którym chciał się dzielić z Rosie, niemal zgasło pod ciosem ostrza, wpatrując się, przeklęcie wpatrując się, nie mogąc oderwać wzroku - Jestem kapitanem swojej duszy.

Wymagało to wiele wysiłku, ale zerwał kontakt wzrokowy i odszedł, podnosząc bezpiecznik i wpychając pistolet za tylny pasek spodni, zanim wyciągnął telefon, ignorując pizzę, którą odbierał dla siebie i Rosalie, i kierując się do swojego pickupa.

Musiał podejmować decyzje i to szybko.

Podjął je.

Szybko.

Więc jego pierwszą decyzją był telefon do Rush’a.

Drugą był Throttle.

Trzecim był Tack.

Jego ostatnim telefonem był ten do Rosalie.

 

 

 

 

 

The End