niedziela, 6 października 2024

1 - Odkupienie

 

ROZDZIAŁ 1

Odkupienie

Rosalie

 

Stałam w łazience mojej mamy i gapiłam się na siebie w lustrze.

Miałam mieć blizny. Trzy.

Mężczyźni z bliznami na twarzy byli uważani za interesujących, jakby prowadzili życie pełne przygód lub byli twardzielami.

Kobiety z bliznami były postrzegane jako żałosne, jakby przydarzyło im się jakieś traumatyczne wydarzenie w życiu, którego nie przeżyły bez naznaczenia i z tego powodu były obiektami współczucia.

Kolejna rozbieżność między płciami, która była absolutnie niesprawiedliwa.

Jak różnica w masie, w fizyczności.

Miałam nadwagę. Miałam szczupłe, długie nogi, szczupłe biodra, chude ramiona, ale miałam duże cycki, które w połączeniu z tamtym wyglądały sztucznie.

Nie były.

Moja matka dała mi wiele dobrych rzeczy, w tym gęste ciemne włosy.

I jej duże cycki.

Mój ojciec ubolewał nad tym.

- Już wystarczająco trudno jest trzymać mężczyzn z dala od ciebie, ślicznotko - mówił do mojej mamy - Ale ty masz moją obrączkę na palcu i tkwi tam od lat. Teraz muszę martwić się o moją córeczkę.

O rany.

Tęskniłam za moim tatą.

Przestałam myśleć o tacie i spojrzałam na swój tors w lustrze.

Przez dwadzieścia osiem lat życia nauczyłam się, że duże piersi mają niesamowite moce.

Pomaganie w radzeniu sobie ze sobą, gdy ośmiu facetów zamierzało zbić cię na miazgę, nie było częścią tych niesamowitych mocy.

Podniosłam wzrok i przyjrzałam się swojej twarzy w lustrze.

Trzymali mnie w szpitalu przez dwa dni, biorąc pod uwagę, że dostałam kilka ciosów w głowę i w związku z tym miałam poważny wstrząs mózgu, i starali się zachować spokój, ale widziałam, że martwili się tym, ile razy straciłam przytomność.

Teraz byłam już dwa dni poza szpitalem, bo najwyraźniej (i na szczęście) wszystkie moje narządy działały.

Obrzęk znacznie się zmniejszył, ale dopiero tego ranka zauważyłam, że siniaki zaczynały zanikać, a niektóre krawędzie fioletu żółkły.

Mój złamany nos był nadal zaklejony taśmą i tak miało być przez jakiś czas.

Miałam w sumie dwadzieścia dziewięć szwów na twarzy.

Moja brew nigdy nie będzie taka sama. Blizna na szczęce nie będzie widoczna. Ale rozcięcie na nosie miało się być widoczne.

Byłam ładna, nie piękna, ale zdecydowanie ładna. I wiedziałam o tym.

To nie była próżność. To było bycie prawdziwą sobą. Widziałam siebie w lustrze i miałam mamę i tatę, którzy mnie uwielbiali i mówili mi, jak bardzo byli ze mnie dumni z wielu powodów, i robili to przez całe moje życie. Mój wygląd po prostu był taki, jaki był i byłam za niego wdzięczna.

Również go wykorzystywałam.

Wykorzystywałam to, aby zdobyć facetów, którzy mi się podobali.

Wykorzystywałam to, aby dostawać dobre napiwki w Colombo.

Wykorzystywałam to, aby ominąć kolejkę w klubach, do których chciałam się dostać.

I wykorzystałam to, żeby uniknąć mandatu za przekroczenie prędkości, kiedy zatrzymywał mnie glina.

Mama uczyła mnie, że jeśli Bóg dał ci coś dobrego, to tego nie marnujesz. Wykorzystujesz to (oczywiście na dobre - mam na myśli, że to Bóg obdarował cię tymi darami).

Więc ich używałam.

Ale kiedy stałam tam, patrząc w lustro, wiedziałam, że Beck i jego bracia skupili się na mojej twarzy, myśląc, że zabierają mi najważniejszą rzecz.

Faceci byli tak parszywie głupi.

Przez ostatnie kilka dni, kiedy nie miałam zbyt wielu powodów do zadowolenia, czułam się dobrze z faktem, że mnie nie zgwałcili.

To był dla mnie plus tej sytuacji.

Mój chłopak mnie porwał, oddał swoim kumplom, by skopali mi tyłek, ale mnie nie zgwałcili.

Gdyby mi to zrobili, odebraliby mi coś, co coś znaczyło.

Ale tego nie zrobili.

Tak.

Niesamowity plus tej sytuacji.

Mimo wszystko, na pewno tak było.

Ale moim zdaniem nie wyrządzili żadnych trwałych szkód. Nie złamali niczego oprócz dziewięciu żeber (ponieważ miałam dwadzieścia cztery, więc mogło być gorzej) i nosa. Kiedy pięść Muzzle’a zetknęła się z chrząstką nosa, poczułam, że chrząstka się poddała i to nie było zabawne, ale to się zagoiło. Eightball skręcił mi nadgarstek, ale go nie złamał, nadal czułam lekki ból, ale już było lepiej.

Wyzdrowieję.

Mogłam chodzić, mówić, jeść, oddychać. Zdecydowanie mogłabym nadal dostarczać pizzę do stolików gości (albo mogłabym to robić za tydzień lub dwa, gdy siniaki i obrzęk znikną, a ból z powodu złamanych żeber zmaleje).

Mogłabym nawet nauczyć się żyć z faktem, że mężczyzna, któremu ufałam i którego myślałam, że kocham, nie tylko sprowadził mnie do tego piekła, ale także dostarczył mi jego część.

Jasne, złamałam jego zaufanie. Doniosłam na niego i działania jego braci Chaosowi, wystawiając ich na aresztowanie przez policję.

Ale nie zapominajmy, że można ich było wystawić na aresztowanie przez policję. Oznaczało to, że popełniali przestępstwa. Te przestępstwa polegały na świadczeniu usług transportu nielegalnych substancji i broni palnej, oferowaniu tej usługi naprawdę złym facetom.

Jasne, mogłam sobie wyobrazić, że Beck, gdyby się dowiedział, byłby na mnie naprawdę wkurzony. Krzyczałby na mnie. Zerwałby ze mną. To znaczy, gdyby nie dał mi szansy na wyjaśnienie, dlaczego to zrobiłam, że zrobiłam to dla niego.

Cóż, nie za bardzo dla niego, jak zdałam sobie sprawę.

Ale nie mogłam o tym myśleć w tej chwili.

Musiałam myśleć o tym, że przetrwałam. Żyłam. Chodziłam, rozmawiałam, jadłam, oddychałam i pewnego dnia, niedługo, znowu będę kładła pizzę na stołach za napiwki.

Czego nie zrobiłabym, to nie zaangażowałabym się w związek z mężczyzną, może nigdy więcej.

Poważnie.

To może wydawać się dramatyczne, ale pierwszy mężczyzna, w którym się zakochałam, Shy Cage z Klubu Motocyklowego Chaos, pokazał mi okno do świata, którego pragnęłam, a drzwiami, przez które chciałam się tam dostać, był Shy, ponieważ Shy był Shy’em. Był piękny do oglądania i fantastyczny w łóżku, ale był też zabawny, słodki, opiekuńczy i czuły.

Był taki jak mój tata (nie żebym wiedziała o tej „fantastycznej w łóżku” części z moim tatą, ale od czasu, gdy zrozumiałam koncepcję seksu, marzycielskie spojrzenia mamy i nastroje, jakie miał tata niczym kot, który dostał swoją śmietankę, nie umknęły mojej uwadze - obrzydliwe, ale nie umknęły mojej uwadze).

Więc Shy był wszystkim tym… łącznie z tym, że był na motocyklu.

Ale odrzucił mnie jak rozżarzony węgiel w chwili, gdy Tabitha Allen dała mu znać, że furtka do niej była otwarta. Zatrzasnął tę dla mnie mi przed nosem i wszedł przez jej bez chwili wahania.

Spoglądając wstecz, wiedziałam, że im bardziej ja w nim się zakochiwałam, tym bardziej on nie robił tego samego we mnie.

To nie czyniło tego lepszym.

Teraz, również spoglądając wstecz, wiedziałam, że im bardziej zagłębiałam się w sprawy z Beckiem, tym bardziej starałam się znaleźć to, czego oczekiwałam od Shy’a.

Na przykład obaj należeli do klubów motocyklowych.

A Beck wyglądał bardzo podobnie do Shy’a (który, nie tak na marginesie, był bardzo podobny do mojego taty). Był bardziej muskularny, może. Trochę bardziej szorstki w obyciu. Ale zdecydowanie miałam swój typ.

A potem przyszedł Snapper.

Boże, Snapper.

Nie.

Nie, nie.

Już nigdy mężczyzny w moim życiu.

Serio.

Shy.

A potem Beck? (Wystarczająco dużo powiedziane)

A potem był Snap.

Zamknęłam oczy i pokręciłam głową, gdy usłyszałam pukanie do drzwi łazienki.

- Kochanie – zawołała mama przez drzwi - Długo tam jesteś. Wszystko w porządku?

Martwiła się o mnie.

Nie dziwiłam się. Była mamą. Wspaniałą. A kiedy twoja córka trafia do szpitala, bo jej chłopak i jego klub motocyklowy ją biją na miazgę, to zdecydowanie jest coś, co martwi mamy.

Ale martwiła się już wcześniej. Była jednym z powodów, dla których w ogóle zawarłam umowę z Chaosem.

Mój tata był motocyklistą. Był nomadą, jeśli chodzi o takie rzeczy (albo, tak naprawdę, o cokolwiek). Akceptował to, że jest związany tylko ze swoją kobietą i córką, nikim więcej. Nie z pracą. Nie z kredytem hipotecznym. Nie z członkostwem w klubie. Zadawał się z wieloma z nich, w tym z Chaosem (właściwie Hammer, niestety już nieżyjący, ale jeden z członków założycieli Chaosu, był najlepszym przyjacielem mojego ojca).

Ale nigdy nie związałby się z Bounty.

- Nie podoba mi się ich klimat – lata temu słyszałam, jak mruczał - Jeśli jesteś przestępcą, bierz przestępcę. Jeśli nie jesteś, bierz tamto. Nie możesz chcieć być Gypsy Jokerem. Albo nim jesteś, albo nie. Oni chcą być. Ale nie są. To gówno po prostu nie jest w porządku i może być niebezpiecznie.

Miał rację.

Zrobiło się niebezpiecznie.

Powinnam była wiedzieć.

Powinnam była słuchać się mojego taty i podążać za jego radami.

Mama i ja robiłyśmy to przez całe życie, od pracy do pracy, od domu do domu, od miasta do miasta.

Dlaczego przestałam...

Do cholery.

Wiedziałam, dlaczego przestałam.

Chciałam Shy’a, Shy’a, który przypominał mi tatę.

A kiedy nie mogłam go mieć, poszłam szukać.

Chciałam tego, co miała moja mama.

Chciałam tej słodyczy. Tej miłości.

Tego oddania.

Chciałam stabilizacji, która wsiąka głęboko w kości bez względu to, ile razy pakowałaś dom przez zmianę pracy i przez to całego otoczenia.

Stabilność nie miała nic wspólnego z dochodami i miejscem zamieszkania.

Stabilność była w sercu.

- Rosalie, skarbie, wszystko w porządku? - zawołała mama.

- Tak - odkrzyknęłam - Zaraz wychodzę.

- Są tu jacyś… hmmm, ludzie do ciebie - powiedziała mi.

Skupiłam się na mojej poobijanej twarzy w lustrze.

Ludzie?

- Kto? - zapytałam.

- Cóż, hmmm…

Nie podobało mi się to, że nie odpowiedziała od razu.

Podeszłam do drzwi i je otworzyłam.

I oto stanęłam przed sobą samą tylko trochę starszą.

Ciemne włosy, ale ona pozwoliła, by gęste srebro osadziło się w nich. Wyglądało to na niej wspaniale.

Piwne oczy, które mogły zmienić się na bardziej zielone lub bardziej jasnobrązowe w zależności od koloru ubrania, jakie nosiła (lub ja nosiłam).

Raczej wysoka. Obie miałyśmy metr sześćdziesiąt dziewięć. Wydawałyśmy się wyższe, bo nasza długość obejmowała głównie nogi i byłyśmy szczupłe.

Również łatwo się opalałyśmy. Łatwo się śmiałyśmy. Ale byłyśmy przeważnie ciche, czasami nieśmiałe, ale nie wycofane, po prostu nie głośne i zadziorne.

- Chryste, Bóg mnie kocha - mawiał mój tata - Dał mi idealną kobietę, a potem dał mi jej kopię, żebym dostał podwójną dobroć.

Przypomniałam sobie, jak to mówił. Mieszkaliśmy wtedy poza San Francisco w małym domu z dwoma sypialniami, gdzie mogliśmy poczuć zapach morza, a mama miała duży ogród. Przypomniałam sobie, jaki był szczęśliwy.

Zawsze szczęśliwy.

Zawsze dokładnie tam, gdzie chciał być.

Z dziewczynami, motocyklem blisko, światem u stóp... albo, w przypadku taty, pod kołami.

Pamiętałam te słowa, które mówił prawie za każdym razem, gdy patrzyłam na moją mamę.

I miałam nadzieję, że nigdy ich nie zapomnę.

- Kto tam jest? – zapytałam.

- Kane Allen i jego starsza pani – powiedziała cicho.

Cholera.

- A także, hm, jego porucznik i jego starsza pani – ciągnęła.

Cholera!

Shy był jego porucznikiem.

Spotkałam Shy’a i Tabby w galerii handlowej niedługo po tym, jak mnie rzucił. Teraz już go nie miałam, i to nie tylko dlatego, że nie miałam wyboru, bo nie dość, że był żonaty z Tab, to jeszcze mieli dziecko, ale dlatego, że po prostu go nie miałam.

A teraz jeszcze bardziej, bo zorientowałam się, że nie przestałam mieć Shy’a, bo miałam Becka.

Ale dlatego, że chciałam Snappera.

- Nie chcę ich widzieć – powiedziałam mamie.

- To Hopper Kincaid, nie ten drugi – szybko odpowiedziała.

Cóż, przynajmniej Shy i Tabby nie przyszli do ​​domu mojej matki, żeby zrobić to, po co byli tam Kane Tack Allen i Hop Kincaid, a to po tym, jak facet, który był następnym, gdy Shy skończył ze mną, skończył ze mną.

- Nadal nie chcę ich widzieć - powiedziałam.

- Kochanie, oni… - Spojrzała wzdłuż korytarza, a potem z powrotem na mnie - Nie sądzę, żeby to był dobry pomysł, żeby odmówić audiencji Kane’owi Allenowi.

Miała rację.

Klub Chaos porzucił swoje ścieżki wyjęte spod prawa i teraz był czysty, ale to nie znaczyło, że bracia byli ludźmi, z którymi można było sobie pogrywać. A ze wszystkich z nich najmniej z Kane’m Allenem.

Nie chodziło tylko o fizyczność (chociaż był fizycznie onieśmielający). Chodziło o to, że ten człowiek był znany z zabójczej inteligencji. Jeśli wyczuł zniewagę i chciał ją wykorzystać, mogło to nastąpić na wiele różnych sposobów, żaden z nich nie był przyjemny, to nie było zabawne.

- Okej – mruknęłam do mamy, po czym, uważając na swoje ciało, bo inne części ciała mogły się goić, ale moje żebra nadal bolały jak diabli, okrążyłam ją i sztywno poszłam korytarzem, czując, że deptała mi po piętach.

I oto byli. Dwóch niesamowicie przystojnych braci Chaosu – Tack Allen i Hop Kincaid. Byli starsi, owszem, ale wciąż szalenie gorący.

Byli też, w tej chwili, w chwili, gdy ich oczy na mnie spoczęły, szalenie-cholernie-przerażający.

W świecie motocyklistów z Denver nie było niczym nowym, że Chaos traktował znęcanie się nad kobietami poważnie, tzn. że naprawdę w stu procentach tego nie lubili (to jeden z powodów, dla których często przesiadywałam w ich Kompleksie, gdzie poznałam Shy’a). Teraz dostawałam dawkę tego w salonie mojej mamy.

Jako posiadaczka waginy, musiałam przyznać, że to było fajne.

To nie czyniło tego mniej szalenie-cholernie-przerażającym.

Aby uniknąć części szalenie-cholernie-przerażającej, spojrzałam na kobiety, jakie były z nimi.

Tack miał już Tyrę, kiedy byłam z Shy’em. Była piękna, krągła i miała głęboko rude, piękne włosy.

Wysoka, szczupła, piękna brunetka z Hop’em była znajoma, ale dla Hop’a, o ile wiedziałam, była nowa.

- Hej - przywitałam się.

- Jak się masz, kochanie? - zapytał Tack.

- Wracam do zdrowia. Jest dobrze. Dzięki za sprawdzenie, ale to nie było konieczne. Z każdym dniem jest lepiej i wkrótce wrócę do nowego - odpowiedziałam.

Albo nowego z bliznami, więc nowego rodzaju nowego.

- To dobrze - mruknął, wpatrując się we mnie uważnie.

- Więc, cóż… - Zawahałam się, bo nie chciałam powiedzieć tego, co powiedziałam później, ale dorastałam w klubach, znałam zasady i trzeba okazywać szacunek - Chcecie coś do picia czy coś?

- Jesteśmy tu, żeby powiedzieć, że załatwiliśmy ci mieszkanie - odezwała się Tyra.

- Ja… - To mnie zaskoczyło - Słucham?

- Throttle jest nadal w szpitalu – rozległ się głęboki głos Hopa i spojrzałam na niego - Dzisiaj zostanie zwolniony do nadzoru policyjnego.

Słyszałam o moim byłym mężczyźnie od policji, która poinformowała mnie o mojej sytuacji. Wiedziałam więc, że, zanim policja do niego dotarła, ​​ktoś pociął mu twarz ostrzem.

Przypuszczam, że to był Hound. Słyszałam plotki, że kiedy zabierał się do pracy, nie obijał się.

Miałam co do tego mieszane uczucia.

Jako istota ludzka nie pochwalałam cięcia komuś twarzy nożem.

Jako kobieta, którą dusił i pobił jej chłopak, a potem oddał ją wszystkim jego znajomym, żeby spróbowali to samo, nie przeszkadzało mi to aż tak bardzo.

- Nieważne - kontynuował Hop - Uznaliśmy, że nie chciałabyś tam wracać, więc chłopcy poszli, zabrali twoje rzeczy i przenieśli je do nowego mieszkania. To Chaos. Zabezpieczyliśmy je. Kobiety uporządkowały twoje rzeczy. Więc możesz się wprowadzić, kiedy tylko wyzdrowiejesz.

Kiedy skończył, Tack podszedł do mnie, unosząc rękę.

Głupio, też podniosłam rękę, a on wrzucił do niej breloczek z kilkoma kluczami.

Oniemiała gapiłam się na klucze w mojej dłoni, gdy mama zapytała - Jak to jest zabezpieczone?

- System bezpieczeństwa – odpowiedział Tack - Drzwi, okna, garaż. Bezpośrednie wezwanie do przyjazdu patrolu w przypadku naruszenia. Kiedy wejdziesz do środka, piloty do drzwi garażowych leżą na blacie kuchennym.

Spojrzałam na niego, po czym zwróciłam wzrok na mamę.

Ulga praktycznie rozświetlała złotą aurę wokół jej ciała.

Cholera.

- System jest najlepszy, a ci chłopcy z Bounty złamali swoje warunki kaucji, więc nie zostaną wypuszczeni przed rozprawą, a teraz większość z nich stanie przed sądem za coś więcej niż tylko za to, co zrobili – kontynuował Tack. Spojrzałam na niego i zobaczyłam, że jego uwaga była skierowana na mamę - Mimo wszystko nie podejmujemy żadnego ryzyka – spojrzał na mnie – Więc nadal będziemy mieć brata na twoim mieszkaniu.

Okej.

To się nie miało wydarzyć.

- To nie jest konieczne – mruknęłam.

- Zgodziliśmy się, że się nie zgadzamy – odparł stanowczo.

Oznaczało to: Wchodzisz w przestrzeń, którą ci oferujemy i akceptujesz naszą ochronę, a nie będzie żadnej dyskusji na ten temat.

Ja jednak czułam, że dyskusja była konieczna.

- Panie Allen... - zaczęłam.

- Jestem Tack dla ciebie, kochanie - przerwał mi, mówiąc teraz łagodnie - Zawsze tak było, nic tego nie zmieniło.

Spojrzałam mu prosto w oczy.

- Panie Allen - powtórzyłam stanowczo, obserwując błysk jego porcelanowo błękitnych oczu i zaciśnięte usta, ale nie obchodziło mnie to i tym razem mi nie przerwał - Jestem pewna, że może pan sobie wyobrazić, że chcę iść dalej po tym wszystkim, co się wydarzyło i doceniam waszą troskę. Ale jeśli powie mi pan, gdzie zabraliście moje rzeczy, mama i ja po nie pójdziemy. Nie jestem już problemem Chaosu.

- Obawiam się, że z tym, co mamy, to się nigdy nie zmieni - odpowiedział - Nie to, że jesteś problemem, kochanie. Po prostu jesteś nasza, a my dbamy o swoje.

To było przyjemne, ale nie mogłam pozwolić, żeby to było przyjemne.

Więc tego nie zrobiłam.

- Doceniam waszą lojalność, ale próbuję przekazać, że odpadam.

- Rosalie - powiedział Hop cichym głosem - ...wiesz, kochanie, że jak już się wejdzie, to nie ma wyjścia.

Miałam na to nadzieję... raz.

Miałam nadzieję, że będę częścią ich rodziny i nigdy jej nie opuszczę.

Ale tego nie dostałam.

A teraz tego nie chciałam.

(Okej, więc po prostu tak sobie mówiłam, ale miałam nadzieję, że osiągnę ten stan umysłu w ciągu, powiedzmy, od pięciu dni do piętnastu lat)

- Nigdy nie byłam w tym – odpowiedziałam.

- Kochanie – Teraz to Tack mówił do mnie cicho – Jesteś Chaosem i wiesz o tym. Wiesz, jaka jesteś. Ale podejrzewam, że teraz wiesz, jak głęboko to sięga, prawda?

- Ponieważ nadstawiałam karku i prawie mi się przytrafiło to najgorsze? – zapytałam, obserwując, jak trochę z tych szalenie przerażających wróciło na jego twarz na wspomnienie tego, co mi się przydarzyło.

- Jest to i jest więcej, i podejrzewam, że jeśli teraz nie wiesz, co to więcej, to niedługo się dowiesz – odpowiedział.

To zdecydowanie nie miało się wydarzyć.

Otworzyłam usta, żeby się tym podzielić, gdy Tyra wystąpiła do przodu.

- Kane, może ty i Hop wyszlibyście na zewnątrz? - zasugerowała.

Odwrócił głowę w stronę swojej kobiety - Nie wyjdziemy na zewnątrz.

- Okej - Ustąpiła natychmiast, ale się nie poddała - Może się odsuniesz?

- Rudzielcu… - zaczął.

- Tack, pozwól mi - wyszeptała.

Przyjrzał się jej.

Potem się odsunął.

Podeszła do mnie, a brunetka podeszła z nią.

Mama przysunęła się bliżej do mnie.

Kiedy to zrobiła, wtedy miałam ochotę zapłakać.

Straciliśmy tatę trzy lata temu i szczerze mówiąc, do tego dnia nie wiedziałam, jak któraś z nas dała radę to przeżyć.

Ale wiedziałam, że nadejdzie taki czas i modliłam się, żeby to było w dalekiej przyszłości, kiedy stanę twarzą w twarz ze światem bez mojej matki i nie wiedziałam, jak sobie z tym poradzę.

- Hej, Rosalie - Tyra przywitała się, jakby właśnie weszła.

- Tyra - odpowiedziałam.

Przechyliła głowę w stronę brunetki - Pamiętasz Lanie?

Racja, tak, wtedy sobie przypomniałam. Miała na imię Lanie i była najlepszą przyjaciółką Tyry, teraz staruszką Hopa.

Przyjrzałam się drugiej kobiecie i zauważyłam, że była niesamowicie piękna i miała moją budowę ciała, z większą długością i mniejszymi piersiami.

- Tak, widziałam cię w Kompleksie - powiedziałam, a następnie rzuciłam jej - Hej.

- Hej, Rosalie - odpowiedziała z lekkim uśmiechem - Miło mi poznać cię oficjalnie.

Skinęłam głową i gestem wskazałam na bok - Poznałyście moją mamę?

- Tak - odpowiedziała Tyra - Przedstawiłyśmy się sobie, kiedy weszliśmy.

- Świetnie - powiedziałam, nie mając tego na myśli i to było słychać.

- Chyba muszę ci coś wyjaśnić - oświadczyła.

- Nie jestem pewna, czy musisz - odparłam.

Mama podeszła bliżej i połączyła swój mały palec z moim.

Trzymałam ją mocno.

Tyra mówiła dalej, jakbym tego nie robiła.

- Oni to czują.

Do diabła.

Teraz zaczynałam się wściekać.

- Doprawdy? - zapytałam sarkastycznie.

- Złożyli ci obietnicę i jej nie dotrzymali - zauważyła.

- Podejmowałam własne decyzje i znałam konsekwencje - odparłam.

Ona nadal trzymała się swojego.

- To nie są mężczyźni, którzy nie dotrzymują obietnic.

Zamknęłam się, żeby pozwolić jej dokończyć i skończyć to wszystko.

- Teraz muszą dotrzymać tej obietnicy, Rosalie. Muszą się o ciebie zatroszczyć - podzieliła się.

- A co jeśli nie chcę, żeby się mną zajmowali? - zapytałam.

Uśmiechnęła się do mnie rozbawiona, krótko pokręciła głową i odpowiedziała - To się nie liczy.

Spojrzałam na nią - To szaleństwo.

Następnie lekko wzruszyła ramionami - To Chaos.

Okej, miałam tego dość.

- Słuchaj, policja jest w to zamieszana - poinformowałam ją, chociaż wiedziałam, że ona wiedziała - Skończyłam z Throttle. Throttle skończył ze mną. Oni wymierzyli swoją sprawiedliwość. Skontaktowałam się z władzami, żeby wymierzyli moją. Nie wiem, czy jest coś jeszcze do zrobienia, ale to nie ma z wami nic wspólnego. Chaos nie ma już w tym nic do roboty. Kiedy Throttle zabrał mnie do swoich braci, wszystko rozstrzygnęło się wokół niego, ich i mnie.

- Nie było tam ciebie - powiedziała mi Tyra.

To mnie wkurzyło.

- Oczywiście, że byłam tam ja - warknęłam.

- Nie, jeśli należysz do Chaosu - odpaliła.

Słyszałam, jak mama wzięła oddech.

- Nie należę do Chaosu - odparłam.

- Słonko - powiedziała cicho - Nawet jeśli bracia, każdy z nich, nie rościliby sobie do ciebie praw z powodu tego, co zrobiłaś dla Klubu i tego, co wycierpiałaś, bo nie zdołali cię ochronić, co się zdarzyło, należysz do Snapa.

O nie.

Nigdy w życiu.

Zaczęłam coś mówić, ale ona uniosła rękę i mówiła dalej:

- Bardzo mi przykro. To dużo. Tyle ci się przytrafiło, Rosalie, i nienawidzę tego. Ale możesz mnie okłamywać. Możesz kłamać, ile chcesz. Tylko nigdy nie kłam samej sobie. Wiesz, jak to jest lepiej ode mnie. Brat twierdzi, że kobieta jest własnością Klubu, a kiedy chodzi o Chaos, to dobrze. Zaufaj mi.

- Obecnie i w przewidywalnej przyszłości nie jestem własnością żadnego przedstawiciela gatunku męskiego - oświadczyłam, po czym dla pewności postanowiłam dodać - A zwłaszcza nie motocyklisty.

- Zostawię tę część Snapowi - mruknęła.

- Okej, Tyra, posłuchaj… - zaczęłam ze złością.

- Rosalie – wyszeptała - Proszę, błagam cię, pozwól nam się tobą zaopiekować. Musimy się tobą zaopiekować.

Na szczerość w jej tonie i na ten wyraz w jej oczach, który wyrażał, że w wielu aspektach znała mój ból, zamarłam.

A kiedy zamarłam, mały palec mojej mamy uwolnił mój, żeby mogła objąć wszystkie moje palce.

- Rozumiem, że teraz nas nie chcesz, ale dla nas jesteś naszą rodziną, a także  odczuwasz ból i jesteś w poważnej sytuacji, która została spowodowana naszymi problemami – wyjaśniła Tyra - Pomyśl o tym. Pomyśl, jak byś się czuła, gdyby role się odwróciły, gdybyś była mną i stała przed kobietą, której przydarzyło się to, co tobie. Jak byś się czuła? Co musiałabyś zrobić?

- A jak dokładnie - zaczęłam sarkastycznie - …to, co mi się przydarzyło, zaczęło być związane z wami?

- Ponieważ musimy odkupić nasze winy, a ty jesteś sobą i jesteś osobą z takim sercem, która będzie musiała pozwolić nam to zrobić.

Do cholery!

Byłam.

Ja byłam tą osobą.

Tą osobą, którą tata nauczył mnie być.

Tą osobą, którą mama nauczyła mnie być.

Nie wspominając o tym, że nienawidziłam tego, że tak głęboko to odczuwali. Nie pobili mnie na miazgę i nie mogli zapewnić całodobowej ochrony, wiedziałam to od początku. Przecież mieszkałam z Beckiem, na litość boską.

Nienawidziłam też sarkazmu.

Więc zacisnęłam usta.

Mama zachichotała tylko trochę.

Spojrzałam na nią i od razu zobaczyłam, że bardzo, bardzo chciała, żeby Chaos się mną zajął.

Do cholery!

Lanie zrobiła krok do przodu, wysuwając między nas elegancką kopertówkę, którą miała schowaną pod pachą, elegancką kopertówkę, która pasowała do jej eleganckiego stroju składającego się z dopasowanych spodni, wspaniałej kobiecej koszuli i wspaniałych obcasów, które nie głosiły „Starsza Pani Motocyklisty”, ale „Givenchy[1] uważa, że ​​ta laska jest zajebista.

Wyciągnęła kartkę papieru i mi ją podała.

Była gruba, prawie jak tektura, a na górze widniało fajne logo agencji reklamowej z nazwą Elaine Kincaid, CEO[2] pod nim i czymś napisanym poniżej.

Przegapiłam tę nowinę.

Nie była tylko starszą panią Hopa, pobrali się.

- To adres twojego nowego mieszkania. Jest blisko Colombo i twojej mamy. Właściwie dużo bliżej niż twoje stare mieszkanie – powiedziała.

Spojrzałam na adres i zobaczyłam, że nie kłamała. To było prawdopodobnie dziesięć minut jazdy od domu mamy i tyle samo od Colombo.

Na koniec, to było tyle samo od Ride, sklepu z artykułami samochodowymi i warsztatu samochodowego i motocyklowego, który należał do Chaosu, gdzie znajdował się również ich Kompleks.

Innymi słowy, było to uderzające, co niektórzy obywatele Denver wiedzieli bez żadnych wątpliwości, że było to terytorium Chaosu, będące własnością, kontrolowane i patrolowane przez braci.

Mieszkałam w Aurorze z Beckiem, na przedmieściach na południowy wschód od Denver.

Jeśli chodziło o przeprowadzkę pod ten adres, na teren Klubu, było to jak przeprowadzka do innego kraju.

Cóż, przynajmniej mogłabym zaoszczędzić czterdzieści minut na dojazdach do pracy.

- Mój numer też tam jest, podobnie jak numer Tyry - podzieliła się Lanie.

- Jeśli chcesz, chętnie pokażemy tobie i Renae - gestem ręki wskazała mamę - …wasze nowe miejsce - uśmiechnęła się do mnie - Jest naprawdę urocze.

- A komu mam płacić czynsz? - zapytałam dosadnie.

Tack wrócił do rozmowy, warcząc - To załatwione.

- Kane - powiedziała pod nosem Tyra.

Okej, nie mogłam się poddać. Płaciłam za siebie.

- To absolutnie niedopuszczalne - powiedziałam, by to podkreślić.

- Przez kilka miesięcy - wtrąciła się Lanie - Tylko kilka miesięcy. Jak się zadomowisz, wyzdrowiejesz, porozmawiamy o czynszu.

- Skąd mam wiedzieć, że będzie mnie na to stać? - zapytałam.

- Będzie cię na to stać - odpowiedział Hop.

- Hop - powiedziała ostro Lanie.

- Omówimy to wszystko, kiedy nadejdzie czas - wtrąciła Tyra.

- To wspaniale, dziękuję - powiedziała mama.

I tak było, jak mama to robiła, stało się.

Mój głos był bardzo podobny do jej (w czasach innych niż te, ale mama nigdy się nie zawahała), delikatny i melodyjny. Łagodzący. Spokojny. Prawdopodobnie mogłabym policzyć na palcach jednej ręki momenty, które zapamiętałam, ile razy podniosła głos. Nawet w trudnych sytuacjach, gdy ludzie byli zdenerwowani lub źli, jeśli mama wkroczyła, jej spokój, spokój jej głosu, rozwiązywał i uspokajał niemal każdy problem.

A wtedy w ten sposób powiedziała, że ​​doceniała to, co robili dla jej córki, ale ona i ja skończyłyśmy tę rozmowę.

Przez lata widziałam, jak mama potrafiła to zrobić.

Nadal byłam zaskoczona, widząc, że to zadziałało na Tack’u Allenie i Hopperze Kincaidzie.

- Doceniam, że panie poświęciły nam czas - mruknął Tack.

- I dobrze widzieć, że wracasz do zdrowia, kochanie - powiedział do mnie.

- Po prostu wychodzimy - dodał Hop, ruszając się z Tack’iem.

- Zadzwoń do nas, kiedy będziesz w nowym miejscu - nalegała Lanie.

- Albo... masz klucze, jeśli pojedziesz, zadzwoń do nas i powiedz, co o tym myślisz.

- Dobrze, dzięki - odpowiedziałam.

- A jeśli będziesz czegoś potrzebować… - Tyra zostawiła to w zawieszeniu.

Kiwnęłam głową i uśmiechnęłam się do niej oszczędnie.

- Dziękuję za przybycie - powiedziała mama, również ruszając do drzwi.

Zostałam tam, gdzie stałam.

- Do zobaczenia - powiedziała do mnie Lanie.

- Mhm-hm - zanuciłam niezobowiązująco.

- Pa, Rosalie - powiedziała Tyra.

Ponownie skinęłam jej głową.

Tack i Hop spojrzeli na mnie i kiwnęli brodami.

Tydzień temu uznałabym to za gorące.

Teraz pomyślałam...

Mężczyźni.

Mama mruczała pożegnania, podziękowania i do zobaczenia później, a ja stałam i patrzyłam, jak ich wyprowadzała ich i zamykała drzwi.

Dopiero gdy drzwi się zamknęły, przeszłam przez pokój do okna od frontu.

Wyjrzałam, zamierzając patrzeć, jak odjeżdżali.

Ale to, co zobaczyłam, sprawiło, że zaparło mi dech w piersiach.

Snap był tam.

Teraz rozmawiali w ciasnej grupie, pochylając głowy z Tack’iem i Hop’em, podczas gdy Lanie i Tyra dryfowały w stronę pickupa i SUV-a na naszym podjeździe, a motocykl Snapa stał przy krawężniku.

Był tam.

Shy był wysoki, ciemny i chudy.

Beck był wysoki, ciemnowłosy i przysadzisty.

Snap był blondynem, niższym od Shy’a i Becka (wyższym ode mnie), o atletycznej budowie ciała, która była jednocześnie silna i szczupła. Jego gęste brwi były ciemniejsze od włosów i miał blond brodę, która była ciemna pod szczękami, a jasna wszędzie indziej, przyciętą krótko i głównie zadbaną, ale długą na brodzie.

Jego włosy sięgały ramion i prawie zawsze nosił je związane w niedbały kok z tyłu, ale jeśli je rozpuścił, zaczesywał je czymś do tyłu, żeby nie spadały mu na twarzy.

Miał niesamowite kości policzkowe, piękną dolną wargę i wspaniałe, mocne białe zęby, które błyszczały jasno na skórze, która zawsze była opalona, ​​ponieważ jeździł na motocyklu.

Wszystko to było fantastyczne.

Ale dla mnie w przypadku Snapa najważniejsze były oczy.

Jego oczy przypominały mi oczy psa husky. Jeśli przyjrzałaś się uważnie (a do niedawna pozwalałam sobie nie zwracać uwagi na to, że to robiłam… bardzo często), nie były tak jasno niebieskie, jak się wydawały na pierwszy rzut oka.

Większość tęczówki była jasna niemal jak śnieg, a niebieski odcień pochodził z krawędzi nieba na krawędzi tęczówki i krawędzi źrenicy, które przechodziły w biel.

Nigdy nie widziałam takich oczu, jak oczy Snappera.

Można by pomyśleć, że śnieg może mocno zmrozić, ale on nigdy, ani razu, nawet na chwilę, nie dał mi ani odrobiny chłodu. Był dla mnie cały ciepły.

Tego dnia Everett „Snapper” Kavanaugh miał rozpuszczone włosy, zaczesane do tyłu, a cokolwiek używał, sprawiało to, że jasny blond wydawał się ciemniejszy.

Był to również dzień skupienia, mogłam to stwierdzić po poważnym wyrazie jego twarzy, gdy słuchał, jak Tack mówił do niego.

Nie zamierzał naruszać mojej przestrzeni, ponieważ wyrzuciłam go z mojej szpitalnej sali (Boże, to było takie Snappera).

Ale nie czekał na chociażby telefon, żeby dowiedzieć się, jak się czułam. Dowiadywał się o mnie. O wszystkim. Od tego, jak wyglądałam, przez to, jak się trzymałam, jak się zachowywałam, po to, jak reagowałam na to, co mi zaoferowali (lub, dokładniej, na to, co byłam zmuszona zaakceptować).

Będziesz w moim życiu, a ja w twoim. Możesz być tego pewna.

- To on? – wyszeptała mama obok mnie, stojąc tak blisko, że nasze ramiona otarły się o siebie.

Wiedziała wszystko. Wszystko o wszystkim. Kiedy skończyłam siedemnaście lat, rozpoczęła długi proces przemiany z mojej mamy w moją mamę, a czasami przyjaciółkę, w moją przyjaciółkę, a czasami mamę, w moją najlepszą przyjaciółkę, która była również tą cenną istotą, która mnie urodziła.

- To on – szepnęłam.

Skinął głową i wiedziałam po ruchach jego ciała, że ​​od nich odłączy, więc szybko odeszłam od okna, obserwując i widząc, jak odwracał głowę w moją stronę.

Stając poza zasięgiem wzroku, tracąc w ten sposób Snappera z oczu, zanim on mnie zauważył, patrzyłam, jak moja matka do niego pomachała.

- Mamo! – syknęłam.

- Jest naprawdę słodki – powiedziała.

Był. Był naprawdę słodki w gorącym stylu twardziela motocyklisty. Zdejmij mu skórzaną marynarkę, przytnij włosy, ogol brodę, a będzie chłopakiem z sąsiedztwa.

Chłopak z sąsiedztwa, którego chciałaś mieć w swoim łóżku i który sprzedałby duszę, żeby zdobyć zaszczyt, byś nosiła jego obrączkę na swoim palcu.

Aby uciec od tego, co działo się za oknem, odwróciłam się tak, że moje ramiona były przy ścianie i spojrzałam na kartkę, którą trzymałam w dłoni.

Elaine Kincaid, CEO agencji reklamowej.

Hop ożenił się z bizneswoman.

Zaskakujące i interesujące.

I fajne.

Wpatrywałam się w adres pod spodem, skupiając się na nim, a nie na fakcie, że Snap był tuż za rogiem.

Nagle zmarszczyłam się i skupiłam na tym.

Kiedy to zrobiłam, przypomniałam sobie rozmowę, którą odbyłam ze Snapem, jedną z wielu, których nie powinno było być, skoro miał być moim kontaktem z Chaosem, dzieląc się z nim tym, co słyszałam od Becka, że ​​jego bracia kombinowali w sprawie działań antyspołecznych, nie wspominając o tym, że mieszkałam z innym facetem.

Ile nieruchomości? – zapytałam, przerażona informacjami, którymi podzielił się na ten temat w trakcie naszej godzinnej rozmowy telefonicznej.

Pięć, nie… sześć. Ale, kochanie, to nie jest wielka sprawa. Wszyscy bracia dostają część zysków z Ride, a sklep i warsztat mają ogromne obroty. Tak to jest, ale biorąc pod uwagę mój styl życia, co mógłbym zrobić z takimi pieniędzmi? – odpowiedział.

Potrafiłabym wymyślić wiele rzeczy, które można zrobić z takimi pieniędzmi – powiedziałam mu.

Cóż, nie przepadam za butami - odpowiedział - Więc kupuję domy.

Zaśmiałam się.

Musiałam przyznać, że lubiłam buty.

Nie przyznałam się jednak, że podobało mi się, że Snapper to zauważył.

Słuchał mojego śmiechu przez chwilę, zanim powiedział - Nie mogę ot tak po prostu na tym siedzieć. Mam to, muszę sprawić, żeby to dla mnie pracowało.

Więc myślę, że skoro kupiłeś sześć nieruchomości, pozwoliłeś, żeby zarabiały pieniądze – zażartowałam.

Tak - powiedział z uśmiechem w głosie - Przyjdzie czas, będę zabezpieczony. Moja kobieta będzie. Jeśli nasze dzieci zechcą iść na jakiś drogi college, będą zabezpieczone. Zechcą wielkich wesel, to będzie dobre. Zechcemy jeździć na szalone, ogromne wakacje rodzinne, to będzie dobre. Albo jeśli nadejdzie gówniana burza, będziemy zabezpieczeni.

Nie pamiętałam swojej odpowiedzi, po prostu zmieniłam temat rozmowy.

Ale pamiętałam, jak to, co powiedział, sprawiło, że się poczułam.

Wpatrywałam się w adres na kartce.

Tack powiedział, że miejsce, do którego mnie umieścili, to Chaos.

Ale ja wiedziałam, że to nie był tylko Chaos jako taki.

To był Snapper.

Miał sześć nieruchomości pod wynajem, z czego kilka z nich to były apartamenty, reszta małe domy.

To było jego.

Dawał mi to.

Pewnie kogoś eksmitował, żeby mógł mi to dać.

Wciągnęłam oddech, gdy usłyszałam ryk motocykla.

- Rosalie? - zawołała mama.

Przesunęłam się na tyle, żeby móc patrzeć przez okno i zobaczyłam, jak Hop odjeżdżał z Lanie u boku w jego pickupie. Tack i Tyra byli w swoim wielkim SUV-ie już gotowi do drogi i odjeżdżali.

Przesunęłam się jeszcze bardziej i zobaczyłam, że krawężnik był pusty, ale słyszałam, że już cichł dźwięk motocykla Snapa.

- Słonko - wymamrotała mama, a ja spojrzałam na nią - Wszystko w porządku?

- To - pomachałam notatką w powietrzu - …należy do Snapa.

- Słucham? - zapytała.

- To miejsce, do którego mnie przenieśli bez mojej zgody, pozwolenia, a nawet akceptacji. Snapper jest jego właścicielem.

- Och - wymamrotała, jej oczy z szacunkiem powędrowały w stronę kartki.

Tak.

Z szacunkiem.

Zawsze lubiła też Chaos. Kiedyś, zanim ja się pojawiłam, imprezowała z nimi z tatą.

Martwiłam się tylko tym, że zacznie lubić Snappera, zwłaszcza zanim go w ogóle pozna. Był po prostu tak sympatyczny. Ogólnie dobry facet. Łatwy do oglądania. Łatwo się z nim rozmawiało. Łatwo było być z nim. Słodki, mądry, troskliwy.

Nadeszła moja kolej, żeby zwrócić na siebie jej uwagę.

- Mamo.

Spojrzała mi prosto w oczy.

- Proszę, Rosalie, pozwól im się tobą zaopiekować.

Zamknęłam oczy.

Otworzyłam je.

- Postąpiłaś słusznie z Beckiem i jego klubem - powiedziała, gdy to zrobiłam - Jestem z ciebie dumna. Twój ojciec byłby z ciebie dumny, chociaż nie pozwoliłby ci na to.

To sprawiło, że skrzywiłam usta.

Z drugiej strony, tata opieprzył by mnie w ogóle za bycie z Beckiem. Pozwoliłby mi podejmować własne decyzje, ale to nie znaczy, że nie miałby nic do powiedzenia na ten temat.

- Nadal byłby zadowolony, że to rozważałaś - ciągnęła - Poszło źle. Nie ma go tutaj, żeby zapewnić ci bezpieczeństwo, a ja...

- Mamo...

- Ale oni mogą – dokończyła stanowczo – Jestem tutaj, żeby cię wysłuchać, jeśli zechcesz rozmawiać. Jestem tutaj, żeby trwać, jak zechcesz to z siebie wyrzucić. Jestem tutaj, żeby wściekać się razem z tobą, jeśli zechcesz się wściekać i krzyczeć. Czegokolwiek ode mnie potrzebujesz, jestem tutaj. Ale tego nie mogę ci dać. Nie mogę cię ochronić. Ty nie możesz się ochronić sama. Ale oni mogą, a... – przełknęła ślinę i wyrzuciła to z siebie - Bounty jeszcze z tobą nie skończyli.

Wciągnęłam powietrze przez nos, podrażniona tym, że mama się martwiła, rozdrażniona na Becka, rozdrażniona na siebie, ale ona się martwiła i nie mogłam nic z tym zrobić, więc skinęłam głową.

- Wkrótce to obejrzymy, okej? - zaproponowałam.

- Powinnyśmy poprosić Tyrę i Lanie, żeby się z nami spotkały - zasugerowała.

Pokręciłam głową - Nie sądzę, żeby wchodzenie głębiej w tę załogę było dobrym pomysłem.

Na to ona stwierdziła - Jest przystojny.

Mówiła o Snapie.

- Tak, jest, ale…

- Jest twój.

Zamknęłam się.

Mama tego nie zrobiła.

- Stojąc na zewnątrz na zimnie, czekając na wieści o tobie, umieszczając cię w swoim domu, by wiedział, że jesteś bezpieczna, on jest twój, jak Beck nigdy nie był, jak tamten nigdy nie był. Jest twój. Jest twój, aby go złamać lub jest twój, aby go chronić.

- Mężczyźni Chaosu są nie do złamania - poinformowałam ją.

- Gdyby twój ojciec dożył, żeby zobaczyć swoją córkę w tym szpitalnym łóżku, tak jak ja ją widziałam, złamałoby to go - odparła.

I wtedy łzy zaczęły szczypać mnie w oczy.

- Mężczyźni są do złamania, Rosalie - powiedziała spokojnym, pogodnym głosem - Oni po prostu lepiej ukrywają pęknięcia niż my, kobiety.

- Myślałam, że mnie zabije - wyszeptałam.

Stała pewnie i wytrzymała moje spojrzenie, jej oczy nagle stały się jasne jak moje, pełne wilgoci, wiedząc, że teraz mówiłam o Becku.

- Całował tę szyję, z której prawie wycisnął życie, tyle razy, że nie potrafię ich zliczyć - powiedziałam jej.

Moja mama stała tam i trzymała mnie ciepłą i bezpieczną, używając tylko swojego spojrzenia.

- Myślisz, że chcę wskoczyć w kolejną sytuację z innym motocyklistą? - zapytałam.

- Twój ojciec był motocyklistą - przypomniała mi.

– Mój ojciec był jedyny w swoim rodzaju – przypomniałam jej.

- Umarł, a ty poszłaś szukać - stwierdziła.

Tego nie mogłam znieść. Wiedziałam to. Rozumiałam to. Godziłam się z błędami, które popełniłam.

Ale słysząc to z ust mojej matki, nie mogłam sobie z tym poradzić.

Więc spojrzałam przez okno na nasz martwy zimowy trawnik, nasz pusty podjazd, opuszczony krawężnik.

- Znalazłaś tego chłopaka Chaosu, pierwszego, jako zastępcę - powiedziała ostrożnie, delikatnie, słodko.

Przełknęłam ślinę.

Miała rację.

Tata umarł.

Byłam zagubiona.

Potem znalazłam Shy’a.

- Kiedy nie chciał cię zatrzymać, zachwiałaś się - mówiła dalej.

Nie widziałam nic poza czystymi, gorącymi falami rozbijającymi się przed moimi oczami.

- Potem chwyciłaś się kolejnej rzeczy, która przypominała ci o tym, co straciłaś - powiedziała.

Zrobiłam to na pewno.

Mój głos drżał, gdy odpowiedziałam - Zepsułam to.

- Byłaś w żałobie.

Odwróciłam się do niej, gwałtownie potrząsając głową, by pozbyć się łez z oczu i powtórzyłam - Zepsułam.

- Okej, nie to chciałam ci przekazać, po prostu próbowałam naprowadzić cię na zrozumienie ścieżki, którą podążasz. Ale jeśli musisz na to patrzeć w ten sposób, jasne, okej, zepsułaś to - zgodziła się bez przekonania - Chociaż boli mnie to, że każda kobieta bierze odpowiedzialność za bezduszną brutalność, jaką może wyrządzić mężczyzna, a ten ból jest głębszy, słyszę to z ust mojej córki, ale na razie pozwolę temu być i powiem po prostu, moja piękna dziewczyno, nie zepsuj więcej.

- W życiu nie chodzi o znalezienie mężczyzny - powiedziałam jej.

- W życiu chodzi o znalezienie szczęścia - powiedziała mi - Więc nie… - szarpnęła głową w stronę okna - zepsuj tego.

- Oni wszyscy rzucili się na mnie, mamo - teraz mówiłam o Bounty.

Połączyła to w całość.

To zabijało, ale woda uderzyła jej do oczu i nie mogła jej powstrzymać.

Zaczęła cieknąć po jej policzkach.

- Przepraszam - wyszeptałam - Nie powinnam tego na ciebie zrzucać. Nie na ciebie.

- Rosalie, skarbie - zaczęła, unosząc ręce, by otrzeć łzy - Modlę się do Boga, żebyś się nauczyła, a kiedy to zrobisz, a zaufaj mi, nauczysz się, że jakkolwiek trudno to znieść, jakkolwiek ciężki może być jakikolwiek ciężar, kiedy kobieta zostaje matką, może znieść wszystko dla swojego dziecka. Więc zrzuć to na mnie.

- Boję się – powiedziałam jej.

- Oczywiście – powiedziała mi.

- Nie mogę teraz myśleć o innym facecie – podzieliłam się.

- To zrozumiałe – odpowiedziała.

- Muszę po prostu przetrwać dzisiejszy dzień.

- Więc pomożemy ci przez to przejść.

- Kochałam go już wcześniej – szepnęłam, przyznając się – Zanim przydarzyło mi się to, co się stało.

- Co? - szepnęła w odpowiedzi.

- Chciałam zrobić z Becka Snapa.

- Och, Rosie – wyszeptała, w końcu podchodząc do mnie, a jeśli się nie myliłam, na jej ustach pojawił się uśmiech.

- Mamo, to było głupie – powiedziałam, gdy podniosła obie ręce i ostrożnie trzymała moją szczękę.

Przechyliła głowę w moją stronę, patrząc mi w oczy.

- Muszę po prostu przetrwać dzisiejszy dzień - powtórzyłam.

- Jak mogę ci w tym pomóc? - zapytała.

- Czy masz lody Tillamook o smaku solonego toffi?

- Czy moja mała dziewczynka jest w pobliżu?

Mój uśmiech był niepewny, a skinienie głową w jej dłoniach było urywane.

- Łyżeczki, pojemnik i maraton Jasona Bourne’a? – zaproponowała.

Mój uśmiech stał się mniej niepewny, a skinienie głową było o wiele bardziej zdecydowane.

- Zajmujesz się telewizorem, ja przyniosę lody – zarządziła.

Następnie zbliżyła się, ocierając policzek o mój, zanim mnie puściła i ruszyła w stronę kuchni.

- Mamo? – zawołałam.

Odwróciła się do mnie.

- Przykro mi, że musisz przez to przechodzić ze mną – powiedziałam.

- Jeszcze czegoś się nauczysz, o co modlę się, moja piękna: czy to ​​dobro, zło, brzydota, matka nigdy nie żałuje. Jeśli ich dziecko ich potrzebuje, nie ma innego miejsca, w którym mogłyby być.

Tak, o tak.

Nigdy bym sobie bez niej nie poradziła.

- Kocham cię – powiedziałam jej.

- I oto jest – odpowiedziała po prostu.

Potem poszła po lody.

Patrzyłam, jak odchodziła, wiedząc, że miała rację.

I oto byliśmy.

To byliśmy my. Nasza rodzina. Nasze życie.

Nigdy nie mieliśmy kredytu hipotecznego (mama nadal wynajmowała). Nigdy nie mieliśmy korzeni.

Ale mieliśmy siebie nawzajem.

I miłość.

I to było wszystko, czego potrzebowaliśmy.

Więc życie było wtedy do bani, było niepewne i przerażające, obie te rzeczy w skrajności.

Ale miałam mamę.

I to było wszystko, czego potrzebowałyśmy.

Z tą myślą przeszłam do telewizora.


 



[1] Givenchy - francuskie przedsiębiorstwo kosmetyczne i dom mody

[2] CEO - skrót od angielskiego wyrażenia Chief Executive Officer. Może więc oznaczać dyrektora generalnego, dyrektora zarządzającego albo prezesa zarządu.

1 komentarz: