ROZDZIAŁ 1
Odkupienie
Rosalie
Stałam w łazience mojej mamy i gapiłam
się na siebie w lustrze.
Miałam mieć blizny. Trzy.
Mężczyźni z bliznami na twarzy byli
uważani za interesujących, jakby prowadzili życie pełne przygód lub byli
twardzielami.
Kobiety z bliznami były postrzegane
jako żałosne, jakby przydarzyło im się jakieś traumatyczne wydarzenie w życiu,
którego nie przeżyły bez naznaczenia i z tego powodu były obiektami
współczucia.
Kolejna rozbieżność między płciami,
która była absolutnie niesprawiedliwa.
Jak różnica w masie, w fizyczności.
Miałam nadwagę. Miałam szczupłe, długie
nogi, szczupłe biodra, chude ramiona, ale miałam duże cycki, które w połączeniu
z tamtym wyglądały sztucznie.
Nie
były.
Moja
matka dała mi wiele dobrych rzeczy, w tym gęste ciemne włosy.
I
jej duże cycki.
Mój
ojciec ubolewał nad tym.
-
Już wystarczająco trudno jest trzymać mężczyzn z dala od ciebie, ślicznotko -
mówił do mojej mamy - Ale ty masz moją obrączkę na palcu i tkwi tam od lat.
Teraz muszę martwić się o moją córeczkę.
O
rany.
Tęskniłam
za moim tatą.
Przestałam
myśleć o tacie i spojrzałam na swój tors w lustrze.
Przez
dwadzieścia osiem lat życia nauczyłam się, że duże piersi mają niesamowite
moce.
Pomaganie
w radzeniu sobie ze sobą, gdy ośmiu facetów zamierzało zbić cię na miazgę, nie
było częścią tych niesamowitych mocy.
Podniosłam
wzrok i przyjrzałam się swojej twarzy w lustrze.
Trzymali
mnie w szpitalu przez dwa dni, biorąc pod uwagę, że dostałam kilka ciosów w
głowę i w związku z tym miałam poważny wstrząs mózgu, i starali się zachować
spokój, ale widziałam, że martwili się tym, ile razy straciłam przytomność.
Teraz
byłam już dwa dni poza szpitalem, bo najwyraźniej (i na szczęście) wszystkie moje
narządy działały.
Obrzęk
znacznie się zmniejszył, ale dopiero tego ranka zauważyłam, że siniaki zaczynały
zanikać, a niektóre krawędzie fioletu żółkły.
Mój
złamany nos był nadal zaklejony taśmą i tak miało być przez jakiś czas.
Miałam
w sumie dwadzieścia dziewięć szwów na twarzy.
Moja
brew nigdy nie będzie taka sama. Blizna na szczęce nie będzie widoczna. Ale
rozcięcie na nosie miało się być widoczne.
Byłam
ładna, nie piękna, ale zdecydowanie ładna. I wiedziałam o tym.
To
nie była próżność. To było bycie prawdziwą sobą. Widziałam siebie w lustrze i
miałam mamę i tatę, którzy mnie uwielbiali i mówili mi, jak bardzo byli ze mnie
dumni z wielu powodów, i robili to przez całe moje życie. Mój wygląd po prostu
był taki, jaki był i byłam za niego wdzięczna.
Również
go wykorzystywałam.
Wykorzystywałam
to, aby zdobyć facetów, którzy mi się podobali.
Wykorzystywałam
to, aby dostawać dobre napiwki w Colombo.
Wykorzystywałam
to, aby ominąć kolejkę w klubach, do których chciałam się dostać.
I
wykorzystałam to, żeby uniknąć mandatu za przekroczenie prędkości, kiedy
zatrzymywał mnie glina.
Mama
uczyła mnie, że jeśli Bóg dał ci coś dobrego, to tego nie marnujesz. Wykorzystujesz
to (oczywiście na dobre - mam na myśli, że to Bóg obdarował cię tymi darami).
Więc
ich używałam.
Ale
kiedy stałam tam, patrząc w lustro, wiedziałam, że Beck i jego bracia skupili
się na mojej twarzy, myśląc, że zabierają mi najważniejszą rzecz.
Faceci
byli tak parszywie głupi.
Przez
ostatnie kilka dni, kiedy nie miałam zbyt wielu powodów do zadowolenia, czułam
się dobrze z faktem, że mnie nie zgwałcili.
To
był dla mnie plus tej sytuacji.
Mój
chłopak mnie porwał, oddał swoim kumplom, by skopali mi tyłek, ale mnie nie
zgwałcili.
Gdyby
mi to zrobili, odebraliby mi coś, co coś znaczyło.
Ale
tego nie zrobili.
Tak.
Niesamowity
plus tej sytuacji.
Mimo
wszystko, na pewno tak było.
Ale
moim zdaniem nie wyrządzili żadnych trwałych szkód. Nie złamali niczego oprócz
dziewięciu żeber (ponieważ miałam dwadzieścia cztery, więc mogło być gorzej) i
nosa. Kiedy pięść Muzzle’a zetknęła się z chrząstką nosa, poczułam, że
chrząstka się poddała i to nie było zabawne, ale to się zagoiło. Eightball
skręcił mi nadgarstek, ale go nie złamał, nadal czułam lekki ból, ale już było
lepiej.
Wyzdrowieję.
Mogłam
chodzić, mówić, jeść, oddychać. Zdecydowanie mogłabym nadal dostarczać pizzę do
stolików gości (albo mogłabym to robić za tydzień lub dwa, gdy siniaki i obrzęk
znikną, a ból z powodu złamanych żeber zmaleje).
Mogłabym
nawet nauczyć się żyć z faktem, że mężczyzna, któremu ufałam i którego
myślałam, że kocham, nie tylko sprowadził mnie do tego piekła, ale także
dostarczył mi jego część.
Jasne,
złamałam jego zaufanie. Doniosłam na niego i działania jego braci Chaosowi,
wystawiając ich na aresztowanie przez policję.
Ale
nie zapominajmy, że można ich było wystawić
na aresztowanie przez policję. Oznaczało to, że popełniali przestępstwa. Te
przestępstwa polegały na świadczeniu usług transportu nielegalnych substancji i
broni palnej, oferowaniu tej usługi naprawdę złym facetom.
Jasne,
mogłam sobie wyobrazić, że Beck, gdyby się dowiedział, byłby na mnie naprawdę
wkurzony. Krzyczałby na mnie. Zerwałby ze mną. To znaczy, gdyby nie dał mi
szansy na wyjaśnienie, dlaczego to
zrobiłam, że zrobiłam to dla niego.
Cóż,
nie za bardzo dla niego, jak zdałam sobie sprawę.
Ale
nie mogłam o tym myśleć w tej chwili.
Musiałam
myśleć o tym, że przetrwałam. Żyłam. Chodziłam, rozmawiałam, jadłam, oddychałam
i pewnego dnia, niedługo, znowu będę kładła pizzę na stołach za napiwki.
Czego
nie zrobiłabym, to nie zaangażowałabym się w związek z mężczyzną, może nigdy
więcej.
Poważnie.
To
może wydawać się dramatyczne, ale pierwszy mężczyzna, w którym się zakochałam,
Shy Cage z Klubu Motocyklowego Chaos, pokazał mi okno do świata, którego
pragnęłam, a drzwiami, przez które chciałam się tam dostać, był Shy, ponieważ
Shy był Shy’em. Był piękny do oglądania i fantastyczny w łóżku, ale był też
zabawny, słodki, opiekuńczy i czuły.
Był
taki jak mój tata (nie żebym wiedziała o tej „fantastycznej w łóżku” części z
moim tatą, ale od czasu, gdy zrozumiałam koncepcję seksu, marzycielskie
spojrzenia mamy i nastroje, jakie miał tata niczym kot, który dostał swoją
śmietankę, nie umknęły mojej uwadze - obrzydliwe, ale nie umknęły mojej
uwadze).
Więc
Shy był wszystkim tym… łącznie z tym, że był na motocyklu.
Ale
odrzucił mnie jak rozżarzony węgiel w chwili, gdy Tabitha Allen dała mu znać,
że furtka do niej była otwarta. Zatrzasnął tę dla mnie mi przed nosem i wszedł
przez jej bez chwili wahania.
Spoglądając
wstecz, wiedziałam, że im bardziej ja w nim się zakochiwałam, tym bardziej on
nie robił tego samego we mnie.
To
nie czyniło tego lepszym.
Teraz,
również spoglądając wstecz, wiedziałam, że im bardziej zagłębiałam się w sprawy
z Beckiem, tym bardziej starałam się znaleźć to, czego oczekiwałam od Shy’a.
Na
przykład obaj należeli do klubów motocyklowych.
A
Beck wyglądał bardzo podobnie do Shy’a (który, nie tak na marginesie, był
bardzo podobny do mojego taty). Był bardziej muskularny, może. Trochę bardziej
szorstki w obyciu. Ale zdecydowanie miałam swój typ.
A
potem przyszedł Snapper.
Boże,
Snapper.
Nie.
Nie,
nie.
Już
nigdy mężczyzny w moim życiu.
Serio.
Shy.
A
potem Beck? (Wystarczająco dużo powiedziane)
A
potem był Snap.
Zamknęłam
oczy i pokręciłam głową, gdy usłyszałam pukanie do drzwi łazienki.
-
Kochanie – zawołała mama przez drzwi - Długo tam jesteś. Wszystko w porządku?
Martwiła
się o mnie.
Nie
dziwiłam się. Była mamą. Wspaniałą. A kiedy twoja córka trafia do szpitala, bo
jej chłopak i jego klub motocyklowy ją biją na miazgę, to zdecydowanie jest
coś, co martwi mamy.
Ale
martwiła się już wcześniej. Była jednym z powodów, dla których w ogóle zawarłam
umowę z Chaosem.
Mój
tata był motocyklistą. Był nomadą, jeśli chodzi o takie rzeczy (albo, tak
naprawdę, o cokolwiek). Akceptował to, że jest związany tylko ze swoją kobietą
i córką, nikim więcej. Nie z pracą. Nie z kredytem hipotecznym. Nie z członkostwem
w klubie. Zadawał się z wieloma z nich, w tym z Chaosem (właściwie Hammer,
niestety już nieżyjący, ale jeden z członków założycieli Chaosu, był najlepszym
przyjacielem mojego ojca).
Ale
nigdy nie związałby się z Bounty.
-
Nie podoba mi się ich klimat – lata temu słyszałam, jak mruczał - Jeśli jesteś
przestępcą, bierz przestępcę. Jeśli nie jesteś, bierz tamto. Nie możesz chcieć
być Gypsy Jokerem. Albo nim jesteś, albo nie. Oni chcą być. Ale nie są. To
gówno po prostu nie jest w porządku i może być niebezpiecznie.
Miał
rację.
Zrobiło
się niebezpiecznie.
Powinnam
była wiedzieć.
Powinnam
była słuchać się mojego taty i podążać za jego radami.
Mama
i ja robiłyśmy to przez całe życie, od pracy do pracy, od domu do domu, od
miasta do miasta.
Dlaczego
przestałam...
Do
cholery.
Wiedziałam,
dlaczego przestałam.
Chciałam
Shy’a, Shy’a, który przypominał mi tatę.
A
kiedy nie mogłam go mieć, poszłam szukać.
Chciałam
tego, co miała moja mama.
Chciałam
tej słodyczy. Tej miłości.
Tego
oddania.
Chciałam
stabilizacji, która wsiąka głęboko w kości bez względu to, ile razy pakowałaś
dom przez zmianę pracy i przez to całego otoczenia.
Stabilność
nie miała nic wspólnego z dochodami i miejscem zamieszkania.
Stabilność
była w sercu.
-
Rosalie, skarbie, wszystko w porządku? - zawołała mama.
-
Tak - odkrzyknęłam - Zaraz wychodzę.
-
Są tu jacyś… hmmm, ludzie do ciebie - powiedziała mi.
Skupiłam
się na mojej poobijanej twarzy w lustrze.
Ludzie?
-
Kto? - zapytałam.
-
Cóż, hmmm…
Nie
podobało mi się to, że nie odpowiedziała od razu.
Podeszłam
do drzwi i je otworzyłam.
I
oto stanęłam przed sobą samą tylko trochę starszą.
Ciemne
włosy, ale ona pozwoliła, by gęste srebro osadziło się w nich. Wyglądało to na
niej wspaniale.
Piwne
oczy, które mogły zmienić się na bardziej zielone lub bardziej jasnobrązowe w
zależności od koloru ubrania, jakie nosiła (lub ja nosiłam).
Raczej
wysoka. Obie miałyśmy metr sześćdziesiąt dziewięć. Wydawałyśmy się wyższe, bo
nasza długość obejmowała głównie nogi i byłyśmy szczupłe.
Również
łatwo się opalałyśmy. Łatwo się śmiałyśmy. Ale byłyśmy przeważnie ciche,
czasami nieśmiałe, ale nie wycofane, po prostu nie głośne i zadziorne.
-
Chryste, Bóg mnie kocha - mawiał mój tata - Dał mi idealną kobietę, a potem dał
mi jej kopię, żebym dostał podwójną dobroć.
Przypomniałam
sobie, jak to mówił. Mieszkaliśmy wtedy poza San Francisco w małym domu z dwoma
sypialniami, gdzie mogliśmy poczuć zapach morza, a mama miała duży ogród.
Przypomniałam sobie, jaki był szczęśliwy.
Zawsze
szczęśliwy.
Zawsze
dokładnie tam, gdzie chciał być.
Z
dziewczynami, motocyklem blisko, światem u stóp... albo, w przypadku taty, pod kołami.
Pamiętałam
te słowa, które mówił prawie za każdym razem, gdy patrzyłam na moją mamę.
I
miałam nadzieję, że nigdy ich nie zapomnę.
-
Kto tam jest? – zapytałam.
-
Kane Allen i jego starsza pani – powiedziała cicho.
Cholera.
-
A także, hm, jego porucznik i jego starsza pani – ciągnęła.
Cholera!
Shy
był jego porucznikiem.
Spotkałam
Shy’a i Tabby w galerii handlowej niedługo po tym, jak mnie rzucił. Teraz już
go nie miałam, i to nie tylko dlatego, że nie miałam wyboru, bo nie dość, że
był żonaty z Tab, to jeszcze mieli dziecko, ale dlatego, że po prostu go nie
miałam.
A
teraz jeszcze bardziej, bo zorientowałam się, że nie przestałam mieć Shy’a, bo
miałam Becka.
Ale
dlatego, że chciałam Snappera.
-
Nie chcę ich widzieć – powiedziałam mamie.
-
To Hopper Kincaid, nie ten drugi – szybko odpowiedziała.
Cóż,
przynajmniej Shy i Tabby nie przyszli do domu mojej matki, żeby
zrobić to, po co byli tam Kane „Tack”
Allen i Hop Kincaid, a to po tym, jak facet, który był następnym,
gdy Shy skończył ze mną,
skończył ze mną.
-
Nadal nie chcę ich widzieć - powiedziałam.
-
Kochanie, oni… - Spojrzała wzdłuż korytarza, a potem z powrotem na mnie - Nie
sądzę, żeby to był dobry pomysł, żeby odmówić audiencji Kane’owi Allenowi.
Miała
rację.
Klub
Chaos porzucił swoje ścieżki wyjęte spod prawa i teraz był czysty, ale to nie
znaczyło, że bracia byli ludźmi, z którymi można było sobie pogrywać. A ze
wszystkich z nich najmniej z Kane’m Allenem.
Nie
chodziło tylko o fizyczność (chociaż był fizycznie onieśmielający). Chodziło o
to, że ten człowiek był znany z zabójczej inteligencji. Jeśli wyczuł zniewagę i
chciał ją wykorzystać, mogło to nastąpić na wiele różnych sposobów, żaden z
nich nie był przyjemny, to nie było zabawne.
-
Okej – mruknęłam do mamy, po czym, uważając na swoje ciało, bo inne części
ciała mogły się goić, ale moje żebra nadal bolały jak diabli, okrążyłam ją i
sztywno poszłam korytarzem, czując, że deptała mi po piętach.
I
oto byli. Dwóch niesamowicie przystojnych braci Chaosu – Tack Allen i Hop Kincaid.
Byli starsi, owszem, ale wciąż szalenie gorący.
Byli
też, w tej chwili, w chwili, gdy ich oczy na mnie spoczęły, szalenie-cholernie-przerażający.
W
świecie motocyklistów z Denver nie było niczym nowym, że Chaos traktował
znęcanie się nad kobietami poważnie, tzn. że naprawdę w stu procentach tego nie
lubili (to jeden z powodów, dla których często przesiadywałam w ich Kompleksie,
gdzie poznałam Shy’a). Teraz dostawałam dawkę tego w salonie mojej mamy.
Jako
posiadaczka waginy, musiałam przyznać, że to było fajne.
To
nie czyniło tego mniej szalenie-cholernie-przerażającym.
Aby
uniknąć części szalenie-cholernie-przerażającej, spojrzałam na kobiety, jakie
były z nimi.
Tack
miał już Tyrę, kiedy byłam z Shy’em. Była piękna, krągła i miała głęboko rude,
piękne włosy.
Wysoka,
szczupła, piękna brunetka z Hop’em była znajoma, ale dla Hop’a, o ile wiedziałam,
była nowa.
-
Hej - przywitałam się.
-
Jak się masz, kochanie? - zapytał Tack.
-
Wracam do zdrowia. Jest dobrze. Dzięki za sprawdzenie, ale to nie było konieczne.
Z każdym dniem jest lepiej i wkrótce wrócę do nowego - odpowiedziałam.
Albo
nowego z bliznami, więc nowego rodzaju nowego.
-
To dobrze - mruknął, wpatrując się we mnie uważnie.
-
Więc, cóż… - Zawahałam się, bo nie chciałam powiedzieć tego, co powiedziałam
później, ale dorastałam w klubach, znałam zasady i trzeba okazywać szacunek - Chcecie
coś do picia czy coś?
-
Jesteśmy tu, żeby powiedzieć, że załatwiliśmy ci mieszkanie - odezwała się
Tyra.
-
Ja… - To mnie zaskoczyło - Słucham?
-
Throttle jest nadal w szpitalu – rozległ się głęboki głos Hopa i spojrzałam na
niego - Dzisiaj zostanie zwolniony do nadzoru policyjnego.
Słyszałam
o moim byłym mężczyźnie od policji, która poinformowała mnie o mojej sytuacji.
Wiedziałam więc, że, zanim policja do niego dotarła, ktoś
pociął mu twarz ostrzem.
Przypuszczam,
że to był Hound. Słyszałam plotki, że kiedy zabierał się do pracy, nie obijał
się.
Miałam
co do tego mieszane uczucia.
Jako
istota ludzka nie pochwalałam cięcia komuś twarzy nożem.
Jako
kobieta, którą dusił i pobił jej chłopak, a potem oddał ją wszystkim jego
znajomym, żeby spróbowali to samo, nie przeszkadzało mi to aż tak bardzo.
-
Nieważne - kontynuował Hop - Uznaliśmy, że nie chciałabyś tam wracać, więc
chłopcy poszli, zabrali twoje rzeczy i przenieśli je do nowego mieszkania. To
Chaos. Zabezpieczyliśmy je. Kobiety uporządkowały twoje rzeczy. Więc możesz się
wprowadzić, kiedy tylko wyzdrowiejesz.
Kiedy
skończył, Tack podszedł do mnie, unosząc rękę.
Głupio,
też podniosłam rękę, a on wrzucił do niej breloczek z kilkoma kluczami.
Oniemiała
gapiłam się na klucze w mojej dłoni, gdy mama zapytała - Jak to jest
zabezpieczone?
-
System bezpieczeństwa – odpowiedział Tack - Drzwi, okna, garaż. Bezpośrednie
wezwanie do przyjazdu patrolu w przypadku naruszenia. Kiedy wejdziesz do
środka, piloty do drzwi garażowych leżą na blacie kuchennym.
Spojrzałam
na niego, po czym zwróciłam wzrok na mamę.
Ulga
praktycznie rozświetlała złotą aurę wokół jej ciała.
Cholera.
-
System jest najlepszy, a ci chłopcy z Bounty złamali swoje warunki kaucji, więc
nie zostaną wypuszczeni przed rozprawą, a teraz większość z nich stanie przed
sądem za coś więcej niż tylko za to, co zrobili – kontynuował Tack. Spojrzałam
na niego i zobaczyłam, że jego uwaga była skierowana na mamę - Mimo wszystko nie
podejmujemy żadnego ryzyka – spojrzał na mnie – Więc nadal będziemy mieć brata
na twoim mieszkaniu.
Okej.
To
się nie miało wydarzyć.
-
To nie jest konieczne – mruknęłam.
-
Zgodziliśmy się, że się nie zgadzamy – odparł stanowczo.
Oznaczało
to: Wchodzisz w przestrzeń, którą ci oferujemy i akceptujesz naszą ochronę, a
nie będzie żadnej dyskusji na ten temat.
Ja
jednak czułam, że dyskusja była konieczna.
-
Panie Allen... - zaczęłam.
-
Jestem Tack dla ciebie, kochanie - przerwał mi, mówiąc teraz łagodnie - Zawsze
tak było, nic tego nie zmieniło.
Spojrzałam
mu prosto w oczy.
-
Panie Allen - powtórzyłam stanowczo, obserwując błysk jego porcelanowo błękitnych
oczu i zaciśnięte usta, ale nie obchodziło mnie to i tym razem mi nie przerwał
- Jestem pewna, że może pan sobie wyobrazić, że chcę iść dalej po tym
wszystkim, co się wydarzyło i doceniam waszą troskę. Ale jeśli powie mi pan,
gdzie zabraliście moje rzeczy, mama i ja po nie pójdziemy. Nie jestem już
problemem Chaosu.
-
Obawiam się, że z tym, co mamy, to się nigdy nie zmieni - odpowiedział - Nie to,
że jesteś problemem, kochanie. Po prostu jesteś nasza, a my dbamy o swoje.
To
było przyjemne, ale nie mogłam pozwolić, żeby to było przyjemne.
Więc
tego nie zrobiłam.
-
Doceniam waszą lojalność, ale próbuję przekazać, że odpadam.
-
Rosalie - powiedział Hop cichym głosem - ...wiesz, kochanie, że jak już się
wejdzie, to nie ma wyjścia.
Miałam
na to nadzieję... raz.
Miałam
nadzieję, że będę częścią ich rodziny i nigdy jej nie opuszczę.
Ale
tego nie dostałam.
A
teraz tego nie chciałam.
(Okej,
więc po prostu tak sobie mówiłam, ale miałam nadzieję, że osiągnę ten stan
umysłu w ciągu, powiedzmy, od pięciu dni do piętnastu lat)
-
Nigdy nie byłam w tym – odpowiedziałam.
-
Kochanie – Teraz to Tack mówił do mnie cicho – Jesteś Chaosem i wiesz o tym.
Wiesz, jaka jesteś. Ale podejrzewam, że teraz wiesz, jak głęboko to sięga,
prawda?
-
Ponieważ nadstawiałam karku i prawie mi się przytrafiło to najgorsze? – zapytałam,
obserwując, jak trochę z tych szalenie przerażających wróciło na jego twarz na
wspomnienie tego, co mi się przydarzyło.
-
Jest to i jest więcej, i podejrzewam, że jeśli teraz nie wiesz, co to więcej,
to niedługo się dowiesz – odpowiedział.
To
zdecydowanie nie miało się wydarzyć.
Otworzyłam
usta, żeby się tym podzielić, gdy Tyra wystąpiła do przodu.
-
Kane, może ty i Hop wyszlibyście na zewnątrz? - zasugerowała.
Odwrócił
głowę w stronę swojej kobiety - Nie wyjdziemy na zewnątrz.
-
Okej - Ustąpiła natychmiast, ale się nie poddała - Może się odsuniesz?
-
Rudzielcu… - zaczął.
-
Tack, pozwól mi - wyszeptała.
Przyjrzał
się jej.
Potem
się odsunął.
Podeszła
do mnie, a brunetka podeszła z nią.
Mama
przysunęła się bliżej do mnie.
Kiedy
to zrobiła, wtedy miałam ochotę zapłakać.
Straciliśmy
tatę trzy lata temu i szczerze mówiąc, do tego dnia nie wiedziałam, jak któraś
z nas dała radę to przeżyć.
Ale
wiedziałam, że nadejdzie taki czas i modliłam się, żeby to było w dalekiej
przyszłości, kiedy stanę twarzą w twarz ze światem bez mojej matki i nie
wiedziałam, jak sobie z tym poradzę.
-
Hej, Rosalie - Tyra przywitała się, jakby właśnie weszła.
-
Tyra - odpowiedziałam.
Przechyliła
głowę w stronę brunetki - Pamiętasz Lanie?
Racja,
tak, wtedy sobie przypomniałam. Miała na imię Lanie i była najlepszą
przyjaciółką Tyry, teraz staruszką Hopa.
Przyjrzałam
się drugiej kobiecie i zauważyłam, że była niesamowicie piękna i miała moją
budowę ciała, z większą długością i mniejszymi piersiami.
-
Tak, widziałam cię w Kompleksie - powiedziałam, a następnie rzuciłam jej - Hej.
-
Hej, Rosalie - odpowiedziała z lekkim uśmiechem - Miło mi poznać cię oficjalnie.
Skinęłam
głową i gestem wskazałam na bok - Poznałyście moją mamę?
-
Tak - odpowiedziała Tyra - Przedstawiłyśmy się sobie, kiedy weszliśmy.
-
Świetnie - powiedziałam, nie mając tego na myśli i to było słychać.
-
Chyba muszę ci coś wyjaśnić - oświadczyła.
-
Nie jestem pewna, czy musisz - odparłam.
Mama
podeszła bliżej i połączyła swój mały palec z moim.
Trzymałam
ją mocno.
Tyra
mówiła dalej, jakbym tego nie robiła.
-
Oni to czują.
Do
diabła.
Teraz
zaczynałam się wściekać.
-
Doprawdy? - zapytałam sarkastycznie.
-
Złożyli ci obietnicę i jej nie dotrzymali - zauważyła.
-
Podejmowałam własne decyzje i znałam konsekwencje - odparłam.
Ona
nadal trzymała się swojego.
-
To nie są mężczyźni, którzy nie dotrzymują obietnic.
Zamknęłam
się, żeby pozwolić jej dokończyć i skończyć to wszystko.
-
Teraz muszą dotrzymać tej obietnicy, Rosalie. Muszą się o ciebie zatroszczyć -
podzieliła się.
-
A co jeśli nie chcę, żeby się mną zajmowali? - zapytałam.
Uśmiechnęła
się do mnie rozbawiona, krótko pokręciła głową i odpowiedziała - To się nie
liczy.
Spojrzałam
na nią - To szaleństwo.
Następnie
lekko wzruszyła ramionami - To Chaos.
Okej,
miałam tego dość.
-
Słuchaj, policja jest w to zamieszana - poinformowałam ją, chociaż wiedziałam,
że ona wiedziała - Skończyłam z Throttle. Throttle skończył ze mną. Oni wymierzyli
swoją sprawiedliwość. Skontaktowałam się z władzami, żeby wymierzyli moją. Nie
wiem, czy jest coś jeszcze do zrobienia, ale to nie ma z wami nic wspólnego.
Chaos nie ma już w tym nic do roboty. Kiedy Throttle zabrał mnie do swoich
braci, wszystko rozstrzygnęło się wokół niego, ich i mnie.
-
Nie było tam ciebie - powiedziała mi Tyra.
To
mnie wkurzyło.
-
Oczywiście, że byłam tam ja - warknęłam.
-
Nie, jeśli należysz do Chaosu - odpaliła.
Słyszałam,
jak mama wzięła oddech.
-
Nie należę do Chaosu - odparłam.
-
Słonko - powiedziała cicho - Nawet jeśli bracia, każdy z nich, nie rościliby
sobie do ciebie praw z powodu tego, co zrobiłaś dla Klubu i tego, co wycierpiałaś,
bo nie zdołali cię ochronić, co się zdarzyło, należysz do Snapa.
O
nie.
Nigdy
w życiu.
Zaczęłam
coś mówić, ale ona uniosła rękę i mówiła dalej:
-
Bardzo mi przykro. To dużo. Tyle ci się przytrafiło, Rosalie, i nienawidzę
tego. Ale możesz mnie okłamywać. Możesz kłamać, ile chcesz. Tylko nigdy nie
kłam samej sobie. Wiesz, jak to jest lepiej ode mnie. Brat twierdzi, że kobieta
jest własnością Klubu, a kiedy chodzi o Chaos, to dobrze. Zaufaj mi.
-
Obecnie i w przewidywalnej przyszłości nie jestem własnością żadnego przedstawiciela
gatunku męskiego - oświadczyłam, po czym dla pewności postanowiłam dodać - A
zwłaszcza nie motocyklisty.
-
Zostawię tę część Snapowi - mruknęła.
-
Okej, Tyra, posłuchaj… - zaczęłam ze złością.
-
Rosalie – wyszeptała - Proszę, błagam cię, pozwól nam się tobą zaopiekować. Musimy się tobą zaopiekować.
Na
szczerość w jej tonie i na ten wyraz w jej oczach, który wyrażał, że w wielu
aspektach znała mój ból, zamarłam.
A
kiedy zamarłam, mały palec mojej mamy uwolnił mój, żeby mogła objąć wszystkie
moje palce.
-
Rozumiem, że teraz nas nie chcesz, ale dla nas jesteś naszą rodziną, a
także odczuwasz ból i jesteś w poważnej
sytuacji, która została spowodowana naszymi problemami – wyjaśniła Tyra - Pomyśl
o tym. Pomyśl, jak byś się czuła, gdyby role się odwróciły, gdybyś była mną i
stała przed kobietą, której przydarzyło się to, co tobie. Jak byś się czuła? Co
musiałabyś zrobić?
-
A jak dokładnie - zaczęłam sarkastycznie - …to, co mi się przydarzyło, zaczęło być
związane z wami?
-
Ponieważ musimy odkupić nasze winy, a ty jesteś sobą i jesteś osobą z takim
sercem, która będzie musiała pozwolić nam to zrobić.
Do
cholery!
Byłam.
Ja
byłam tą osobą.
Tą
osobą, którą tata nauczył mnie być.
Tą
osobą, którą mama nauczyła mnie być.
Nie
wspominając o tym, że nienawidziłam tego, że tak głęboko to odczuwali. Nie pobili
mnie na miazgę i nie mogli zapewnić całodobowej ochrony, wiedziałam to od
początku. Przecież mieszkałam z Beckiem, na litość boską.
Nienawidziłam
też sarkazmu.
Więc
zacisnęłam usta.
Mama
zachichotała tylko trochę.
Spojrzałam
na nią i od razu zobaczyłam, że bardzo, bardzo chciała, żeby Chaos się mną
zajął.
Do cholery!
Lanie
zrobiła krok do przodu, wysuwając między nas elegancką kopertówkę, którą miała
schowaną pod pachą, elegancką kopertówkę, która pasowała do jej eleganckiego
stroju składającego się z dopasowanych spodni, wspaniałej kobiecej koszuli i
wspaniałych obcasów, które nie głosiły „Starsza Pani Motocyklisty”, ale
„Givenchy[1] uważa,
że ta laska jest
zajebista”.
Wyciągnęła
kartkę papieru i mi ją podała.
Była
gruba, prawie jak tektura, a na górze widniało fajne logo agencji reklamowej z
nazwą Elaine Kincaid, CEO[2]
pod nim i czymś napisanym poniżej.
Przegapiłam
tę nowinę.
Nie
była tylko starszą panią Hopa, pobrali się.
-
To adres twojego nowego mieszkania. Jest blisko Colombo i twojej mamy.
Właściwie dużo bliżej niż twoje stare mieszkanie – powiedziała.
Spojrzałam
na adres i zobaczyłam, że nie kłamała. To było prawdopodobnie dziesięć minut
jazdy od domu mamy i tyle samo od Colombo.
Na
koniec, to było tyle samo od Ride, sklepu z artykułami samochodowymi i
warsztatu samochodowego i motocyklowego, który należał do Chaosu, gdzie
znajdował się również ich Kompleks.
Innymi
słowy, było to uderzające, co niektórzy obywatele Denver wiedzieli bez żadnych
wątpliwości, że było to terytorium Chaosu, będące własnością, kontrolowane i
patrolowane przez braci.
Mieszkałam
w Aurorze z Beckiem, na przedmieściach na południowy wschód od Denver.
Jeśli
chodziło o przeprowadzkę pod ten adres, na teren Klubu, było to jak przeprowadzka
do innego kraju.
Cóż,
przynajmniej mogłabym zaoszczędzić czterdzieści minut na dojazdach do pracy.
-
Mój numer też tam jest, podobnie jak numer Tyry - podzieliła się Lanie.
-
Jeśli chcesz, chętnie pokażemy tobie i Renae - gestem ręki wskazała mamę - …wasze
nowe miejsce - uśmiechnęła się do mnie - Jest naprawdę urocze.
-
A komu mam płacić czynsz? - zapytałam dosadnie.
Tack
wrócił do rozmowy, warcząc - To załatwione.
-
Kane - powiedziała pod nosem Tyra.
Okej,
nie mogłam się poddać. Płaciłam za siebie.
-
To absolutnie niedopuszczalne - powiedziałam, by to podkreślić.
-
Przez kilka miesięcy - wtrąciła się Lanie - Tylko kilka miesięcy. Jak się zadomowisz,
wyzdrowiejesz, porozmawiamy o czynszu.
-
Skąd mam wiedzieć, że będzie mnie na to stać? - zapytałam.
-
Będzie cię na to stać - odpowiedział Hop.
-
Hop - powiedziała ostro Lanie.
-
Omówimy to wszystko, kiedy nadejdzie czas - wtrąciła Tyra.
-
To wspaniale, dziękuję - powiedziała mama.
I
tak było, jak mama to robiła, stało się.
Mój
głos był bardzo podobny do jej (w czasach innych niż te, ale mama nigdy się nie
zawahała), delikatny i melodyjny. Łagodzący. Spokojny. Prawdopodobnie mogłabym
policzyć na palcach jednej ręki momenty, które zapamiętałam, ile razy podniosła
głos. Nawet w trudnych sytuacjach, gdy ludzie byli zdenerwowani lub źli, jeśli
mama wkroczyła, jej spokój, spokój jej głosu, rozwiązywał i uspokajał niemal
każdy problem.
A
wtedy w ten sposób powiedziała, że doceniała to, co robili dla jej córki,
ale ona i ja skończyłyśmy tę
rozmowę.
Przez
lata widziałam, jak mama potrafiła to zrobić.
Nadal
byłam zaskoczona, widząc, że to zadziałało na Tack’u Allenie i Hopperze
Kincaidzie.
-
Doceniam, że panie poświęciły nam czas - mruknął Tack.
-
I dobrze widzieć, że wracasz do zdrowia, kochanie - powiedział do mnie.
-
Po prostu wychodzimy - dodał Hop, ruszając się z Tack’iem.
-
Zadzwoń do nas, kiedy będziesz w nowym miejscu - nalegała Lanie.
-
Albo... masz klucze, jeśli pojedziesz, zadzwoń do nas i powiedz, co o tym myślisz.
-
Dobrze, dzięki - odpowiedziałam.
-
A jeśli będziesz czegoś potrzebować… - Tyra zostawiła to w zawieszeniu.
Kiwnęłam
głową i uśmiechnęłam się do niej oszczędnie.
-
Dziękuję za przybycie - powiedziała mama, również ruszając do drzwi.
Zostałam
tam, gdzie stałam.
-
Do zobaczenia - powiedziała do mnie Lanie.
-
Mhm-hm - zanuciłam niezobowiązująco.
-
Pa, Rosalie - powiedziała Tyra.
Ponownie
skinęłam jej głową.
Tack
i Hop spojrzeli na mnie i kiwnęli brodami.
Tydzień
temu uznałabym to za gorące.
Teraz
pomyślałam...
Mężczyźni.
Mama
mruczała pożegnania, podziękowania i do
zobaczenia później, a ja stałam i patrzyłam, jak ich wyprowadzała ich i
zamykała drzwi.
Dopiero
gdy drzwi się zamknęły, przeszłam przez pokój do okna od frontu.
Wyjrzałam,
zamierzając patrzeć, jak odjeżdżali.
Ale
to, co zobaczyłam, sprawiło, że zaparło mi dech w piersiach.
Snap
był tam.
Teraz
rozmawiali w ciasnej grupie, pochylając głowy z Tack’iem i Hop’em, podczas gdy
Lanie i Tyra dryfowały w stronę pickupa i SUV-a na naszym podjeździe, a motocykl
Snapa stał przy krawężniku.
Był
tam.
Shy
był wysoki, ciemny i chudy.
Beck
był wysoki, ciemnowłosy i przysadzisty.
Snap
był blondynem, niższym od Shy’a i Becka (wyższym ode mnie), o atletycznej
budowie ciała, która była jednocześnie silna i szczupła. Jego gęste brwi były ciemniejsze
od włosów i miał blond brodę, która była ciemna pod szczękami, a jasna wszędzie
indziej, przyciętą krótko i głównie zadbaną, ale długą na brodzie.
Jego
włosy sięgały ramion i prawie zawsze nosił je związane w niedbały kok z tyłu,
ale jeśli je rozpuścił, zaczesywał je czymś do tyłu, żeby nie spadały mu na
twarzy.
Miał
niesamowite kości policzkowe, piękną dolną wargę i wspaniałe, mocne białe zęby,
które błyszczały jasno na skórze, która zawsze była opalona, ponieważ
jeździł na motocyklu.
Wszystko
to było fantastyczne.
Ale
dla mnie w przypadku Snapa najważniejsze były oczy.
Jego
oczy przypominały mi oczy psa husky. Jeśli przyjrzałaś się uważnie (a do
niedawna pozwalałam sobie nie zwracać uwagi na to, że to robiłam… bardzo
często), nie były tak jasno niebieskie, jak się wydawały na pierwszy rzut oka.
Większość
tęczówki była jasna niemal jak śnieg, a niebieski odcień pochodził z krawędzi
nieba na krawędzi tęczówki i krawędzi źrenicy, które przechodziły w biel.
Nigdy
nie widziałam takich oczu, jak oczy Snappera.
Można
by pomyśleć, że śnieg może mocno zmrozić, ale on nigdy, ani razu, nawet na
chwilę, nie dał mi ani odrobiny chłodu. Był dla mnie cały ciepły.
Tego
dnia Everett „Snapper” Kavanaugh miał rozpuszczone włosy, zaczesane do tyłu, a cokolwiek
używał, sprawiało to, że jasny blond wydawał się ciemniejszy.
Był
to również dzień skupienia, mogłam to stwierdzić po poważnym wyrazie jego
twarzy, gdy słuchał, jak Tack mówił do niego.
Nie
zamierzał naruszać mojej przestrzeni, ponieważ wyrzuciłam go z mojej szpitalnej
sali (Boże, to było takie Snappera).
Ale
nie czekał na chociażby telefon, żeby dowiedzieć się, jak się czułam.
Dowiadywał się o mnie. O wszystkim. Od tego, jak wyglądałam, przez to, jak się
trzymałam, jak się zachowywałam, po to, jak reagowałam na to, co mi zaoferowali
(lub, dokładniej, na to, co byłam zmuszona zaakceptować).
Będziesz w moim
życiu, a ja w twoim. Możesz być tego pewna.
-
To on? – wyszeptała mama obok mnie, stojąc tak blisko, że nasze ramiona otarły
się o siebie.
Wiedziała
wszystko. Wszystko o wszystkim. Kiedy skończyłam siedemnaście lat, rozpoczęła
długi proces przemiany z mojej mamy w moją mamę, a czasami przyjaciółkę, w moją
przyjaciółkę, a czasami mamę, w moją najlepszą przyjaciółkę, która była również
tą cenną istotą, która mnie urodziła.
-
To on – szepnęłam.
Skinął
głową i wiedziałam po ruchach jego ciała, że od nich odłączy,
więc szybko odeszłam
od okna, obserwując i widząc, jak odwracał
głowę w moją
stronę.
Stając
poza zasięgiem wzroku, tracąc w ten sposób Snappera z oczu, zanim on mnie
zauważył, patrzyłam, jak moja matka do niego pomachała.
-
Mamo! – syknęłam.
-
Jest naprawdę słodki – powiedziała.
Był.
Był naprawdę słodki w gorącym stylu twardziela motocyklisty. Zdejmij mu
skórzaną marynarkę, przytnij włosy, ogol brodę, a będzie chłopakiem z
sąsiedztwa.
Chłopak
z sąsiedztwa, którego chciałaś mieć w swoim łóżku i który sprzedałby duszę,
żeby zdobyć zaszczyt, byś nosiła jego obrączkę na swoim palcu.
Aby
uciec od tego, co działo się za oknem, odwróciłam się tak, że moje ramiona były
przy ścianie i spojrzałam na kartkę, którą trzymałam w dłoni.
Elaine
Kincaid, CEO agencji reklamowej.
Hop
ożenił się z bizneswoman.
Zaskakujące
i interesujące.
I
fajne.
Wpatrywałam
się w adres pod spodem, skupiając się na nim, a nie na fakcie, że Snap był tuż
za rogiem.
Nagle
zmarszczyłam się i skupiłam na tym.
Kiedy
to zrobiłam, przypomniałam sobie rozmowę, którą odbyłam ze Snapem, jedną z
wielu, których nie powinno było być, skoro miał być moim kontaktem z Chaosem,
dzieląc się z nim tym, co słyszałam od Becka, że jego bracia kombinowali w sprawie
działań antyspołecznych, nie wspominając
o tym, że mieszkałam z innym facetem.
Ile
nieruchomości?
– zapytałam, przerażona informacjami, którymi podzielił się na ten temat w
trakcie naszej godzinnej rozmowy telefonicznej.
Pięć, nie…
sześć. Ale, kochanie, to nie jest wielka sprawa. Wszyscy bracia dostają część
zysków z Ride, a sklep i warsztat mają ogromne obroty. Tak to jest, ale biorąc
pod uwagę mój styl życia, co mógłbym zrobić z takimi pieniędzmi? – odpowiedział.
Potrafiłabym
wymyślić wiele rzeczy, które można zrobić z takimi pieniędzmi – powiedziałam
mu.
Cóż, nie
przepadam za butami
- odpowiedział - Więc kupuję domy.
Zaśmiałam
się.
Musiałam
przyznać, że lubiłam buty.
Nie
przyznałam się jednak, że podobało mi się, że Snapper to zauważył.
Słuchał
mojego śmiechu przez chwilę, zanim powiedział - Nie mogę ot tak po prostu na tym siedzieć. Mam to, muszę sprawić, żeby
to dla mnie pracowało.
Więc myślę, że skoro
kupiłeś sześć nieruchomości, pozwoliłeś, żeby zarabiały pieniądze – zażartowałam.
Tak - powiedział z
uśmiechem w głosie - Przyjdzie czas, będę
zabezpieczony. Moja kobieta będzie. Jeśli nasze dzieci zechcą iść na jakiś
drogi college, będą zabezpieczone. Zechcą wielkich wesel, to będzie dobre.
Zechcemy jeździć na szalone, ogromne wakacje rodzinne, to będzie dobre. Albo
jeśli nadejdzie gówniana burza, będziemy zabezpieczeni.
Nie
pamiętałam swojej odpowiedzi, po prostu zmieniłam temat rozmowy.
Ale
pamiętałam, jak to, co powiedział, sprawiło, że się poczułam.
Wpatrywałam
się w adres na kartce.
Tack
powiedział, że miejsce, do którego mnie umieścili, to Chaos.
Ale
ja wiedziałam, że to nie był tylko Chaos jako taki.
To
był Snapper.
Miał
sześć nieruchomości pod wynajem, z czego kilka z nich to były apartamenty,
reszta małe domy.
To
było jego.
Dawał
mi to.
Pewnie
kogoś eksmitował, żeby mógł mi to dać.
Wciągnęłam
oddech, gdy usłyszałam ryk motocykla.
-
Rosalie? - zawołała mama.
Przesunęłam
się na tyle, żeby móc patrzeć przez okno i zobaczyłam, jak Hop odjeżdżał z
Lanie u boku w jego pickupie. Tack i Tyra byli w swoim wielkim SUV-ie już gotowi
do drogi i odjeżdżali.
Przesunęłam
się jeszcze bardziej i zobaczyłam, że krawężnik był pusty, ale słyszałam, że
już cichł dźwięk motocykla Snapa.
-
Słonko - wymamrotała mama, a ja spojrzałam na nią - Wszystko w porządku?
-
To - pomachałam notatką w powietrzu - …należy do Snapa.
-
Słucham? - zapytała.
-
To miejsce, do którego mnie przenieśli bez mojej zgody, pozwolenia, a nawet
akceptacji. Snapper jest jego właścicielem.
-
Och - wymamrotała, jej oczy z szacunkiem powędrowały w stronę kartki.
Tak.
Z
szacunkiem.
Zawsze
lubiła też Chaos. Kiedyś, zanim ja się pojawiłam, imprezowała z nimi z tatą.
Martwiłam
się tylko tym, że zacznie lubić Snappera, zwłaszcza zanim go w ogóle pozna. Był
po prostu tak sympatyczny. Ogólnie dobry facet. Łatwy do oglądania. Łatwo się z
nim rozmawiało. Łatwo było być z nim. Słodki, mądry, troskliwy.
Nadeszła
moja kolej, żeby zwrócić na siebie jej uwagę.
-
Mamo.
Spojrzała
mi prosto w oczy.
-
Proszę, Rosalie, pozwól im się tobą zaopiekować.
Zamknęłam
oczy.
Otworzyłam
je.
-
Postąpiłaś słusznie z Beckiem i jego klubem - powiedziała, gdy to zrobiłam -
Jestem z ciebie dumna. Twój ojciec byłby z ciebie dumny, chociaż nie pozwoliłby
ci na to.
To
sprawiło, że skrzywiłam usta.
Z
drugiej strony, tata opieprzył by mnie w ogóle za bycie z Beckiem. Pozwoliłby
mi podejmować własne decyzje, ale to nie znaczy, że nie miałby nic do powiedzenia
na ten temat.
-
Nadal byłby zadowolony, że to rozważałaś - ciągnęła - Poszło źle. Nie ma go
tutaj, żeby zapewnić ci bezpieczeństwo, a ja...
-
Mamo...
-
Ale oni mogą – dokończyła stanowczo – Jestem tutaj, żeby cię wysłuchać, jeśli
zechcesz rozmawiać. Jestem tutaj, żeby trwać, jak zechcesz to z siebie
wyrzucić. Jestem tutaj, żeby wściekać się razem z tobą, jeśli zechcesz się
wściekać i krzyczeć. Czegokolwiek ode mnie potrzebujesz, jestem tutaj. Ale tego
nie mogę ci dać. Nie mogę cię ochronić. Ty nie możesz się ochronić sama. Ale
oni mogą, a... – przełknęła ślinę i wyrzuciła to z siebie - Bounty jeszcze z
tobą nie skończyli.
Wciągnęłam
powietrze przez nos, podrażniona tym, że mama się martwiła, rozdrażniona na
Becka, rozdrażniona na siebie, ale ona się martwiła i nie mogłam nic z tym
zrobić, więc skinęłam głową.
-
Wkrótce to obejrzymy, okej? - zaproponowałam.
-
Powinnyśmy poprosić Tyrę i Lanie, żeby się z nami spotkały - zasugerowała.
Pokręciłam
głową - Nie sądzę, żeby wchodzenie głębiej w tę załogę było dobrym pomysłem.
Na
to ona stwierdziła - Jest przystojny.
Mówiła
o Snapie.
-
Tak, jest, ale…
-
Jest twój.
Zamknęłam
się.
Mama
tego nie zrobiła.
-
Stojąc na zewnątrz na zimnie, czekając na wieści o tobie, umieszczając cię w
swoim domu, by wiedział, że jesteś bezpieczna, on jest twój, jak Beck nigdy nie
był, jak tamten nigdy nie był. Jest twój. Jest twój, aby go złamać lub jest
twój, aby go chronić.
-
Mężczyźni Chaosu są nie do złamania - poinformowałam ją.
-
Gdyby twój ojciec dożył, żeby zobaczyć swoją córkę w tym szpitalnym łóżku, tak
jak ja ją widziałam, złamałoby to go - odparła.
I
wtedy łzy zaczęły szczypać mnie w oczy.
-
Mężczyźni są do złamania, Rosalie - powiedziała spokojnym, pogodnym głosem -
Oni po prostu lepiej ukrywają pęknięcia niż my, kobiety.
-
Myślałam, że mnie zabije - wyszeptałam.
Stała
pewnie i wytrzymała moje spojrzenie, jej oczy nagle stały się jasne jak moje,
pełne wilgoci, wiedząc, że teraz mówiłam o Becku.
-
Całował tę szyję, z której prawie wycisnął życie, tyle razy, że nie potrafię
ich zliczyć - powiedziałam jej.
Moja
mama stała tam i trzymała mnie ciepłą i bezpieczną, używając tylko swojego
spojrzenia.
-
Myślisz, że chcę wskoczyć w kolejną sytuację z innym motocyklistą? - zapytałam.
-
Twój ojciec był motocyklistą - przypomniała mi.
–
Mój ojciec był jedyny w swoim rodzaju – przypomniałam jej.
-
Umarł, a ty poszłaś szukać - stwierdziła.
Tego
nie mogłam znieść. Wiedziałam to. Rozumiałam to. Godziłam się z błędami, które
popełniłam.
Ale
słysząc to z ust mojej matki, nie mogłam sobie z tym poradzić.
Więc
spojrzałam przez okno na nasz martwy zimowy trawnik, nasz pusty podjazd, opuszczony
krawężnik.
-
Znalazłaś tego chłopaka Chaosu, pierwszego, jako zastępcę - powiedziała
ostrożnie, delikatnie, słodko.
Przełknęłam
ślinę.
Miała
rację.
Tata
umarł.
Byłam
zagubiona.
Potem
znalazłam Shy’a.
-
Kiedy nie chciał cię zatrzymać, zachwiałaś się - mówiła dalej.
Nie
widziałam nic poza czystymi, gorącymi falami rozbijającymi się przed moimi
oczami.
-
Potem chwyciłaś się kolejnej rzeczy, która przypominała ci o tym, co straciłaś
- powiedziała.
Zrobiłam
to na pewno.
Mój
głos drżał, gdy odpowiedziałam - Zepsułam to.
-
Byłaś w żałobie.
Odwróciłam
się do niej, gwałtownie potrząsając głową, by pozbyć się łez z oczu i
powtórzyłam - Zepsułam.
-
Okej, nie to chciałam ci przekazać, po prostu próbowałam naprowadzić cię na
zrozumienie ścieżki, którą podążasz. Ale jeśli musisz na to patrzeć w ten
sposób, jasne, okej, zepsułaś to - zgodziła się bez przekonania - Chociaż boli
mnie to, że każda kobieta bierze odpowiedzialność za bezduszną brutalność, jaką
może wyrządzić mężczyzna, a ten ból jest głębszy, słyszę to z ust mojej córki,
ale na razie pozwolę temu być i powiem po prostu, moja piękna dziewczyno, nie zepsuj
więcej.
-
W życiu nie chodzi o znalezienie mężczyzny - powiedziałam jej.
-
W życiu chodzi o znalezienie szczęścia - powiedziała mi - Więc nie… - szarpnęła
głową w stronę okna - zepsuj tego.
-
Oni wszyscy rzucili się na mnie, mamo - teraz mówiłam o Bounty.
Połączyła
to w całość.
To
zabijało, ale woda uderzyła jej do oczu i nie mogła jej powstrzymać.
Zaczęła
cieknąć po jej policzkach.
-
Przepraszam - wyszeptałam - Nie powinnam tego na ciebie zrzucać. Nie na ciebie.
-
Rosalie, skarbie - zaczęła, unosząc ręce, by otrzeć łzy - Modlę się do Boga,
żebyś się nauczyła, a kiedy to zrobisz, a zaufaj mi, nauczysz się, że
jakkolwiek trudno to znieść, jakkolwiek ciężki może być jakikolwiek ciężar,
kiedy kobieta zostaje matką, może znieść wszystko dla swojego dziecka. Więc
zrzuć to na mnie.
-
Boję się – powiedziałam jej.
-
Oczywiście – powiedziała mi.
-
Nie mogę teraz myśleć o innym facecie – podzieliłam się.
-
To zrozumiałe – odpowiedziała.
-
Muszę po prostu przetrwać dzisiejszy dzień.
-
Więc pomożemy ci przez to przejść.
-
Kochałam go już wcześniej – szepnęłam, przyznając się – Zanim przydarzyło mi
się to, co się stało.
-
Co? - szepnęła w odpowiedzi.
-
Chciałam zrobić z Becka Snapa.
-
Och, Rosie – wyszeptała, w końcu podchodząc do mnie, a jeśli się nie myliłam,
na jej ustach pojawił się uśmiech.
-
Mamo, to było głupie – powiedziałam, gdy podniosła obie ręce i ostrożnie
trzymała moją szczękę.
Przechyliła
głowę w moją stronę, patrząc mi w oczy.
-
Muszę po prostu przetrwać dzisiejszy dzień - powtórzyłam.
-
Jak mogę ci w tym pomóc? - zapytała.
-
Czy masz lody Tillamook o smaku solonego toffi?
-
Czy moja mała dziewczynka jest w pobliżu?
Mój
uśmiech był niepewny, a skinienie głową w jej dłoniach było urywane.
-
Łyżeczki, pojemnik i maraton Jasona Bourne’a? – zaproponowała.
Mój
uśmiech stał się mniej niepewny, a skinienie głową było o wiele bardziej
zdecydowane.
-
Zajmujesz się telewizorem, ja przyniosę lody – zarządziła.
Następnie
zbliżyła się, ocierając policzek o mój, zanim mnie puściła i ruszyła w stronę
kuchni.
-
Mamo? – zawołałam.
Odwróciła
się do mnie.
-
Przykro mi, że musisz przez to przechodzić ze mną – powiedziałam.
-
Jeszcze czegoś się nauczysz, o co modlę się, moja piękna: czy to dobro, zło,
brzydota, matka nigdy nie żałuje.
Jeśli ich dziecko ich potrzebuje, nie ma
innego miejsca, w którym mogłyby być.
Tak,
o tak.
Nigdy
bym sobie bez niej nie poradziła.
-
Kocham cię – powiedziałam jej.
-
I oto jest – odpowiedziała po prostu.
Potem
poszła po lody.
Patrzyłam,
jak odchodziła, wiedząc, że miała rację.
I
oto byliśmy.
To
byliśmy my. Nasza rodzina. Nasze życie.
Nigdy
nie mieliśmy kredytu hipotecznego (mama nadal wynajmowała). Nigdy nie mieliśmy
korzeni.
Ale
mieliśmy siebie nawzajem.
I
miłość.
I
to było wszystko, czego potrzebowaliśmy.
Więc
życie było wtedy do bani, było niepewne i przerażające, obie te rzeczy w skrajności.
Ale
miałam mamę.
I
to było wszystko, czego potrzebowałyśmy.
Z
tą myślą przeszłam do telewizora.
Bardzo dziękuję!
OdpowiedzUsuń