Farba
Rosalie
- To miejsce jest urocze - moja
mama praktycznie płakała.
Stałam
w salonie domu, do którego przeprowadzili mnie Snap i Chaos.
Nie
myliła się.
To
było urocze.
Czyste,
przytulne, urocze.
I
przepiękne.
Pachniało
też lekko farbą.
A
to oznaczało, że pomalowali to między wyprowadzką lokatorów Snappera a moją
przeprowadzką, żebym mogła się przenieść do nowego mieszkania, które byłoby
świeże i sprawiało wrażenie nowego.
Dotknęłam
kanapy, która była odwrócona tyłem do drzwi i stała naprzeciwko wolnostojącego
kominka, pozwalając mojej głowie obrócić się powoli, aby rozejrzeć się po
przestrzeni.
Beck
i ja mieszkaliśmy w ładnym kompleksie apartamentów w Aurorze. Miał on pewną
osobowość, ale był nowoczesny, zbudowany w ciągu ostatnich dziesięciu lat. Nie
było to arcydzieło architektury ani miejsce nie miało czasu, aby stać się
malowniczym lub historycznie atrakcyjnym, ani nie miało tak wiele własnego
stylu wokół siebie, żeby stało się niezwykłe.
Miejscem
Snappera była oczywiście stara wozownia, a posiadłość, do której kiedyś była
przyłączona, zniknęła.
Również
do niego dobudowano.
Dając
mu poczucie prywatności i spokoju, został umieszczony daleko od krawężnika,
znacznie dalej niż inne domy w kwartale, biorąc pod uwagę, że kiedyś stał za
domem, któremu służył.
Teraz,
co było zabawne, bo kiedyś tak jakby był tym samym, miał duży garaż na dwa
samochody, którego drzwi wychodziły na bok posesji, więc garaż wyglądał jak
przedłużenie małego domu, a nie jak karykatura tego, co w zasadzie było
przestrzenią magazynową, niemal tak dużą, jak przestrzeń mieszkalna, do której
został dobudowany.
Do
garażu wchodziło się przez kuchnię.
My
weszłyśmy przez drzwi frontowe.
A
frontowe drzwi prowadziły do salonu, który był stosunkowo przestronny, ale
zdecydowanie dobrze oświetlony, z mnóstwem pięknych, staromodnych, okien z
licznymi szprosami z przodu i z boku domu.
Ściany
były kremowobiałe i wisiały na nich moje grafiki Toulouse-Lautreca i inne
rzeczy naścienne. Mój płaski ekran został zamontowany na pomalowanej na kremowo
cegle nad wolnostojącym kominkiem. Ten kominek był osadzony w ścianie z tej
cegły, która znajdowała się na środku salonu, a z boku były spiralne schody.
Moje
meble, które były w kolorze żółtym (kanapa) i dżinsowym (fotel i kilka poduszek
na kanapie), które zawsze uważałam za niesamowite, ale nigdy nie wyglądały tak
dobrze w mieszkaniu, które dzieliłam z Beckiem, wyglądały odjazdowo na tle
maślano-białych ścian i podłóg z twardego drewna (chociaż teraz potrzebowałam
dywanu).
Po
lewej stronie znajdowała się jadalnia, która prowadziła do kuchni (co
oznaczało, że potrzebowałam również stołu jadalnego).
Podłogi
z twardego drewna rozciągały się wszędzie, w tym w kuchni, która była
całkowicie otwarta na przestrzeń, nie było nawet wyspy ani baru. Ale duże okno
z tyłu, perłowy panel ścienny, szafki z frontami okiennymi, pomalowane na
mleczno biały i nieprzerwana
przestrzeń sprawiały, że
wydawała się jasna, świeża
i przewiewna, ale także ciepła i przyjazna.
Wszystko to zestawione z kilkoma ostrokątnymi częściami sufitu sprawiało, że
było to interesujące.
Przeszłam
przez kuchnię, a potem wyszłam i przeszłam między kominkiem a spiralnymi
schodami. Zobaczyłam z tyłu małą wnękę, która była dość przestronna, ale przede
wszystkim przytulna i mogła być kącikiem do czytania. Ale Chaos (lub ich stare
damy) ustawiły tam moje biurko i laptopa, czyniąc je moim biurem.
I
znowu, moje białe, narożne biurko z długim ramieniem i świetnym wiklinowym fotelem
na kółkach, które znalazłam, nie wydawało się niczym szczególnym w dodatkowej
sypialni Beck’a i mojej w naszym mieszkaniu, ale tu wyglądało szalenie fajnie.
Ponadto,
dzięki biurku wpasowanemu w róg i w dół ściany, mogłam tam zmieścić fotel i
pufę, czyniąc z tego dwufunkcyjną przestrzeń, dodając mały kącik do czytania.
Część
tej przestrzeni była dobudówką, zdecydowanie była to toaleta, którą widziałam
przez otwarte drzwi z tyłu.
Wiedziałam
o tym, bo wystawała poza kuchnię i miała drzwi składane z boku skierowane w stronę
narożnika wystającego poza mini-gabinet i kuchnię, co tworzyło mały
dziedziniec.
Było
to pokryte pergolą ozdobioną winoroślą. Miało drewniany taras i kilka dużych,
błyszczących donic, ale ponieważ był luty, nie było tam nic szczególnego.
Jednak latem mogło tam być mnóstwo kwiatów przeplatanych meblami ogrodowymi,
które właśnie wtedy postanowiłam kupić, tworząc mały kawałek spokoju na
zewnątrz w sercu miasta.
-
Rosalie? - zawołała mama.
Przeszłam
korytarzem utworzonym przez ścianę kuchni i kominek, z powrotem przez salon i w
górę po spiralnych schodach.
Zatrzymałam
się na samym szczycie.
Sufity
były niskie, belkowane, niektóre z nich ukośne, wszystkie pomalowane na kolor
kremowo biały.
A
w lukarnie stało piękne łóżko typu king-size z zagłówkami w kształcie spirali,
przykryte białą i żółtą pościelą.
Nic
z tego nie było moje.
Beck
i ja mieliśmy łóżko typu queen-size, a z tego, co mogłam stwierdzić, Chaos
wysprzątał nasze mieszkanie, więc gdyby kiedykolwiek wyszedł z więzienia,
wróciłby do pustego.
Oprócz
naszego łóżka.
Nawet
gdy wędrowałam po sypialni, która zajmowała całą przestrzeń nad domem (poza
ostrymi okapami, które przecinały przestrzeń, ale mimo to sprawiały, że była
jeszcze bardziej niesamowita), gapiłam się na łóżko, aż dotarłam do głównej
łazienki, która nie była ogromna, ale miała szalenie fajną wannę i toaletkę z
dwoma umywalkami.
Za
nią znajdowała się garderoba, która miała jedną ścianę ukośną, ale biegła przez
całą długość domu. Druga ściana była wypełniona półkami, drążkami i szufladami.
Nie była to wymarzona garderoba każdej kobiety, ale była lepsza niż ta, którą
miałam i z pewnością spełniłaby swoje zadanie.
-
Rosie – powiedziała cicho mama.
Weszła
ze mną do garderoby.
Wisiały
tam moje ubrania.
Otworzyłam
szufladę, by przekonać się, że były tam majtki, zamknęłam ją i spojrzałam na
półkę, na której ułożona była moja kolekcja emaliowanych pudełek na biżuterię.
-
Słodziaczku.
To
był zasadniczo dom z jedną sypialnią.
Ale
został całkowicie odnowiony i wyglądał tak pięknie. Miał garaż na dwa samochody
i ogromny ogródek z przodu. Znajdował się w dobrej części Denver. Więc czynsz
był prawdopodobnie, ale zasłużenie, szalony.
Co
Snap mógł zaoferować najemcom, żeby ich stąd wywabić?
Mama
położyła mi rękę na ramieniu i w końcu na nią spojrzałam.
-
Wszystko w porządku? - zapytała.
-
To nie moje łóżko - powiedziałam jej.
-
Wiem - powiedziała ostrożnie.
-
Nie chciał tutaj łóżka, w którym spałam z Beckiem, - dzieliłam się z nią - więc
kupił mi nowe.
Nic
nie powiedziała, tylko mnie badała.
-
Naprawdę ładne nowe - ciągnęłam.
-
Nie jestem pewna, co chcesz, żebym powiedziała - odpowiedziała.
-
Zrobił to dla mnie czy dla siebie? - zapytałam.
-
Nie wiem, skarbie. Nigdy go nie poznałam.
Znając
Snapa, to było dla mnie, a to, że coś by z tego wyciągnął, byłoby czymś
dodatkowym.
-
Pomalowali to niedawno - oświadczyłam.
-
Widziałam - powiedziała.
-
Ma inne nieruchomości - poinformowałam ją.
-
Okej - Podeszła bliżej - Rosalie, czemu się boisz?
-
Bo on staje się coraz lepszy i lepszy, a ja nie mogę go mieć.
Podeszła
jeszcze bliżej i delikatnie namawiała - Wyjaśnij jeszcze raz, dlaczego nie
możesz go mieć.
-
Chaos jest teraz bałaganem.
-
Bałagan się sprząta.
-
Ten jest bardziej rozsypany niż większość.
-
Rosalie…
Przestała
mówić, gdy obie usłyszałyśmy, że drzwi wejściowe się otworzyły.
Zrobiłam
się spięta.
Mama
też się spięła.
To
mógł być każdy. Snapper. Przypadkowy Bounty, który cudem wpłacił kaucję i
poszedł za nami. Seryjny morderca, który trafił na idealną okazję.
-
Yo! - krzyknął męski głos.
Nie
sądziłam, żeby seryjny morderca albo przypadkowy Bounty mający na myśli zemstę krzyknął
- Yo.
Chociaż
nie wiedziałam, do kogo należy to „Yo”, poza tym, że nie należy do Snappera.
Zrelaksowałam
się.
Mama
złapała mnie za rękę, wyprowadziła do sypialni i sprowadziła mnie na dół po
krętych schodach.
Kiedy
schodziliśmy po schodach i wyłoniłyśmy się za zakrętu, zobaczyliśmy ładną
kobietę stojącą w drzwiach wejściowych z masą złocistobrązowych kręconych
włosów, trzymającą ogromny wazon udekorowany różami i gałęziami z jagodami oraz
z liśćmi ociekającymi jakimś małym cytrusem.
Towarzyszył
jej mężczyzna Chaosu w klubowej kurtce z małym dzieckiem przyczepionym do
biodra, a w jego wolnej ręce zwisało około pięciu plastikowych toreb na zakupy.
-
Hej! - krzyknęła kobieta - Wy pewnie jesteście Rosalie i Renae.
-
Gah, goo, gee! - wrzasnął maluch, zanim uderzył swojego motocyklistę w brodatą
szczękę i kontynuował - Joe-joe-kal!
Z
widoczną praktyką w stawianiu czoła ciosom, brat Chaos nawet nie drgnął, gdy
został uderzony przez dziecko. Po prostu patrzył, jak schodziłyśmy ze schodów.
-
Tak, to jest Rosalie, a ja jestem jej mamą, Renae - przedstawiła się mama,
zbliżając się do nich.
-
Jestem Carissa, a to są Joker i Travis, Joker to duży chłopiec, Travis to mały
- odpowiedziała kobieta.
Joe-joe-kal.
Jakie
słodkie.
Serce
mnie zabolało.
-
Hej, Carissa - powiedziała mama.
-
Tak, cześć, Carissa – wtrąciłam się. Spojrzałam na brata - Joker.
-
Yo – mruknął.
-
Snapper powiedział nam, że wprowadzasz się dzisiaj, więc pobiegliśmy do
LeLane’a, żeby kupić ci trochę rzeczy, żebyś poczuła się mile widziana i żebyś
mogła się zadomowić bez konieczności załatwiania żadnych sprawunków ani niczego
takiego – wyjaśniła Carissa, podnosząc kompozycję - Mamy więcej w samochodzie.
Po prostu to włożymy, schowamy i znikniemy ci z oczu.
-
Nie – powiedziałam szybko, wzruszona w całkowicie zdumiewającym sensie, że to robili.
Chodzi
mi o to, że lubiłam zakupy, ale nie te spożywcze, i nigdy nie widziałam czegoś
takiego. To było fenomenalne.
Nie
wspominając o tym, że poszli do LeLane’a, co było niesamowicie drogie.
-
Powinniście zostać na drinka albo coś - Uśmiechnęłam się do niej - Chodzi mi o
to, że możesz zostać z mamą, podczas gdy ja wyskoczę po jakieś napoje, a potem
możesz zostać na drinka.
-
Jesteś Snapa, więc kupiłem piwo - oświadczył Joker.
Poczułam,
jak moje oczy robią się wielkie na jego krótką deklarację, którą wciąż
wypowiadał, jakby recytował to, co wyryto w kamieniu, gdy usłyszałam, jak mama
wydaje z siebie zduszony chichot.
-
A ja jestem dziewczyną i wiem, że nie wszystkie dziewczyny piją piwo, więc
kupiłam ci napój i wino – wtrąciła Carissa.
-
To idealne! - mama wykrzyknęła podekscytowana, biker-baby najwyższej klasy,
innymi słowy, zawsze gotowa na towarzystwo, a idąc dalej, jeśli tylko była
dostępna jakaś forma alkoholu, zamieniając „towarzystwo” w imprezę.
Ale
ja patrzyłam na Jokera i Travisa, z których pierwszy przesunął się, żeby
wyjrzeć przez okno w drzwiach wejściowych, a drugi podskakiwał na biodrze
motocyklisty, niezgrabnie klaszcząc i piszcząc - Hi-ha-hi-ha-hi-ha!
Wyjaśniło
się to, gdy Joker przesunął się dalej, odsuwając się od drzwi akurat na czas,
abym zobaczyła High’a, innego brata Chaosu (tego znałam), który wyciągał rękę,
aby je otworzyć. Następnie wszedł przez nie, a za nim podążała krągła brunetka
w fantastycznej sukience-swetrze, co sprawiło, że zdecydowałam, że potrzebuję
sukienki-swetra (lub siedmiu), jeszcze bardziej fantastycznych butów na wysokim
obcasie i wspaniale skrojonego długiego wełnianego płaszcza.
Stałam
tam oszołomiona bez słowa, bo High niósł ogromną biało-czarną torbę w paski z
kępkami czerwonej papierowej bibułki wystającej z jej górnej części.
Jeden
z najbardziej ulubionych przeze mnie znaków na całym świecie… niesiony przez
muskularnego motocyklistę.
Torba
Sephora.
Travis
chrząknął, wyciągając ręce, by pokazać, że chciał zostać oddanym High’owi.
Z
łatwością High wziął malucha, jednocześnie trzymając w dłoniach to, cokolwiek w
niebiesiech było w tej czarno-białej, pasiastej torbie.
-
O nie! – powiedziała brunetka - Jesteśmy za późno, żeby zostawić ci
niespodziankę.
-
Rosalie – zagrzmiał High.
-
Hej, High – przywitałam się - To moja mama, Renae.
Kiwnął
brodą w stronę mamy, a ona powiedziała - Hej.
Potem
mruknął - Moja kobieta, Millie.
Ile
czasu minęło od czasów neandertalczyków?
Tydzień?
-
Hej - zawołała Millie.
Mama
i ja powiedziałyśmy Hej w odpowiedzi.
-
Zamierzam wstawić to gówno do kuchni - mruknął
Joker.
-
Carson! - z jakiegoś powodu warknęła Carissa, podchodząc do mojego stolika
kawowego, żeby odstawić wazon, ale robiąc to, patrzyła wściekle na swojego
mężczyznę.
Spojrzał
na dziecko, które niósł High, wciąż idąc w stronę kuchni.
-
Wiesz, co oznacza gówno? – zapytał.
-
Goo-dee-la-la-kee-la-gee-jah – odpowiedział dzieciak.
Joker
spojrzał na Carissę - To znaczy nie.
Carissa
odwróciła się do Millie i przewróciła oczami.
Mama
znów zaczęła chichotać.
-
Jak się masz? - zagrzmiał High i nagle nieco ciepłe, nieco niezręczne,
improwizowane przyjęcie powitalne zmieniło się w po prostu niezręczne.
-
Dobrze, High, dzięki - odpowiedziałam.
Jego
oczy skupiły się na mojej twarzy, obejmując wciąż dobrze widoczne ślady na moim
czole i szczęce oraz wciąż zaklejony nos i dał jasny znak, że nie zgadza się z
moją oceną.
-
Napijmy się wina - zasugerowała moja matka - Czy wy, dziewczyny, przyniosłyście
Rosalie kieliszki?
-
Oczywiście. Wzięliśmy wszystko oprócz rzeczy pierdo… - oświadczyła Millie, po
czym szybko powiedziała do Carissy - Mam na myśli potrzebne rzeczy.
Odwróciła
się do mnie, gdy zbliżyła się do swojego mężczyzny i zabrała mu torbę Sephora.
I
to było dokładnie to, czego nie
chciałam wiedzieć o Chaosie. Dokładnie to, że bracia w nim nie pozwalali swoim
kobietom nosić toreb Sephora, nawet tak dużych.
Gdy
już ją złapała, podniosła ją w moją stronę i powiedziała - My, dziewczyny,
zebrałyśmy się i kupiłyśmy ci mnóstwo gadżetów na parapetówkę. Próbowałaś linii
Moroccanoil?
I
to było to.
Wskazuje,
że starsze panie w Chaosie rozumiały, co oznacza „parapetówka” i nie chodziło o
kupno komuś rośliny.
-
Nie - powiedziałam jej.
-
O mój Boże - zachwycała się - To jest
niesamowite. Kupiłyśmy ci żel do
ciała, masło do ciała i lśniący olejek do ciała. A potem kupiłyśmy ci świeży
cukrowy peeling do twarzy, maseczkę różaną i krem nawilżający,
gdybyś chciała zrobić
sobie zabieg na twarz. To wysublimowane.
I...
-
Mała, po prostu podaj jej torbę - przerwał jej High, prostując się po
postawieniu Travisa na podłodze.
Jej
głowa obróciła się w stronę High’a i rzuciła mu ostre spojrzenie - Nie
przerywaj mi, kiedy mówię o zakupach w Sephorze – warknęła.
High
całkowicie ją zignorował, ale uczynił to, wydając się lekko rozbawiony, i
spojrzał na mnie - Wprowadziłaś się czy masz rzeczy, które musisz wnieść?
-
Właśnie przeszłyśmy się, więc... – zaczęłam.
-
Jasne, klucze – rozkazał, unosząc rękę w moją stronę.
-
Nadal mam tam zakupy – mruknął Joker, przechadzając przez salon w stronę drzwi
wejściowych, zerkając w dół na dziecko, które czmychało do kuchni, kręcąc się w
pieluszce, prawdopodobnie raczkując po przestrzeni tak, jak zrobiłoby to w domu
każdego zaufanego przyjaciela.
O
rany.
-
Zaniosę rzeczy Rosie na górę, a potem ci pomogę, Joke – mruknął High, gdy
chwyciłam kluczyki do samochodu, które wcześniej rzuciłam na stół, który
postawili przy drzwiach (kiedyś stał w przedpokoju w moim mieszkaniu, ale przy
tych drzwiach wyglądał o wiele lepiej) i dałam je High’owi.
-
Myślę, że chyba mogę to wszystko zabrać na raz – odpowiedział Joker.
Myślał?
Ile
zakupów mi kupili?
High
pobiegł za Jokerem, zanim zdążyłam zapytać.
Millie
podała mi torbę Sephora i z szerokim uśmiechem powiedziała - Przyjrzyj się. Mam
nadzieję, że ci się spodoba - zanim ruszyła w stronę kuchni, Carissy i
szeleszczących toreb z zakupami.
-
Gee, tee, dee, la? - zapytał Travis, a ja spojrzałam w tamtą stronę, żeby
zobaczyć, że mama jakoś go złapała i zadawał jej pytania.
-
Nie wiem - odpowiedziała - Ale chcesz zobaczyć biuro?
-
Dee la! - zgodził się entuzjastycznie.
Patrzyłam,
jak odchodziła z Travisem i serce znów zaczęło mnie boleć.
-
Czy to miejsce nie jest super fajne? - zawołała Carissa z kuchni.
-
Joker powiedział mi, że Snapper zrobił cały projekt remontu, choć myślę, że
poprosił Tyrę o pomoc przy armaturze. Powiedziała mi o niesamowitej wannie na
górze i jak ją zobaczyłam ostatnio, kiedy cię wprowadzaliśmy, przysięgam, że
prawie kazałam wszystkim wyjść, żebym mogła wziąć kąpiel.
-
Mam najfajniejszy dom na świecie, ale po tym, jak zobaczyłam tę wannę,
powiedziałam Loganowi, że wyciągamy naszą i kupujemy taką jak masz -
powiedziała Millie.
Patrzyłam,
jak chowały zakupy.
Potem
ustąpiłam Jokerowi, który wnosił ich więcej, i High’owi, który wnosił moje
walizki na górę.
Mama
wróciła, prowadząc pełną konwersację z Travisem.
-
Jest jakieś specjalne miejsce, w którym chowasz chleb, Rosalie?
Zawołała
Carissa i wyrwałam się z zamrożonego transu, w który, jak się wydawało,
wpadłam.
-
Powinienem wam pomóc - odpowiedziałam, zaczynając się poruszać w tamtą stronę.
-
Nie - zaprzeczyła Millie - Zrelaksuj się i przejrzyj swoje zapasy z Sephory.
-
Mogę zabrać Travisa na górę? – Mama poprosiła Carissę – By oprowadzić go po
całości.
-
Był tutaj, kiedy wprowadziliśmy Rosalie, ale uwielbiał to piętro, więc
absolutnie - odpowiedziała Carissa.
Poczułam,
jak sznurki torby Sephora, którą trzymałam, opuszczają moje palce i odwróciłam
się, by zobaczyć, jak wracający High kładzie ją na stoliku przy drzwiach.
-
Muszę z tobą porozmawiać, kochanie - powiedział.
Spojrzałam
na niego i skinęłam głową.
Położył
dłoń na moich plecach i dziwnie poprowadził mnie korytarzem do drzwi
francuskich na dziedziniec.
Gdy
już tam byłam, wyprowadził mnie za nie.
To
było Denver. Był luty. Mogło być poniżej zera. Mogła być zamieć.
Albo
mogło być tak, jak było tamtego dnia. Dwanaście stopni.
Nadal
trochę się trzęsłam, kiedy High zamknął za nami drzwi, dając nam trochę prywatności.
Nie
byłam pewna, co działo się na dziedzińcu z High’em.
Byłam
pewna, że świrowałam.
Snapper
był właścicielem tego szalenie-wspaniałego małego domku.
Najwyraźniej
też go naprawił, zanim go pomalował, by mnie tam wprowadzić.
Co
więcej, kupił mi łóżko.
Ale
moje meble wyglądały tam niesamowicie, jakby zostały kupione tylko po to, żeby
tam stać.
Nie
wspominając już o tym, że jego rodzina nie tylko mnie wprowadziła, ale także
kupiła mi artykuły spożywcze i torbę pełną szczęśliwych niespodzianek z Sephory.
Po
śmierci mojego ojca szukałam czegoś, co dawał mi przez całe życie i nie była to
tylko stabilność jego miłości i dumy.
To
była jego zdolność do oceniania charakteru człowieka i jego całkowita odmowa
wpuszczenia do jego życia lub życia jego dziewczyn kogokolwiek, kto według
niego nie zasługiwał na swoje miejsce.
Był
zdruzgotany, gdy dawno temu Chaos przestał prowadzić warsztat oraz uprawiać i
sprzedawać (wówczas nielegalną) trawkę, a zaczął przewozić narkotyki i broń
palną po mieście oraz zajął się stręczycielstwem kobiet.
Był
zachwycony, gdy Klub wyrzucił Cranka, kogoś, kogo tata zawsze nienawidził (a on
nie był hejterem; jeśli cię nie lubił, to po prostu cię nie lubił, nie
nienawidził cię - ale nienawidził Cranka), a Tack zajął jego miejsce i oczyścił
Klub.
A
teraz to wszystko było tutaj, w moim nowym domu, gdzie nawet nie usiadłam na
kanapie. Dobrodziejstwa, takie, jakie tata zawsze mi dawał, i jeszcze więcej,
czego tata zawsze będzie dla mnie chciał.
Dobrodziejstwa,
że to teraz Snapper mi to dawał.
-
Rosalie - High zwrócił moją uwagę na siebie.
-
Tak? - zapytałam roztargniona.
Bacznie
mi się przyglądał - Wszystko w porządku?
Pokręciłam
głową, nie przecząco, ale żeby się pozbierać - Tak, tak. Ja… po prostu dużo się
dzieje.
-
Więc skończę z tym, wpuszczę cię do środka, żebyś mogła się napić, ogrzać i
zacząć się urządzać.
Okej,
teraz skupiłam się na tym, dlaczego High i ja dziwnie wyszliśmy na dziedziniec,
żeby mieć prywatność.
-
Hmmm… - wymamrotałam.
-
To ja – stwierdził - Snap chciał cię mieć. Chciał się z tobą spotkać twarzą w
twarz. To ja spieprzyłem sprawę. Podjąłem żałosną decyzję. Obawiałem się, że
spotyka się z tobą twarzą w twarz, bo mu się podobałaś, a tak było i jest, ale wtedy
miałaś mężczyznę, więc pomyślałem, że złamie mu to serce. Obawiałem się też, że
Bounty wkraczało na terytorium, na którym nie byli przyzwyczajeni być. Dawniej,
kiedy Chaos robił głupie rzeczy, zapewniałem ochronę, a kiedy to robiłem,
miałem oko na wszystko. Nawet na starsze panie. Myślałem, że on mógł zostać
złapany z tobą albo ktoś was by zobaczył i doniósłby na ciebie, i myślałem, że
będziesz bezpieczniejsza, jakby komunikacja nie odbywała się osobiście, ale on
też będzie bezpieczniejszy, nie wpadając w to jeszcze bardziej, jak wpadał, spędzając
z tobą czas.
Musiałam
przyznać, że dobrze było wiedzieć, dlaczego tak się stało.
I
nie chciałam się przyznać, ale musiałam to zrobić, że potwierdzenie przez High’a
tego, co Snapper już jasno powiedział, że od dawna mu się podobałam, było
więcej niż dobre.
Ale
teraz, gdy wiedziałam dlaczego i dlaczego było to „dlaczego”, nie miało to
znaczenia.
Co
więcej, nie podobał mi się pomysł, że ci goście kopali sobie tyłki za coś, co,
koniec końców, nie było ich winą.
Tak,
obiecali mnie chronić.
Ale
musiałam wyciągnąć głowę z tyłka i pogodzić się z faktem, że to, co się stało,
nie było spowodowane tym, że tego nie zrobili.
Chodziło
o wybory, których ja dokonałam, wybory, których dokonał Beck, i wybory, których
dokonało Bounty.
Bracia
Chaosu zrobili, co mogli.
Reszta
nie była ich winą.
-
To nie ty mnie tak pobiłeś, High. Nie spieprzyłeś sprawy.
-
Snap miałby na ciebie oko, gdybym go nie od ciebie nie odsunął.
-
Nie mógłby być ze mną dwadzieścia cztery na siedem i wykonywać swoją robotę -
zauważyłam - Żaden z was nie mógłby.
-
Spieprzyliśmy sprawę - powtórzył.
-
Nie spieprzyliście sprawy.
-
Byłeś w pracy, a Speck cię pilnował, a my cię kryliśmy w czasie podróży lub gdy
byłaś u mamy, na zakupach lub w takich rzeczach. Pilnowaliśmy też Bounty, żeby
upewniać się, że cię nie odkryją. Nie mogliśmy cię obserwować,gdy byłaś
z Throttle’m, bo w końcu by to zobaczył. Ale Speck miał przejeżdżać obok
restauracji, a gdy doszło do aresztowania, a ty nie zostałaś zdemaskowana, pomyślał,
że jesteś bezpieczna, więc poszedł i przygarnął dziewczynę, z którą się
spotykał, i nie został przy tobie ani nie pilnował Throttle’a. Myślał, że
jesteś w restauracji, że będziesz bezpieczna i wiedział, kiedy skończyła się
twoja zmiana, a nie odprowadził cię do domu. Nie mieliśmy też żadnego
ostrzeżenia, że Bounty wiedziało, co robiłaś.
-
High, serio, to nie twoja wina. Nie Specka. Nie Roscoe. Nie Snapa. Jak byłam z
Throttle’m, nie mogliście mieć mnie na oku przez każdą sekundę każdego dnia i
wiedziałam o tym. Wiedziałam też, jakie ryzyko podejmuję i zostałam złapana.
Donosiłam na MC temu, co teraz jest rywalem MC. Policja była w to zamieszana.
To nie było w porządku w świecie, w którym żyję i wiedziałam o tym. Nadal to
robiłam, rozumiałam, co robię i wiedziałam, że jeśli mnie wykryją, będę musiała
mieć do czynienia z kilkoma niezadowolonymi motocyklistami.
-
Mieliśmy cię chronić.
-
To było zadanie niemożliwe do wykonania.
Ledwo
to wydusiłam, gdy drzwi otworzyły się i oboje spojrzeliśmy w tamtą stronę, ja z
sercem podskakującym mi do gardła i tam tkwiącym, bo myślałam, że to był
Snapper.
Ale
to była głowa Tacka wetknięta przez drzwi.
-
Wszystko w porządku? - zapytał.
-
Tak - odpowiedziałam szybko i stanowczo, zanim High zdążył cokolwiek
powiedzieć.
Tack
spojrzał ze mnie na High’a, na mnie i z powrotem na High’a.
-
Tyra i Lanie są tutaj i nie chcą wina, tylko Cosmo. Joke i Carissa nie przywieźli
do tego gówna, ani żadnej tequili, a Hop nie pije takiego piwa, jakie mają,
więc ja biegnę po to. Chcecie czegoś?
Tyra,
Hop i Lanie też tam byli.
A
Tack robił wypad po alkohol.
-
Jakie piwo kupił Joke? - zapytał High, zanim zdążyłam przetworzyć myśl, że
najwyraźniej Chaos urządza mi spontaniczną parapetówkę.
- Fat Tire - odpowiedział
Tack.
- Coors - mruknął High.
-
Racja - powiedział Tack, po czym spojrzał na mnie - Rosie?
-
Ja, uh…
-
Jeśli pamięć mnie nie zawodzi, jesteś miłośniczką Corona Light - zauważył Tack.
Jego
pamięć działała prawidłowo.
Ale
zaczęła mnie ciążyć głęboka świadomość, że w ogóle pamiętał.
-
To albo Blue Moon – wyszeptałam.
-
Zdobędę oba – mruknął - Później.
Po
tym jego głowa zniknęła.
Wpatrywałam
się w ładne drzwi francuskie, które prowadziły do ładnego
mini-gabinetu w ładnym domu, w którym teraz mieszkałam, a
który był obecnie wypełniony wieloma naprawdę dobrymi ludźmi.
-
Rosalie.
Nie
spojrzałam na High.
Odwróciłam
się trochę, aż patrzyłam w kuchenne okno.
Carissa
była tam przy zlewie z Tyrą.
Obie
się z czegoś śmiały.
Za
nimi Joker odchylił głowę do tyłu, popijając piwo, podczas gdy Hop podrzucał
Travisa w powietrze, a mama stała, patrząc i wyraźnie chichocząc z
chichoczącego Travisa.
Millie
przeszła przez przestrzeń, otwierając paczkę chipsów, ale zatrzymała się, gdy
spotkała ją Lanie, która miała kolejne dziecko przyczepione do jej biodra, a
Millie zrobiła to, aby móc je połaskotać i uśmiechać się do twarzy dziecka na
biodrze Lanie.
-
Kochanie – mruknął High.
Powoli
spojrzałam na High’a.
-
Znałeś mojego tatę? – zapytałam.
Pokręcił
głową - Był, zanim przybyłem.
-
Był dobrym facetem.
-
Nie znałem go, kochanie, ale słyszałem o nim, a wszystko, co słyszałem,
wskazuje, że mówisz prawdę.
-
Tęsknię za nim teraz.
-
Kochanie – wyszeptał High.
-
On by zrobił wypad po alkohol.
Wiedziałam,
że High odczytał mój nastrój, gdy mruknął - Chodź tutaj.
Nie
chciałam tam iść. Nie chciałam przyjmować tego, co oferowali. Nie chciałam tego
mieć i wiedzieć na pewno, jak niezwykłe to było, by tylko bać się, że zostanie
mi odebrane.
Ale
tam poszłam.
Ramiona
High’a otworzyły się, zanim tam dotarłam, i zamknęły się szczelnie wokół mnie w
chwili, gdy tam byłam.
Tak.
Dokładnie
tak, jak się obawiałam.
To
było niezwykłe.
Poza
łzami, które wylałam w podszewkę kurtki Snapa, nie płakałam ani razu, odkąd
Bounty zrobiło ze mną swoją zemstę.
I
poza łzami, którymi dzieliłam się z mamą w tygodniach, które minęły po stracie
taty, również nie płakałam z jego powodu.
Więc
kiedy popłynęły, podczas gdy High trzymał mnie w swoim cieple i sile na
dziedzińcu ładnego domku, który dał mi mężczyzna, w którym nieświadomie się
zakochałam, lunęły.
Płakałam
w jego ramionach, trzymając się skóry jego kurtki mocno zaciśniętymi palcami i robiłam
to przez długi czas.
W
końcu High poruszył się w sposób, w jaki wiedziałam, że mnie przekaże, a ja
pozwoliłam się przekazać, myśląc, że trafię w ramiona mojej matki.
Zaatakowało
mnie więcej zapachu skóry, ale teraz zmieszanego ze świeżymi morskimi nutami
mydła, gdy objęły mnie ramiona Snappera.
-
Co? - zapytał pod nosem.
-
Jej tata - odpowiedział High - Tęskni za nim.
-
Racja - mruknął Snap.
Potem
usłyszałam, jak drzwi się zamknęły i wiedziałam, że Snapper i ja zostaliśmy
sami.
Po
prostu płakałam.
Po
chwili Snap zapytał - Chcesz, żebym zabrał cię na górę, żebyśmy mogli się
położyć?
Powiedział
„my”.
O
rany.
-
O-o-oni kupili mi Sephorę - wybełkotałam.
-
Kupili ci co? - zapytał.
-
S-s-sephorę.
-
Sephora?
Skinęłam
głową, mój policzek poruszył się po skórze kurtki, ale poczułam też nitki naszywek
na jego piersi.
-
Co to jest Sephora? - zapytał.
-
To n-n-najlepszy s-s-sklep w c-c-centrum handlowym.
W
jego głosie pojawił się uśmiech, gdy powiedział - Widzisz, starsze panie się
tobą zajęły.
-
P-p-potrzebuję Corony - powiedziałam mu.
-
Dobrze, że Tack wrócił z tym dla ciebie - odpowiedział.
Wrócił?
Jezu.
Jak
długo płakałam?
-
I t-tequili - dodałam.
-
A może przestaniesz ryczeć, dopóki się nie upijesz? Możesz zacząć znowu, jak
już będziesz nawalona - zasugerował.
-
M-może to dobry pomysł - mruknęłam w jego pierś, siorbiąc nosem i biorąc się w
garść.
Chociaż,
muszę zauważyć, nie ruszyłam się z jego ramion.
-
Nie spodziewałem się, że zrobią parapetówkę, Słonko. Ale myślę, że to nie jest
zły pomysł – zauważył.
-
Mama uwielbia imprezy, a odkąd nie ma taty, nie może się tak często spotykać z
ludźmi jak kiedyś.
-
Okej.
-
Prawdopodobnie jej też przydało by się upić – kontynuowałam.
-
Prawdopodobnie.
-
Spotkałeś ją? – zapytałam.
-
Tak, jest taka ładna jak ty – odpowiedział.
Nienawidziłam
tego, że mnie to ominęło.
I
bałam się tego, jak bardzo nienawidziłam tego ominięcia.
Pociągnęłam
nosem jeszcze trochę, zdając sobie sprawę, że byłam skulona w jego ramionach,
ale go nie trzymam. Obie moje ręce były zwinięte przede mną, kostki miałam pod
pochyloną brodą, wszystko to było ciasno przyciśnięte do jego klatki
piersiowej.
To
było miłe.
-
Pomalowałeś - mruknęłam.
-
Tak.
-
Kupiłeś mi nowe łóżko.
Nie
odpowiedział na to.
Podniosłam
głowę tylko nieznacznie, przyciskając policzek do jego klatki piersiowej.
-
Snap, kupiłeś mi piękne nowe łóżko.
-
Lubię mieć swobodę ruchu.
To
sprawiło, że moja głowa oderwała się od jego klatki piersiowej.
Spojrzałam
mu w oczy.
Śnieg
w nich był roztopiony.
Bardzo
miłe.
-
Nadal nie odbyliśmy naszej rozmowy - zauważyłam.
-
Porozmawiamy o tym jutro przy kolacji. Dziś wieczorem imprezujemy.
Mogłam
się zgodzić na taki układ, więc skinęłam głową.
-
Skończyłaś płakać? - zapytał.
-
Chyba tak - odpowiedziałam.
-
Chcesz mi powiedzieć, dlaczego High i ty byliście tu sami? - zapytał.
-
Chciał wziąć na siebie odpowiedzialność za to, że Bounty są dupkami. Nie
pozwoliłam mu na to. Tack pamiętał, jakie piwo piłam. Wtedy straciłam panowanie
nad sobą - odpowiedziałam.
Jego
usta się wygięły - Wydaje to prawdopodobnym powodem do płaczu.
Wyprostowałam
plecy - To było troskliwe ze strony Tacka, że pamięta,
jakie piwo ktoś pije.
-
Mała, nie chcę niszczyć twojego obrazu Tacka, ale facet pamięta, jaki rodzaj
alkoholu lubi kobieta, z powodów, które nie wynikają tak naprawdę z
troskliwości.
-
Ma kobietę. Nie ma potrzeby, żeby upijać kolejną.
-
Teraz robi to gówno z czystego instynktu.
Nagle
zaczęłam chichotać i robiłam to, obserwując, jak wargi Snappera układają się w
szeroki uśmiech.
Boże,
jaki on był przystojny.
Będąc
głupią, głupią Rosalie w ramionach
przystojnego Snappera, rozprostowałam palce, żebym mogła przycisnąć je do jego
piersi, przyciskając się do nich, żebym bardziej idealnie pasowała do jego
ramion.
I
tylko po to, żeby powiedzieć - już
idealnie pasowałam do jego ramion.
Te
ramiona przytulnie mnie zamknęły.
-
Dom jest naprawdę niesamowity, Snap - powiedziałam mu.
–
W chwili, gdy go zobaczyłem, pomyślałem, że ci się spodoba.
Zamrugałam.
A
potem zagapiłam się.
Później
zaczęłam znowu świrować.
-
Kiedy to kupiłeś? - zapytałam.
-
Trochę ponad rok temu.
-
Snap - wyszeptałam.
-
Mała, jutro wieczorem możemy się w to wgryźć. Teraz albo się pocałujemy, albo
pójdziemy się upić.
Miałam
stuprocentową ochotę się pocałować i w tej chwili wcale nie myślałam, że to
czyni mnie głupią, głupią Rosalie.
Spojrzałam
na jego usta.
Zaczął
chichotać.
Spojrzałam
mu w oczy - Co jest śmiesznego?
Przysunął
swoją twarz bliżej mnie - Mała, podoba mi się to, co mówisz, ale żartowałem.
Jak tylko przyłożę usta do ciebie, będę chciał mieć cię całą i ta parapetówka
potrwa jeszcze około dwóch minut, zanim wywalę stąd wszystkie ich tyłki.
-
To nie pomoże mamie spędzić wieczoru, podczas którego mogłaby się wyluzować -
zauważyłam.
-
Tak - zgodził się.
-
Ale nie byłam pewna, czy cokolwiek mówiłam.
-
Jak facet mówi ci, że myśli o całowaniu się z tobą, a ty patrzysz mu na usta, to
oznacza, że chcesz jego języka
w swoich ustach.
-
Moje oczy błądziły - skłamałam.
-
Rosie, nawet zanim wszystko zaczęło się zmieniać u nas, gapiłaś się na moje
usta i nie chodziło o twoje oczy błądzące.
Nie
zaskoczyło mnie to, że to zauważył.
Miał
szalenie bajeczne usta.
-
Obecnie przeżywam znaczne zawirowania emocjonalne - wyjaśniłam.
-
To nie umknęło mojej uwadze.
-
I tak jest od jakiegoś czasu.
-
I to nie umknęło mojej uwadze od jakiegoś czasu.
-
Właściwie myślę, że potrzebuję około trzech miesięcy spokoju, zanim podejmę
jakieś większe decyzje życiowe.
-
To mogę ci dać.
To
mnie rozczarowało.
Złapałam
się też na tym, że moje usta zapytały - Naprawdę? - zanim mogłam to
powstrzymać.
-
Zaufaj mi, nie będziesz w stanie być niczym innym niż spokojnym, kiedy skończę
z tym ciałem, a kiedy je zdobędę, zamierzam poświęcić mu tyle czasu, ile tylko
mogę.
O
rany.
Zadrżałam,
a w ramionach Snapa nie miało to nic wspólnego ze staniem na zewnątrz przy dwunastu
stopniach w lutym.
Jego
brwi opadły nisko nad jego oczami - Zamierzasz tu stać i mnie podniecać, żebym
musiał tu zostać, żeby ogarnąć swoje sprawy lub wejść z tobą i poprawić sobie
krocze, żeby nie zobaczyli, że mój kutas jest sztywny?
Wbrew
mojej woli mój brzuch się zakołysał, żebym mogła sprawdzić słuszność tego
stwierdzenia.
To
stwierdzenie było słuszne.
Bardzo miłe.
Warczący
dźwięk wyślizgnął się z jego gardła.
Szalenie miłe.
Wtopiłam
się głębiej w jego ramiona, przesuwając dłonie wewnątrz jego kurtki i po jego
klatce piersiowej.
Również
super miłe.
-
Widzę, że odpowiedź na moje pytanie brzmi tak – powiedział.
Co
ja robiłam?
Zatrzymałam
ruch moich rąk.
-
Nie podniecam cię celowo – powiedziałam mu i to było (w pewnym sensie) prawdą.
-
Mała, widziałem, jak wczoraj truchtałaś do samochodu i stałem na schodach do posterunku,
broniąc się przed erekcją. W zasadzie wystarczy, że oddychasz w moim pobliżu, a
ja walczę z erekcją.
Znów
zaczęłam chichotać.
-
Ona myśli, że to zabawne – mruknął.
-
Może powinniśmy wejść do środka – zasugerowałam.
-
Zdecydowanie powinieneś wejść do środka i ogarnąć mi piwo. Wpadnę, kiedy będę
mógł wejść przez drzwi, a mój penis nie wejdzie do domu przede mną.
I
więcej chichotów.
-
Przyzwyczaj się do tego – rozkazał.
-
Co? – zapytałam, wciąż się śmiejąc.
-
Do okresu w twoim życiu, kiedy spędzisz dużo czasu na śmiechu.
Och,
rany.
Przestałam
się śmiać.
-
Mała - wyszeptał - …idź po piwo dla swojego faceta.
- Chcesz Fat Tire, Coors czy
Corona Light?
Jego
wyraz twarzy zmienił się, jakby coś zasłaniał.
A
to, co ukrywał, wyglądało na zranienie.
-
Fat Tire - powiedziałam szybko, skoro nie tylko widziałam, jak pił to w Kompleksie,
kiedy byłam z Shy, ale także zamawiał to w Colombo, kiedy nie bywał tam, żeby
zjeść cannoli i wypić kawę, ale też żeby zjeść pizzę w barze, a ja znajdowałam
czas, żeby się oderwać od pracy i z nim pogawędzić.
Zasłona
opadła, a Snap znów był w formie.
W
tym momencie poczułam, że koniecznie musi wiedzieć.
Więc
mu powiedziałam.
-
Byłam tak samo w tobie zadurzona, jak ty we mnie, Snapper. Wtedy wszystko było
popieprzone i teraz jest popieprzone.
-
Jutro ciężkie gówno, mała - odpowiedział.
Skinęłam
głową.
-
Piwo - przypomniał mi.
Ponownie
skinęłam głową, zaczęłam wyciągnąć się z jego ramion, ale potem przestałam i
podniosłam się na palcach, żeby dotknąć swoimi ustami jego ust, zanim się
uwolniłam i poszłam po piwo dla Snapa.
Dotyk
ust dotyczył Sephory.
Dotyczył
Joe-joe-kal.
Dotyczył
łóżka.
Dotyczył
Corona Light.
A
także tequili.
Dotyczył
śmiechu.
I
łez.
Dotyczył
domu.
Ale
dziwnie, przede wszystkim...
Dotyczył
farby.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz