ROZDZIAŁ 3
Celowniki
Rosalie
Wyliczyłam czas tak, żeby mi pasował.
Byłam już dziesięć dni po wyjściu ze
szpitala. Siniaki goiły się szybciej. Dużo swobodniej się poruszałam. Miałam
nowy opatrunek na nosie i był dużo mniejszy. A szwy rozpuszczały się i
wypadały.
Ale nadal wyglądałam jak kobieta,
która dostała w kość.
Colombo było spoko. Dali mi dwa
tygodnie wolnego z wynagrodzeniem (choć to wynagrodzenie było do bani, wszystko
kręciło się wokół napiwków) i posadzili mnie za barem, aż opatrunek z nosa
zniknął, szwy całkowicie zniknęły, a moje żebra były takie, że mogłam dźwigać
wielkie pizze.
Więc
albo teraz, albo nigdy.
A
stawka była zbyt wysoka.
Nie
mogło być „nigdy”.
Nawet
jeśli „teraz” przerażało mnie do granic możliwości.
Dlatego
siedziałam w pokoju ze wszystkimi boksami, krzesłami stojącymi naprzeciwko
siebie po obu stronach ściany, która była w połowie szklana, a przegrody
wyznaczały boksy.
Telefony
wisiały na przegrodzie przy każdym boksie.
Patrzyłam,
jak wchodził, i niezależnie od faktu, że wyglądał mniej więcej tak samo
szorstko jak ja, a nawet bardziej, przypomniałam sobie, co pomyślałam, gdy
pierwszy raz zobaczyłam go w barze, przy którym przesiadywali Bounty.
To mogło być
moje.
I
uczyniłam to swoim.
Rzucił
mi puste spojrzenie, gdy szedł w moją stronę, a jego wielkie, potężne ciało nie
było mniej atrakcyjne w pomarańczowym kombinezonie z białym T-shirtem pod spodem.
I
to zostało udowodnione.
Zaszyte
rozcięcie, które biegło tuż pod wewnętrznym kącikiem jego lewego oka, przez
kość policzkową i dalej w dół do szczęki, tylko dodawało mu wyglądu twardego,
gorącego i spoko.
Beck,
idąc od drzwi do miejsca naprzeciwko mnie, nie stracił ze mną kontaktu
wzrokowego.
Dopiero
gdy nic nie robiłam, tylko siedziałam tam, gapiąc się na jego wciąż przystojną
twarz, jego brązowe oczy przesunęły się na telefon i z powrotem na mnie.
Teraz
chciał rozmawiać.
Spojrzałam
na kolana, na których leżała moja torebka.
To
była słodka torebka. Całkowicie w stylu biker-baby, szykowna, czarna skóra w
kształcie sakwy motocyklowej z mnóstwem nitów i fantastycznym, ciężkim srebrnym
łańcuszkiem jako paskiem.
Ponieważ
nie miałam już być biker-baby, prawdopodobnie będę musiała wymienić cały swój
asortyment torebek, szukając torebek hipsterskich lub czegoś w tym stylu.
Problem
polegał na tym, że sama myśl o torebkach hipsterskich sprawiała, że miałam
ochotę się skrzywić, a nawet nie wiedziałam,
jak wygląda torebka hipsterska.
Elegancka
kopertówka, którą nosiła Lanie - mogłabym mieć.
Hipster…
Nie.
Przestałam
myśleć o torebkach hipsterskich, co było po prostu moim sposobem na opanowanie
potrzeby drżenia palców, bo Beck był tuż naprzeciwko mnie, a ostatni raz, kiedy
go widziałam, nie był okazją do świętowania. Zebrałam się w sobie i otworzyłam
torebkę.
Wyciągnęłam
złożoną kartkę papieru. Rozłożyłam ją, obróciłam tak, jak potrzebowałam, a
następnie uderzyłam nią o szybę z boku, tak aby Beck nadal mógł widzieć moją
twarz przez szybę.
Jego
spojrzenie powędrowało na papier i pomyślałam, że zachowa ten pusty wyraz
twarzy, zamknie mnie, wyłączy, albo zmiennie - zaszydzi.
Nie
zrobił ani jednego, ani drugiego.
Spojrzał
na kolorową kopię mojego zdjęcia, które zostało zrobione, zanim zmyli krew z
mojej twarzy w szpitalu, ale po tym, jak opuchlizna tak mnie rozdęła, że nie można było
mnie rozpoznać, i wzdrygnął
się.
Wzdrygnął się.
O
co w tym wszystkim chodziło?
Tak
nagle, że podskoczyłam na krześle, jego wielka dłoń podniosła się i zacisnęła
się na telefonie.
Wyrwał
go z widełek, uderzył górą o szkło, spojrzał na mnie i przyłożył telefon do
ucha.
Wsadziłam
zdjęcie z powrotem do torebki i podniosłam telefon, chociaż chciałam, żeby
zdjęcie mówiło za mnie.
To
znaczy: Już zapłaciłam, zostaw mnie w spokoju.
Przyłożyłam
telefon do ucha.
-
Rosie.
To
było wszystko, co powiedział, ale usłyszałam tego ton, widziałam wyraz jego twarzy.
Ton
był gardłowy.
Wyraz
twarzy wyrażał cierpienie.
Musiał
sobie ze mnie żartować.
–
Nienawidzę cię – wyszeptałam.
Jego
rysy twarzy złagodniały w taki sam sposób, w jaki robiły to, gdy myślał, że byłam
słodka, albo gdy chciał uprawiać seks, albo gdy stawiałam przed nim jego
ulubione danie, albo gdy chciał, żebym mu wybaczyła zachowanie dupka, albo tysiąc
innych razy, gdy przypominałam mu, dlaczego uczynił mnie swoją staruszką, albo
gdy wpakował się ze mną w kłopoty.
To
nie były kłopoty ze mną.
Choć
łagodne spojrzenie Gerarda „Throttle’a” Becka mogło być fenomenalne, zaszliśmy
za daleko poza to, żeby kiedykolwiek znowu ono na mnie działało.
-
Rosie…
-
Trzymaj ich z dala ode mnie. Od mamy i ode mnie.
-
Dlaczego ty…?
Pochyliłam
się w stronę szyby i przerwałam mu - Za późno, Beck. Za późno, żeby zadawać
pytania.
-
Web[1]
powiedział... - zaczął i wiedziałam, że chciał wyjaśnić.
Web.
Pajęczyna. Prezydent Bounty.
Wiedziałam
również, że nie miał żadnego wyjaśnienia. Żadnego, które bym zrozumiała.
Bracia,
okej, byli w klubie motocyklowym, więc wiedziałam, jakie ryzyko podejmuję.
On?
Mój facet?
Nie
było żadnego wyjaśnienia.
–
Web nie kazał ci mnie dusić. Nie kazał ci mnie bić.
Jego
twarz zaczęła twardnieć - Mała, doniosłaś na klub.
–
Zrobiłeś swoje. Teraz trzymaj ich z dala od mamy i ode mnie.
-
Nie powinnaś była zgłaszać tego policji, Rosie.
Tego
się właśnie obawiałam.
-
Co myślałeś, że zrobię? – zapytałam.
-
Moja umowa z nimi była taka, że zostawią cię
przy życiu. Myślałem,
że nauczyłaś się
trzymać gębę na kłódkę – powiedział mi.
-
Cóż, dzięki, Beck. Dobrze wiedzieć, że się o mnie troszczyłeś.
Pochylił
się do szyby - Mała, Rosie, Chryste. Wydałaś klub.
-
Spałam u twego boku - wyszeptałam.
Jego
wzrok opadł, a potem znów podniósł się.
Nie
spuszczałam go z oczu.
-
Mógłbyś być ojcem moich dzieci.
Skrzywił
się i zaczął - Rosie...
-
Kiedy klub zaczął się skręcać w złą drogę, powinnam była cię po prostu
zostawić.
-
Nie pozwoliłbym ci odejść.
-
Nie miałbyś wyboru.
-
Nie, Rose - warknął - ...ty nie
miałabyś.
Przeszedł
mnie dreszcz, ale dałam radę.
-
W takim razie wszystko ułożyło się jak najlepiej.
Wtedy
pojawił się szyderczy uśmieszek - On jest żonaty, Rosalie. Ma cholerne dziecko.
Pogódź się z tym.
O
czym on mówił?
-
Co? – zapytałam.
-
Cage. Nigdy nie będzie twój. Przepadł dla niej i uwierz mi, kiedy takie gówno
przydarza się motocykliście, to już się nie odwróci.
Mówił
o Shy’u. Shy, Tabby i ja.
Pradawne
dzieje.
I
zaufać mu w takich sprawach?
Musiał sobie ze mnie
żartować.
-
Jak mogę ci zaufać, skoro nie masz pojęcia, o czym mówisz? - zapytałam.
-
Więc nie zwracałaś uwagi - warknął, pozwalając, by ból, który poczuł z powodu
mojej zdrady i mojego rzekomego pragnienia Shy’a, wypłynął na powierzchnię.
-
Nie, Beck, ty nie zwracałeś. Pogodziłam się z odejściem Shy’a tamtej nocy,
kiedy jechałam za twoimi plecami, a ty zabrałeś mnie do Lookout Mountain i
pocałowałeś mnie, gdy światła Denver rozłożyły się wokół nas.
-
Jasne, dlatego wydałaś nas Chaosowi, który wydał nas pieprzonym glinom.
-
Nie, zrobiłam to, bo kiedy miałabym dziecko z moim mężczyzną, chciałam, żeby to
dziecko wiedziało do szpiku kości, że jego ojciec był dobrym człowiekiem w takim
sensie, że w dniu, w którym jego ojciec odszedłby z tego świata, miałoby
trudności z poradzeniem sobie z tym, ale nie miałoby trudności z pogodzeniem
się z faktem, że ten świat byłby lepszy, gdyby nie było w nim jego tatusia.
Beck
zamknął usta i zrobił to, wyglądając na dotkniętego.
To
do niego dotarło.
Nareszcie.
Ale
i tak za późno.
Nie
zamknęłam ust.
-
Chciałam, żebyś zobaczył, jak niebezpieczne było to, co robiłeś. Jak łatwo
byłoby zmarnować twoje życie, to życie, które dzieliłeś ze mną. Chciałam, żebyś
przyjrzał temu się uważnie i znalazł powód, żeby to odmienić. Próbowałam z tobą
o tym porozmawiać, ale mnie nie słuchałeś. Więc poczułam potrzebę zrobienia
czegoś, żeby cię uratować, uratować nas, uratować naszą przyszłość. I niestety
dla nas obojga doszło to do punktu, w którym to coś musiało być ekstremalne.
Beck
również nie miał nic do powiedzenia.
Więc
kontynuowałam.
-
Chcę tylko powiedzieć, że nie przyznałabym się do tego sama przed sobą, ale
kiedy odmówiłeś wysłuchania moich obaw o to, dokąd zmierza klub i co to oznacza
dla naszego życia i naszej przyszłości, skończyło się to na nas. Na długo zanim
zostawiłeś mnie krwawiącą i nieprzytomną na cementowej podłodze.
Pokręcił
głową - Ty wycofaj oskarżenie, Rosie, a ja porozmawiam z Web’em i chłopakami o
tym, żeby pozwolili, żeby to gówno skończyło się na tym z tobą.
Skinęłam
głową - Pogadasz z Web’em i chłopakami i zostawicie mnie w spokoju.
-
Musisz wycofać zarzuty, Rose.
-
Jeśli będę musiała siedzieć w pudełku i patrzeć każdemu z was w oczy, zanim
wsadzę was za kratki, zrobię to.
-
Kochanie...
Wyciągnęłam
papier z torebki i rozłożyłam go na szkle.
-
Moja matka widziała mnie w takim stanie, Beck.
Odwrócił
głowę.
Kochał
moją mamę. Praktycznie ją uwielbiał. Starsza pani bez swojego motocyklisty.
Całe Bounty traktowało ją jak królową wdowę.
-
Ona to widziała - naciskałam - Sprawiłeś, że mnie tak zobaczyła.
Odwrócił
się do mnie - Rosie, mamy poważne problemy z powodu twoich bzdur.
Wsadziłam
zdjęcie z powrotem do torebki, mówiąc - Ja
nie zostałam złapana na przewożeniu narkotyków. Ja nie porwałam mojej dziewczyny z jej miejsca pracy i nie
dostarczyłam jej do magazynu, gdzie ja
i faceci, których nazywam moimi braćmi, pobiliśmy ją na miazgę. Ty i twoi
bracia to zrobiliście.
-
Znasz kodeks - warknął.
-
Tak. Mój ojciec był motocyklistą i mnie nauczył. Kobieta. Dzieci. Motocykl.
Wolność. W tej kolejności. Gdzie teraz jesteś z tym wszystkim, Beck?
-
Zrobiłaś to dla Cage’a - rzucił, nie odpuszczając tej głupiej szopki.
-
Nie. Ale powiem, że na początku zrobiłam to dla ciebie, ale na końcu już nie
dla ciebie.
Jego
brwi ściągnęły się razem - Co to, kurwa, znaczy?
Nie
miałam zamiaru tego tłumaczyć.
-
Zostawcie mnie i mamę w spokoju.
-
Chłopcy nigdy nie tknęliby twojej mamy – mruknął.
To
zostało wypowiedziane mruknięciem, ale uwierzyłam w to.
Dzięki
Bogu.
Uwierzyłam
w to.
Walczyłam
z wielkim westchnieniem ulgi i zamiast tego zażądałam - Zostawcie mnie w
spokoju.
Nachylił
się ku mnie głębiej i zobaczyłam wyraz twarzy, który kiedyś, jak teraz wydawało
się wieki temu, sprawiłby, że w ułamku sekundy padłabym na kolana lub na plecy.
-
Mała, błagam cię, wycofaj oskarżenie.
-
Nie zapytałeś mnie.
-
Rosalie...
-
Nie dałeś mi szansy na wyjaśnienia.
-
Rosie...
-
Dusiłeś mnie.
-
Rose…
-
I uderzyłeś mnie.
-
Chryste, skarbie.
-
I na mnie plułeś.
Beck
się zamknął.
-
Potem mnie kopnąłeś.
Kolejne
drgnięcie.
Wpatrywałam
się w jego oczy.
Miał
niesamowite rzęsy.
Wpatrywał
się w moje.
-
Kochałam cię kiedyś - wyszeptałam.
Te
rzęsy opadły.
Tak.
Niesamowite.
-
Teraz mnie przerażasz – powiedziałam mu.
Podniesione
rzęsy odsłoniły udręczone oczy.
Wtedy
to wiedziałam.
Rozkazano
mu dostarczyć mnie do Bounty.
Mógł
też dostać rozkaz rozpoczęcia postępowania.
Ale
dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że zrobił to, co zrobił na początku i na
końcu, ale w środku to jego bracia sprowadzili na mnie swoją wersję sprawiedliwości.
Dał
im pokaz i nie wrócił po więcej, bo wykonał polecenie i to było wszystko, co
miał w sobie, jeśli chodziło o mnie.
Kopnięcia
na pożegnanie były prawdopodobnie spowodowane tym, że był na mnie wkurzony,
podekscytowany patrzeniem, jak jego bracia mnie okładali, myśląc, że miałam
obsesję na punkcie Shy’a i prawdopodobnie z tego wszystkiego.
Albo
wciąż trzymał się pierwotniej linii.
Byli
liderzy i byli naśladowcy.
Ale
nawet jeśli byłeś naśladowcą, twoim zadaniem było znalezienie właściwej rzeczy
do naśladowania i nie podążanie ślepo.
Beck
zawiódł w obu.
-
Mogę tu być tylko dlatego, że jest tam policjant i ściana między nami -
powiedziałam, wskazując głową na policjanta stojącego przy drzwiach do pokoju
widzeń - Jeśli kiedykolwiek ci na mnie zależało, trzymaj ich z daleka ode mnie.
-
Kocham cię, mała, nadal, bez względu na wszystko, musisz to wiedzieć -
powiedział cicho do telefonu.
-
Zadziwiająco, jak ktoś mnie dusi, uderza, pluje na mnie i kopie, jest to coś,
czego nie znam.
-
Odpuść zarzuty, a my to przetrwamy.
Przetrwamy
to?
Czy
on oszalał?
-
Daj mi spokój, spraw, żeby twoi bracia dali mi spokój, a może nie będę cię
nienawidzić aż do dnia, w którym umrę – odparłam.
-
Rosie…
-
Z nami koniec.
-
Rosie, kochanie…
-
Jesteś jednym z najpiękniejszych mężczyzn, jakich kiedykolwiek widziałam –
wyszeptałam okropną prawdę.
Ponownie
zacisnął usta.
-
I sprawiłeś, że byłam szczęśliwa, tak niewiarygodnie szczęśliwa.
Jego
brązowe oczy rozbłysły i zrobiły się ciepłe.
-
A potem już nie.
Rozpacz
mignęła w jego spojrzeniu, zanim opuścił głowę.
-
Czy znasz jeden z powodów, dla których mój ojciec nigdy nie dołączył do klubu?
– zapytałam.
Podniósł
głowę, ale nic nie powiedział.
-
Nie był mężczyzną, którego można było związać, ale to nie wszystko - podzieliłam
się czymś, co powiedziałam mu wcześniej, ale w tym momencie zasłużył na
przypomnienie - Większość klubów oczekuje, że będziesz stawiać klub ponad
wszystko inne, włączając w to rodzinę, swoją kobietę. A on po prostu nie był
mężczyzną, który potrafiłby to zrobić.
-
Nie jestem twoim tatą, Rosie - powiedział łagodnie.
-
Wiem – odpowiedziałam, zdecydowanie odłożyłam słuchawkę i obserwowałam, jak na jego
twarzy pojawiło się wahanie.
To
było ostatnie, co mu dałam.
Wstałam,
przeciągnęłam srebrny łańcuszek torebki przez ramię i wyszłam.
W
chwili, gdy przekroczyłam drzwi, potknęłam się, bo pod ścianą korytarza na
zewnątrz stał wysoki, wyjątkowo przystojny mężczyzna, zbudowany jak obrońca
liniowy.
Miał
odznakę na pasku, a jego whisky-brązowe oczy zwróciły się w moją stronę w
chwili, gdy wyszłam.
Nigdy
w życiu go nie widziałam, ale i tak czułam, że jego spojrzenie było
przepraszające.
Drzwi
zamknęły się z hukiem, a te whisky przesunęły się po korytarzu, zabierając ze
sobą moje, i wtedy całkowicie się zatrzymałam.
Snap
był tam, ukryty za drzwiami, ale teraz odsłonięty.
-
Dzięki, Nightingale – mruknął pół sekundy przed tym, jak chwycił mnie za rękę i
pociągnął korytarzem, skręcił i pociągnął mnie w dół kolejnego, przez recepcję
i przez drzwi frontowe.
Nie
skończył mną włączyć, bo okręcił się wokół mnie i ruszył do przodu, zmuszając
mnie do cofania się, aż moje biodra uderzyły w poręcz z boku schodów
prowadzących na posterunek.
Następnie
wygiął szyję tak, że jego twarz była cal od mojej i zobaczyłam, że jego śnieżno
niebieskie oczy mogą być chłodne.
Zimne
zimno z lodowatą furią.
-
Czy ty… postradałaś… rozum?
Pierwsze
słowa były opanowane, ale ledwo.
Jego
ostatnie było niemal wykrzyczane.
-
Snapper – wyszeptałam.
-
Co ty sobie, kurwa, myślałaś? - zażądał odpowiedzi.
-
Musisz się odsunąć - powiedziałam mu.
-
O nie - wycedził złowieszczo, faktycznie przesuwając się do przodu, tak że jego
biodra były przyciśnięte do mojego brzucha, jego klatka piersiowa ocierała się
o moje piersi, a jego mroźne oczy wypełniały całą moją widoczność - O nie,
skarbie. Stary dobry Snap skończył dawać swojej kobiecie trochę przestrzeni.
-
Nie jestem... twoją kobietą - powiedziałam niepewnie, jakbym nie wierzyła
własnym słowom.
-
Ile mam lat? - zapytał.
-
Trzydzieści trzy - odpowiedziałam natychmiast i ze zdziwieniem, będąc zdezorientowana
jego pytaniem w środku tego, co się działo.
-
Mój ulubiony kolor? - naciskał.
-
Czerwony.
-
Jaką kawę piję?
Dowiedziałam
się tego wcześnie, kiedy przyszedł do Colombo i zamówił cannoli z kubkiem kawy,
zanim zyskałam mój status informatora.
-
Dużo śmietanki, jedna łyżka cukru.
-
Moja ulubiona książka?
-
Wyspa Tajemnic.
-
Masz dwadzieścia osiem lat. Twój ulubiony kolor to zielony. Pijesz kawę tylko
ze śmietanką, waniliową, jeśli masz pod ręką. Twoją ulubioną książką jest Harry Potter, ten z Azkabanu, i przez
długi czas flirtowałaś z myślą, wmawiając sobie, że ujdzie ci to na sucho, jeśli
dasz swojej pierwszej córce na imię Hermiona.
Pokręciłam
głową, nie mogąc pojąć, dokąd to zmierzało - Ja nie...
-
Chcesz mieć dwójkę dzieci, bo chciałaś mieć przynajmniej siostrę lub brata, i
chcesz zacząć tak szybko, jak to możliwe, bo twój tata był starszy od mamy, a
ona nie była młoda, kiedy cię urodziła i straciłaś go o wiele za wcześnie dla
was obojga, mimo że miał siedemdziesiąt lat.
-
Ja...
-
Mieszkałaś wszędzie, gdzie mile widziani są motocykliści po tej stronie
Missisipi, ale twoim ulubionym miejscem zawsze było Denver, kiedy trzy razy
twój tata tutaj przeprowadzał się z mamą. To było jego ulubione miejsce, bo
uwielbiał jeździć po Górach Skalistych. I to była jedyna rzecz, która dawała
tobie i twojej mamie ulgę, kiedy odszedł, że mogłaś zabrać go w góry, kiedy
nadszedł jego czas i pojechał gdzieś, gdzie kochał być.
-
Snap – powiedziałam cicho.
-
Skończyłaś z filmami o bohaterach komiksowych. Myślisz, że Dwayne Johnson byłby
zabójczy w komedii romantycznej. Lubisz spędzać wakacje na plażach. Twoje
ulubione ciasteczko to snickerdoodle[2]. Twoja
ulubiona restauracja to Carmine. Nie jesteś pewna co do kary śmierci, bo jesteś
konserwatywnym liberałem, ale tylko z szacunku dla ojca przekonałaś samą
siebie, że jesteś konserwatywnym liberałem. A twoim ulubionym miejscem na całym
świecie jest jazda na tylnym siedzeniu motocykla.
Kurczę,
dużo mówiłam podczas naszych rozmów telefonicznych.
A
Snap słuchał uważnie.
Jeszcze
ze mną nie skończył.
-
Jedyne, czego o mnie nie wiesz, a co ma dla mnie podstawowe znaczenie, to
sposób, w jaki mój kutas poczuje się, jak będzie zagrzebany w tobie, a jedyne,
czego ja o tobie nie wiem, to jak słodko się poczujesz, jak będziesz ciasno
zamknięta wokół mnie.
Och,
rany.
Ta
słodycz, którą poczułabym, zaczęła mnie mrowić.
-
Snapper - wyszeptałam.
-
I ty nie jesteś moją kobietą?
-
Ja…
-
Jesteś moją kobietą od miesięcy i mam gdzieś to, co się działo, gdy byłaś z
innym mężczyzną.
To
ja zamknęłam usta podczas tej przemowy.
-
A ty właśnie odwiedziłaś w więzieniu tego faceta, który cię tak pobił tak, że
wylądowałaś w cholernym szpitalu - oświadczył wściekły.
-
Ostrzegałam go, żeby się ode mnie odczepił - wyjaśniłam.
Pochylił
się o pół cala, którego potrzebował, aby czubek jego nosa otarł się o mój (coś,
co stało się).
-
Rosalie, powtórzę, ten skurwiel cię nie
dotknie. Ani jednego pieprzonego razu ponownie.
-
Wszystko dobrze, koleś?
Snap
gwałtownie odwrócił głowę. Spojrzałam ponad jego ramieniem.
I
tam stali dwaj umundurowani funkcjonariusze, którzy nie byli specjalnie
zachwyceni mężczyzną w kurce motocyklowej z wyszytymi na plecach barwami klubu,
który przygwoździł kobietę do barierki przed posterunkiem policji.
- Snapper. Chaos. To jest
Rosalie. Kobieta,
którą Bounty pobili na kwaśne jabłko. Odwiedziła Throttle’a, żeby go ostrzec,
żeby się odczepił. Jest moja. Nie wiedziałem, że zajmowała się tym gównem. I
rozmawiamy o tym, że to mnie nie uszczęśliwia.
W
oczach obu funkcjonariuszy pojawiło się męskie zrozumienie.
Jeden
uniósł brodę w stronę Snappera i ruszył w stronę drzwi wejściowych.
Drugi
rzucił mu spojrzenie znękanej męskiej koleżeńskiej solidarności, a następnie
ruszył w stronę drzwi wejściowych.
Śledziłam
ich, gubiąc ich obu za szerokimi ramionami Snappera, odzyskując ich, tylko po
to, by stracić ich ponownie, gdy mężczyźni i kawa, którą nieśli, zniknęli w posterunku
policji.
Co
się właśnie stało?
-
Rosie - warknął Snapper.
Moje
spojrzenie znów powędrowało w jego stronę.
-
Musimy porozmawiać - oświadczył ponownie.
-
Nie jestem na to gotowa.
-
Przepraszam, mała, ale już teraz mam to gdzieś.
Teraz
to ja się wkurzyłam.
-
Mówisz poważnie? - zapytałam.
-
Rosalie, właśnie odwiedziłaś pieprzonego Throttle’a
w więzieniu.
-
Tak, żeby powiedzieć mu, żeby zostawił mnie i mamę w spokoju! - warknęłam.
-
Racja, pozwól, że ci to dokładnie wyjaśnię – zawarczał – Komunikacja między
tobą a którymkolwiek członkiem Bounty, zwłaszcza
Throttle’m, jest skończona. Skończona.
Nie, kurwa, dzieje… się. Jeśli jest jakaś wiadomość do przekazania, Chaos ją
przekazuje. Jeśli jeszcze się nie dowiedzieli, że przestałaś istnieć,
podzielimy się tym z nimi tyle razy, ile zdołamy, aż to zrozumieją. Nie masz
się czego obawiać z ich strony, bo każdy brat, który zdobył naszywkę Chaosu, prędzej
by padł, niż pozwolił znowu cię skrzywdzić. Nie musisz robić ni chuja, żeby to
się stało, bractwo wykrwawi się, żebyś była bezpieczna. A teraz, rozumiesz
mnie?
-
Ja…
Przerwał
mi, zanim zdążyłam powiedzieć coś więcej.
-
Zanim się wkurzyłaś, że coś takiego może się wydarzyć, Tack dał Webowi znać, że
wiemy, że mają z tym problem, nie mogą mieć żadnego innego wrażenia niż to, że
po tym, co ci zrobili, my mamy z tym problem, ale jak to się ułoży, to zależy
od braci. Kobiety są poza zasięgiem, zostałaś uznana przez Chaos za jedną z nas,
a jeśli tobie lub twojej mamie przydarzy się jakieś gówno, to nie sprawi, że
będzie to tylko większy problem. Wtedy Chaos wypowie wojnę, a oni są zgarnięci,
więc mają szansę, będąc w więzieniu, ogarnąć swoje życie, albo ich rozmontujemy.
Teraz mnie rozumiesz?
-
Wow - szepnęłam.
–
Rozumiesz mnie – mruknął.
–
Jak w ogóle byście to zrobili? - zapytałam ciekawie.
-
Z chirurgiczną precyzją, biorąc pod uwagę, że Tack już skontaktował się z
innymi prezesami odłamów Bounty, dzieląc się tym, że Chaos i jego sojusznicy
nie będą zadowoleni, jeśli kolejna kobieta znajdzie się na celowniku, a on
będzie oczekiwał jednoznacznej wskazówki od innych odłamów, że nie pochwalają
bzdur Bounty. Powiedzieć, że Bounty, którzy nigdy nie byli jednym procentem,
nie jest naprawdę zachwycone tym, że Web poprowadził ich sprawy w obecnym
kierunku, to mało powiedziane. Może nie powstrzyma to miejscowych, ale
pozbawiłoby ich naszywek, a żaden motocyklista, który zasłużył na swoją naszywkę,
nie potraktuje tego poważnie. Musieliby zacząć od nowa bez ani jednego
sojusznika, co jest jak noworodek walczący z dorosłym niedźwiedziem.
-
To, uh…wygląda na to, że macie to wszystko w garści – mruknęłam, a to dało mi
fascynujący pokaz jego wspaniałych ust otoczonych jego blond brodą, które zadrżały.
-
Tak, a gdybyś wypiła ze mną kawę parę dni temu, mógłbym się z tobą podzielić
kilkoma rzeczami i oszczędzić ci tej podróży.
Hmmm.
-
Wypijesz ze mną teraz kawę? - zapytał.
-
Eee… - Rzuciłam okiem na boki, mówiąc: - Chyba powinnam wrócić do domu. Mama
nie wie, że tu jestem. Poszła do sklepu spożywczego na swoje cotygodniowe,
ogromne zakupy, a ponieważ to trwa dłużej, niż się spodziewałam, może wrócić,
zanim wrócę do domu, a ona jest trochę… - szukałam odpowiedniego słowa - zaniepokojona przez to wszystko, co się
wokół mnie kręci.
-
Założę się, że tak - powiedział cicho.
-
Więc powinnam wrócić do domu - powtórzyłam.
-
Kiedy się do mnie wprowadzisz? - zapytał.
-
Mam wrażenie, że już się wprowadziłam.
-
Mam na myśli fizycznie.
Było
coś w tym, że Snapper powiedział słowo „fizycznie”, co również sprawiło, że
części mnie zamrowiły.
Odmówiłam
sobie poddania się temu mrowieniu.
-
Czy to wszystko, co właśnie powiedziałeś, nie oznacza, że tak naprawdę
nie potrzebuję pełnej ochrony, jaką
ty i Chaos mi oferujecie? - zapytałam.
-
Myślisz, że ja lub którykolwiek z braci pomijamy cień szansy z naszymi
kobietami, to źle myślisz.
Oczywiście.
-
Snap...
-
Wiem, że uwielbiasz spędzać czas ze swoją mamą, ale prawdopodobnie pomogłoby
jej, gdyby wiedziała, że w myślach
radzisz sobie lepiej po tym, gdybyś wróciła
do swojego życia.
To
prawdopodobnie była prawda.
Westchnęłam
głośno.
Objął
moją szyję dłonią, kciuk wyciągnął pod brodę, żeby ją podnieść.
To
był słodki dotyk i fajny ruch.
Więcej
mrowienia.
Cholera.
-
Wprowadzę się jutro - powiedziałam.
-
Dobrze - odpowiedział.
-
Albo następnego dnia - ciągnęłam.
Spojrzenie
w jego oczach, które zmieniło się w śnieżną dobroć, zmieniło się z powrotem w
mroźne zirytowanie.
-
Rosie, jutro - rozkazał - Wprowadź
się, rozgość, porozmawiamy.
Westchnęłam
ponownie.
-
Twarz wygląda dobrze - mruknął, dokładnie odczytując z mojego westchnienia, że się
poddałam - Jak twoje żebra?
-
Goją się - mruknęłam w odpowiedzi.
-
Dobrze to słyszeć, Rosie.
W
jego oczach znów pojawiła się śnieżna dobroć, a w jego głosie inny rodzaj
dobroci.
Musiałam
uważać.
-
Nie mogę uwierzyć, że ci gliniarze po prostu pozwolili ci przycisnąć mnie do
tej barierki - zauważyłam.
-
Gliniarze nie przepadają za kobietami pobitymi na miazgę przez ośmiu
skurwysynów - uświadomił mnie.
-
Nikt tak naprawdę nie jest - uświadomiłam go.
-
Oni też nie są wielkimi fanami kobiet, które przychodzą do jednego z dupków,
który zrobił to gówno, żeby odbyć daremną rozmowę – podzielił się.
-
Nie wiedziałam, że to daremne – powiedziałam mu.
-
Ja wiedziałem, oni wiedzieli, a teraz na szczęście ty też wiesz.
Postanowiłam
znowu się zamknąć.
-
Colombo jest wobec ciebie w porządku? – zapytał.
Skinęłam
głową.
-
Mała? – zawołał.
-
Mhm? – odpowiedziałam.
Jego
kciuk przesunął się po mojej szczęce – Idź do domu, do swojej mamy, zanim
przegram walkę, którą toczę z chęcią zabrania cię ze sobą do domu.
Kurczę,
chciałam iść z nim do domu.
Nie, nie chcesz - krzyczał mój
umysł - Ogarnij się, Rosalie!
–
Może powinniśmy napić się kawy, Snapper. Być może jest też kilka rzeczy, które
musisz uporządkować.
Pokręcił
głową, jego kciuk rysował teraz kółka na boku mojej szczęki, co spowodowało, że
poczułam takie same kółka wokół obu moich sutków, a ja zaczęłam się kopać po
tyłku, że nie pobiegłam do samochodu w chwili, gdy kazał mi iść do domu.
-
M-m, kawa nie wchodzi w grę - oznajmił - Jak będziesz już rozpakowana, zjemy
kolację.
Pokręciłam
głową - Nie wyjdę na kolację z twarzą w takim stanie.
-
Nie powiedziałem, że wychodzimy.
Ojej.
-
Snap...
-
Idź do domu.
-
Snap!
Pochylił
się, przyciskając swoje usta do moich.
Poczułam
te usta i włosy jego brody łaskoczące o moją skórę i poczułam jego zapach i
musiałam zacisnąć dłonie, żeby nie wyciągnąć ręki i nie złapać go jak dziecko,
które sięga po batonik, który nie jest dla niego dobry, ale musi go mieć.
To
był nasz pierwszy pocałunek.
Cóż,
prawie pocałunek, bo nie był pełen namiętności.
Mimo
wszystko to był pocałunek i nawet nie namiętny, a ja, głupia, głupia Rosalie, chciałam więcej.
I
ponieważ był cudownym, niesamowitym Snapper’em, nie wypychającym tego poza granice,
co skończyło się delikatnym muśnięciem ust i wąsów, odsunął się i wyszeptał - Idź
do domu do mamy, Rosie.
Skinęłam
głową, bo to był naprawdę dobry pomysł.
-
Porozmawiamy później – powiedział.
-
Racja - odpowiedziałam i prawie odchrząknąłam, ale szkoda się stała, wyszło
ochryple.
Uśmiechnął
się, musnął moją szczękę kciukiem w jedną stronę, a potem się cofnął. Wystartowałam
sprintem do samochodu, ale powstrzymałam się, zanim się rzuciłam, bo nie
chciałam, żeby to zobaczył.
Gdy
jednak dotarłam na dół schodów, powinnam była powstrzymać się od oglądania się
za siebie, bo na pierwszy plan wysunął się twardziel Snapper. Stał na szczycie
schodów z rękami skrzyżowanymi na piersi i wzrokiem wbitym w mój tyłek.
Kiedy
byłam z Beckiem, powstrzymywał się.
Teraz,
gdy śluzy zostały otwarte, nie zamierzał już tego robić.
Myślałam,
że mam kłopoty, ale czułam, że zostałam wyrzucona z deszczu tylko po to, by
wylądować pod rynnę.
Powinnam
była biec sprintem.
Postanowiłam
przeskoczyć w kłus, jakbym się trochę spieszyła, ale miałam nadzieję, że
pomyślałby, że to dlatego, że chciałam wrócić do mamy, zanim zaczęłaby się
martwić.
Były
dwie dobre strony tego, że to zrobiłam. Po pierwsze, szybciej dotarłam do
samochodu, a po drugie, nie bolały mnie za bardzo żebra, więc miałam sygnał, że
wkrótce będę gotowa do tego, by dźwigać tace pełne jedzenia i napojów.
Dotarłam
do samochodu, miałam kluczyk w stacyjce i miałam go odpalić, gdy zabrzmiał mój
telefon z wiadomością tekstową.
Myśląc,
że to mama, która wróciła do domu, a mnie nie ma, i martwiąc się o mnie, złapałam
go.
To
był numer, którego nie miałam zaprogramowanego, lokalny, i nie musiałam się
zastanawiać, kto to był, ponieważ w wiadomości było napisane: Jesteś taka cholernie słodka.
Snapper
i ja nie mieliśmy swoich prawdziwych numerów telefonów.
Teraz
mieliśmy.
Od
razu poczułam, że życie znów jest w porządku po miesiącach, nie... latach, kiedy czułam, że wszystko było
nie tak.
Tak,
miałam problemy.
Ponieważ
zakochałam się w motocykliście, który mnie rzucił.
Potem
zakochałam się w motocykliście, który robił rzeczy nielegalne, a potem mnie pobił.
A
teraz byłam zakochana w motocykliście, który wiedział, gdzie inny klub robił
swoją mokrą robotę, groził wojną temu klubowi, ale już był w stanie wojny ze złymi,
który zmusił swój Klub do złamania kodeksu motocyklistów i współpracy z
policją, aby wykorzystać inny klub do pokonania tych złych.
Mogłam
być poza jednym zestawem celowników (może).
Ale
wszyscy, którzy byli choć trochę związani z Chaosem, byli w drugim.
I
to mnie przerażało.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz