piątek, 11 października 2024

3 - Celowniki

 

ROZDZIAŁ 3

Celowniki

Rosalie

 

Wyliczyłam czas tak, żeby mi pasował.

Byłam już dziesięć dni po wyjściu ze szpitala. Siniaki goiły się szybciej. Dużo swobodniej się poruszałam. Miałam nowy opatrunek na nosie i był dużo mniejszy. A szwy rozpuszczały się i wypadały.

Ale nadal wyglądałam jak kobieta, która dostała w kość.

Colombo było spoko. Dali mi dwa tygodnie wolnego z wynagrodzeniem (choć to wynagrodzenie było do bani, wszystko kręciło się wokół napiwków) i posadzili mnie za barem, aż opatrunek z nosa zniknął, szwy całkowicie zniknęły, a moje żebra były takie, że mogłam dźwigać wielkie pizze.

Więc albo teraz, albo nigdy.

A stawka była zbyt wysoka.

Nie mogło być „nigdy”.

Nawet jeśli „teraz” przerażało mnie do granic możliwości.

Dlatego siedziałam w pokoju ze wszystkimi boksami, krzesłami stojącymi naprzeciwko siebie po obu stronach ściany, która była w połowie szklana, a przegrody wyznaczały boksy.

Telefony wisiały na przegrodzie przy każdym boksie.

Patrzyłam, jak wchodził, i niezależnie od faktu, że wyglądał mniej więcej tak samo szorstko jak ja, a nawet bardziej, przypomniałam sobie, co pomyślałam, gdy pierwszy raz zobaczyłam go w barze, przy którym przesiadywali Bounty.

To mogło być moje.

I uczyniłam to swoim.

Rzucił mi puste spojrzenie, gdy szedł w moją stronę, a jego wielkie, potężne ciało nie było mniej atrakcyjne w pomarańczowym kombinezonie z białym T-shirtem pod spodem.

I to zostało udowodnione.

Zaszyte rozcięcie, które biegło tuż pod wewnętrznym kącikiem jego lewego oka, przez kość policzkową i dalej w dół do szczęki, tylko dodawało mu wyglądu twardego, gorącego i spoko.

Beck, idąc od drzwi do miejsca naprzeciwko mnie, nie stracił ze mną kontaktu wzrokowego.

Dopiero gdy nic nie robiłam, tylko siedziałam tam, gapiąc się na jego wciąż przystojną twarz, jego brązowe oczy przesunęły się na telefon i z powrotem na mnie.

Teraz chciał rozmawiać.

Spojrzałam na kolana, na których leżała moja torebka.

To była słodka torebka. Całkowicie w stylu biker-baby, szykowna, czarna skóra w kształcie sakwy motocyklowej z mnóstwem nitów i fantastycznym, ciężkim srebrnym łańcuszkiem jako paskiem.

Ponieważ nie miałam już być biker-baby, prawdopodobnie będę musiała wymienić cały swój asortyment torebek, szukając torebek hipsterskich lub czegoś w tym stylu.

Problem polegał na tym, że sama myśl o torebkach hipsterskich sprawiała, że ​​miałam ochotę się skrzywić, a nawet nie wiedziałam, jak wygląda torebka hipsterska.

Elegancka kopertówka, którą nosiła Lanie - mogłabym mieć.

Hipster…

Nie.

Przestałam myśleć o torebkach hipsterskich, co było po prostu moim sposobem na opanowanie potrzeby drżenia palców, bo Beck był tuż naprzeciwko mnie, a ostatni raz, kiedy go widziałam, nie był okazją do świętowania. Zebrałam się w sobie i otworzyłam torebkę.

Wyciągnęłam złożoną kartkę papieru. Rozłożyłam ją, obróciłam tak, jak potrzebowałam, a następnie uderzyłam nią o szybę z boku, tak aby Beck nadal mógł widzieć moją twarz przez szybę.

Jego spojrzenie powędrowało na papier i pomyślałam, że zachowa ten pusty wyraz twarzy, zamknie mnie, wyłączy, albo zmiennie - zaszydzi.

Nie zrobił ani jednego, ani drugiego.

Spojrzał na kolorową kopię mojego zdjęcia, które zostało zrobione, zanim zmyli krew z mojej twarzy w szpitalu, ale po tym, jak opuchlizna tak mnie rozdęła, że ​​nie można było mnie rozpoznać, i wzdrygnął się.

Wzdrygnął się.

O co w tym wszystkim chodziło?

Tak nagle, że podskoczyłam na krześle, jego wielka dłoń podniosła się i zacisnęła się na telefonie.

Wyrwał go z widełek, uderzył górą o szkło, spojrzał na mnie i przyłożył telefon do ucha.

Wsadziłam zdjęcie z powrotem do torebki i podniosłam telefon, chociaż chciałam, żeby zdjęcie mówiło za mnie.

To znaczy: Już zapłaciłam, zostaw mnie w spokoju.

Przyłożyłam telefon do ucha.

- Rosie.

To było wszystko, co powiedział, ale usłyszałam tego ton, widziałam wyraz jego twarzy.

Ton był gardłowy.

Wyraz twarzy wyrażał cierpienie.

Musiał sobie ze mnie żartować.

– Nienawidzę cię – wyszeptałam.

Jego rysy twarzy złagodniały w taki sam sposób, w jaki robiły to, gdy myślał, że byłam słodka, albo gdy chciał uprawiać seks, albo gdy stawiałam przed nim jego ulubione danie, albo gdy chciał, żebym mu wybaczyła zachowanie dupka, albo tysiąc innych razy, gdy przypominałam mu, dlaczego uczynił mnie swoją staruszką, albo gdy wpakował się ze mną w kłopoty.

To nie były kłopoty ze mną.

Choć łagodne spojrzenie Gerarda „Throttle’a” Becka mogło być fenomenalne, zaszliśmy za daleko poza to, żeby kiedykolwiek znowu ono na mnie działało.

- Rosie…

- Trzymaj ich z dala ode mnie. Od mamy i ode mnie.

- Dlaczego ty…?

Pochyliłam się w stronę szyby i przerwałam mu - Za późno, Beck. Za późno, żeby zadawać pytania.

- Web[1] powiedział... - zaczął i wiedziałam, że chciał wyjaśnić.

Web. Pajęczyna. Prezydent Bounty.

Wiedziałam również, że nie miał żadnego wyjaśnienia. Żadnego, które bym zrozumiała.

Bracia, okej, byli w klubie motocyklowym, więc wiedziałam, jakie ryzyko podejmuję.

On? Mój facet?

Nie było żadnego wyjaśnienia.

– Web nie kazał ci mnie dusić. Nie kazał ci mnie bić.

Jego twarz zaczęła twardnieć - Mała, doniosłaś na klub.

– Zrobiłeś swoje. Teraz trzymaj ich z dala od mamy i ode mnie.

- Nie powinnaś była zgłaszać tego policji, Rosie.

Tego się właśnie obawiałam.

- Co myślałeś, że zrobię? – zapytałam.

- Moja umowa z nimi była taka, że ​​zostawią cię przy życiu. Myślałem, że nauczyłaś się trzymać gębę na kłódkę – powiedział mi.

- Cóż, dzięki, Beck. Dobrze wiedzieć, że się o mnie troszczyłeś.

Pochylił się do szyby - Mała, Rosie, Chryste. Wydałaś klub.

- Spałam u twego boku - wyszeptałam.

Jego wzrok opadł, a potem znów podniósł się.

Nie spuszczałam go z oczu.

- Mógłbyś być ojcem moich dzieci.

Skrzywił się i zaczął - Rosie...

- Kiedy klub zaczął się skręcać w złą drogę, powinnam była cię po prostu

zostawić.

- Nie pozwoliłbym ci odejść.

- Nie miałbyś wyboru.

- Nie, Rose - warknął - ...ty nie miałabyś.

Przeszedł mnie dreszcz, ale dałam radę.

- W takim razie wszystko ułożyło się jak najlepiej.

Wtedy pojawił się szyderczy uśmieszek - On jest żonaty, Rosalie. Ma cholerne dziecko. Pogódź się z tym.

O czym on mówił?

- Co? – zapytałam.

- Cage. Nigdy nie będzie twój. Przepadł dla niej i uwierz mi, kiedy takie gówno przydarza się motocykliście, to już się nie odwróci.

Mówił o Shy’u. Shy, Tabby i ja.

Pradawne dzieje.

I zaufać mu w takich sprawach?

Musiał sobie ze mnie żartować.

- Jak mogę ci zaufać, skoro nie masz pojęcia, o czym mówisz? - zapytałam.

- Więc nie zwracałaś uwagi - warknął, pozwalając, by ból, który poczuł z powodu mojej zdrady i mojego rzekomego pragnienia Shy’a, wypłynął na powierzchnię.

- Nie, Beck, ty nie zwracałeś. Pogodziłam się z odejściem Shy’a tamtej nocy, kiedy jechałam za twoimi plecami, a ty zabrałeś mnie do Lookout Mountain i pocałowałeś mnie, gdy światła Denver rozłożyły się wokół nas.

- Jasne, dlatego wydałaś nas Chaosowi, który wydał nas pieprzonym glinom.

- Nie, zrobiłam to, bo kiedy miałabym dziecko z moim mężczyzną, chciałam, żeby to dziecko wiedziało do szpiku kości, że jego ojciec był dobrym człowiekiem w takim sensie, że w dniu, w którym jego ojciec odszedłby z tego świata, miałoby trudności z poradzeniem sobie z tym, ale nie miałoby trudności z pogodzeniem się z faktem, że ten świat byłby lepszy, gdyby nie było w nim jego tatusia.

Beck zamknął usta i zrobił to, wyglądając na dotkniętego.

To do niego dotarło.

Nareszcie.

Ale i tak za późno.

Nie zamknęłam ust.

- Chciałam, żebyś zobaczył, jak niebezpieczne było to, co robiłeś. Jak łatwo byłoby zmarnować twoje życie, to życie, które dzieliłeś ze mną. Chciałam, żebyś przyjrzał temu się uważnie i znalazł powód, żeby to odmienić. Próbowałam z tobą o tym porozmawiać, ale mnie nie słuchałeś. Więc poczułam potrzebę zrobienia czegoś, żeby cię uratować, uratować nas, uratować naszą przyszłość. I niestety dla nas obojga doszło to do punktu, w którym to coś musiało być ekstremalne.

Beck również nie miał nic do powiedzenia.

Więc kontynuowałam.

- Chcę tylko powiedzieć, że nie przyznałabym się do tego sama przed sobą, ale kiedy odmówiłeś wysłuchania moich obaw o to, dokąd zmierza klub i co to oznacza dla naszego życia i naszej przyszłości, skończyło się to na nas. Na długo zanim zostawiłeś mnie krwawiącą i nieprzytomną na cementowej podłodze.

Pokręcił głową - Ty wycofaj oskarżenie, Rosie, a ja porozmawiam z Web’em i chłopakami o tym, żeby pozwolili, żeby to gówno skończyło się na tym z tobą.

Skinęłam głową - Pogadasz z Web’em i chłopakami i zostawicie mnie w spokoju.

- Musisz wycofać zarzuty, Rose.

- Jeśli będę musiała siedzieć w pudełku i patrzeć każdemu z was w oczy, zanim wsadzę was za kratki, zrobię to.

- Kochanie...

Wyciągnęłam papier z torebki i rozłożyłam go na szkle.

- Moja matka widziała mnie w takim stanie, Beck.

Odwrócił głowę.

Kochał moją mamę. Praktycznie ją uwielbiał. Starsza pani bez swojego motocyklisty. Całe Bounty traktowało ją jak królową wdowę.

- Ona to widziała - naciskałam - Sprawiłeś, że mnie tak zobaczyła.

Odwrócił się do mnie - Rosie, mamy poważne problemy z powodu twoich bzdur.

Wsadziłam zdjęcie z powrotem do torebki, mówiąc - Ja nie zostałam złapana na przewożeniu narkotyków. Ja nie porwałam mojej dziewczyny z jej miejsca pracy i nie dostarczyłam jej do magazynu, gdzie ja i faceci, których nazywam moimi braćmi, pobiliśmy ją na miazgę. Ty i twoi bracia to zrobiliście.

- Znasz kodeks - warknął.

- Tak. Mój ojciec był motocyklistą i mnie nauczył. Kobieta. Dzieci. Motocykl. Wolność. W tej kolejności. Gdzie teraz jesteś z tym wszystkim, Beck?

- Zrobiłaś to dla Cage’a - rzucił, nie odpuszczając tej głupiej szopki.

- Nie. Ale powiem, że na początku zrobiłam to dla ciebie, ale na końcu już nie dla ciebie.

Jego brwi ściągnęły się razem - Co to, kurwa, znaczy?

Nie miałam zamiaru tego tłumaczyć.

- Zostawcie mnie i mamę w spokoju.

- Chłopcy nigdy nie tknęliby twojej mamy – mruknął.

To zostało wypowiedziane mruknięciem, ale uwierzyłam w to.

Dzięki Bogu.

Uwierzyłam w to.

Walczyłam z wielkim westchnieniem ulgi i zamiast tego zażądałam - Zostawcie mnie w spokoju.

Nachylił się ku mnie głębiej i zobaczyłam wyraz twarzy, który kiedyś, jak teraz wydawało się wieki temu, sprawiłby, że w ułamku sekundy padłabym na kolana lub na plecy.

- Mała, błagam cię, wycofaj oskarżenie.

- Nie zapytałeś mnie.

- Rosalie...

- Nie dałeś mi szansy na wyjaśnienia.

- Rosie...

- Dusiłeś mnie.

- Rose…

- I uderzyłeś mnie.

- Chryste, skarbie.

- I na mnie plułeś.

Beck się zamknął.

- Potem mnie kopnąłeś.

Kolejne drgnięcie.

Wpatrywałam się w jego oczy.

Miał niesamowite rzęsy.

Wpatrywał się w moje.

- Kochałam cię kiedyś - wyszeptałam.

Te rzęsy opadły.

Tak.

Niesamowite.

- Teraz mnie przerażasz – powiedziałam mu.

Podniesione rzęsy odsłoniły udręczone oczy.

Wtedy to wiedziałam.

Rozkazano mu dostarczyć mnie do Bounty.

Mógł też dostać rozkaz rozpoczęcia postępowania.

Ale dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że zrobił to, co zrobił na początku i na końcu, ale w środku to jego bracia sprowadzili na mnie swoją wersję sprawiedliwości.

Dał im pokaz i nie wrócił po więcej, bo wykonał polecenie i to było wszystko, co miał w sobie, jeśli chodziło o mnie.

Kopnięcia na pożegnanie były prawdopodobnie spowodowane tym, że był na mnie wkurzony, podekscytowany patrzeniem, jak jego bracia mnie okładali, myśląc, że miałam obsesję na punkcie Shy’a i prawdopodobnie z tego wszystkiego.

Albo wciąż trzymał się pierwotniej linii.

Byli liderzy i byli naśladowcy.

Ale nawet jeśli byłeś naśladowcą, twoim zadaniem było znalezienie właściwej rzeczy do naśladowania i nie podążanie ślepo.

Beck zawiódł w obu.

- Mogę tu być tylko dlatego, że jest tam policjant i ściana między nami - powiedziałam, wskazując głową na policjanta stojącego przy drzwiach do pokoju widzeń - Jeśli kiedykolwiek ci na mnie zależało, trzymaj ich z daleka ode mnie.

- Kocham cię, mała, nadal, bez względu na wszystko, musisz to wiedzieć - powiedział cicho do telefonu.

- Zadziwiająco, jak ktoś mnie dusi, uderza, pluje na mnie i kopie, jest to coś, czego nie znam.

- Odpuść zarzuty, a my to przetrwamy.

Przetrwamy to?

Czy on oszalał?

- Daj mi spokój, spraw, żeby twoi bracia dali mi spokój, a może nie będę cię nienawidzić aż do dnia, w którym umrę – odparłam.

- Rosie…

- Z nami koniec.

- Rosie, kochanie…

- Jesteś jednym z najpiękniejszych mężczyzn, jakich kiedykolwiek widziałam – wyszeptałam okropną prawdę.

Ponownie zacisnął usta.

- I sprawiłeś, że byłam szczęśliwa, tak niewiarygodnie szczęśliwa.

Jego brązowe oczy rozbłysły i zrobiły się ciepłe.

- A potem już nie.

Rozpacz mignęła w jego spojrzeniu, zanim opuścił głowę.

- Czy znasz jeden z powodów, dla których mój ojciec nigdy nie dołączył do klubu? – zapytałam.

Podniósł głowę, ale nic nie powiedział.

- Nie był mężczyzną, którego można było związać, ale to nie wszystko - podzieliłam się czymś, co powiedziałam mu wcześniej, ale w tym momencie zasłużył na przypomnienie - Większość klubów oczekuje, że będziesz stawiać klub ponad wszystko inne, włączając w to rodzinę, swoją kobietę. A on po prostu nie był mężczyzną, który potrafiłby to zrobić.

- Nie jestem twoim tatą, Rosie - powiedział łagodnie.

- Wiem – odpowiedziałam, zdecydowanie odłożyłam słuchawkę i obserwowałam, jak na jego twarzy pojawiło się wahanie.

To było ostatnie, co mu dałam.

Wstałam, przeciągnęłam srebrny łańcuszek torebki przez ramię i wyszłam.

W chwili, gdy przekroczyłam drzwi, potknęłam się, bo pod ścianą korytarza na zewnątrz stał wysoki, wyjątkowo przystojny mężczyzna, zbudowany jak obrońca liniowy.

Miał odznakę na pasku, a jego whisky-brązowe oczy zwróciły się w moją stronę w chwili, gdy wyszłam.

Nigdy w życiu go nie widziałam, ale i tak czułam, że jego spojrzenie było przepraszające.

Drzwi zamknęły się z hukiem, a te whisky przesunęły się po korytarzu, zabierając ze sobą moje, i wtedy całkowicie się zatrzymałam.

Snap był tam, ukryty za drzwiami, ale teraz odsłonięty.

- Dzięki, Nightingale – mruknął pół sekundy przed tym, jak chwycił mnie za rękę i pociągnął korytarzem, skręcił i pociągnął mnie w dół kolejnego, przez recepcję i przez drzwi frontowe.

Nie skończył mną włączyć, bo okręcił się wokół mnie i ruszył do przodu, zmuszając mnie do cofania się, aż moje biodra uderzyły w poręcz z boku schodów prowadzących na posterunek.

Następnie wygiął szyję tak, że jego twarz była cal od mojej i zobaczyłam, że jego śnieżno niebieskie oczy mogą być chłodne.

Zimne zimno z lodowatą furią.

- Czy ty… postradałaś… rozum?

Pierwsze słowa były opanowane, ale ledwo.

Jego ostatnie było niemal wykrzyczane.

- Snapper – wyszeptałam.

- Co ty sobie, kurwa, myślałaś? - zażądał odpowiedzi.

- Musisz się odsunąć - powiedziałam mu.

- O nie - wycedził złowieszczo, faktycznie przesuwając się do przodu, tak że jego biodra były przyciśnięte do mojego brzucha, jego klatka piersiowa ocierała się o moje piersi, a jego mroźne oczy wypełniały całą moją widoczność - O nie, skarbie. Stary dobry Snap skończył dawać swojej kobiecie trochę przestrzeni.

- Nie jestem... twoją kobietą - powiedziałam niepewnie, jakbym nie wierzyła własnym słowom.

- Ile mam lat? - zapytał.

- Trzydzieści trzy - odpowiedziałam natychmiast i ze zdziwieniem, będąc zdezorientowana jego pytaniem w środku tego, co się działo.

- Mój ulubiony kolor? - naciskał.

- Czerwony.

- Jaką kawę piję?

Dowiedziałam się tego wcześnie, kiedy przyszedł do Colombo i zamówił cannoli z kubkiem kawy, zanim zyskałam mój status informatora.

- Dużo śmietanki, jedna łyżka cukru.

- Moja ulubiona książka?

- Wyspa Tajemnic.

- Masz dwadzieścia osiem lat. Twój ulubiony kolor to zielony. Pijesz kawę tylko ze śmietanką, waniliową, jeśli masz pod ręką. Twoją ulubioną książką jest Harry Potter, ten z Azkabanu, i przez długi czas flirtowałaś z myślą, wmawiając sobie, że ujdzie ci to na sucho, jeśli dasz swojej pierwszej córce na imię Hermiona.

Pokręciłam głową, nie mogąc pojąć, dokąd to zmierzało - Ja nie...

- Chcesz mieć dwójkę dzieci, bo chciałaś mieć przynajmniej siostrę lub brata, i chcesz zacząć tak szybko, jak to możliwe, bo twój tata był starszy od mamy, a ona nie była młoda, kiedy cię urodziła i straciłaś go o wiele za wcześnie dla was obojga, mimo że miał siedemdziesiąt lat.

- Ja...

- Mieszkałaś wszędzie, gdzie mile widziani są motocykliści po tej stronie Missisipi, ale twoim ulubionym miejscem zawsze było Denver, kiedy trzy razy twój tata tutaj przeprowadzał się z mamą. To było jego ulubione miejsce, bo uwielbiał jeździć po Górach Skalistych. I to była jedyna rzecz, która dawała tobie i twojej mamie ulgę, kiedy odszedł, że mogłaś zabrać go w góry, kiedy nadszedł jego czas i pojechał gdzieś, gdzie kochał być.

- Snap – powiedziałam cicho.

- Skończyłaś z filmami o bohaterach komiksowych. Myślisz, że Dwayne Johnson byłby zabójczy w komedii romantycznej. Lubisz spędzać wakacje na plażach. Twoje ulubione ciasteczko to snickerdoodle[2]. Twoja ulubiona restauracja to Carmine. Nie jesteś pewna co do kary śmierci, bo jesteś konserwatywnym liberałem, ale tylko z szacunku dla ojca przekonałaś samą siebie, że jesteś konserwatywnym liberałem. A twoim ulubionym miejscem na całym świecie jest jazda na tylnym siedzeniu motocykla.

Kurczę, dużo mówiłam podczas naszych rozmów telefonicznych.

A Snap słuchał uważnie.

Jeszcze ze mną nie skończył.

- Jedyne, czego o mnie nie wiesz, a co ma dla mnie podstawowe znaczenie, to sposób, w jaki mój kutas poczuje się, jak będzie zagrzebany w tobie, a jedyne, czego ja o tobie nie wiem, to jak słodko się poczujesz, jak będziesz ciasno zamknięta wokół mnie.

Och, rany.

Ta słodycz, którą poczułabym, zaczęła mnie mrowić.

- Snapper - wyszeptałam.

- I ty nie jesteś moją kobietą?

- Ja…

- Jesteś moją kobietą od miesięcy i mam gdzieś to, co się działo, gdy byłaś z innym mężczyzną.

To ja zamknęłam usta podczas tej przemowy.

- A ty właśnie odwiedziłaś w więzieniu tego faceta, który cię tak pobił tak, że wylądowałaś w cholernym szpitalu - oświadczył wściekły.

- Ostrzegałam go, żeby się ode mnie odczepił - wyjaśniłam.

Pochylił się o pół cala, którego potrzebował, aby czubek jego nosa otarł się o mój (coś, co stało się).

- Rosalie, powtórzę, ten skurwiel cię nie dotknie. Ani jednego pieprzonego razu ponownie.

- Wszystko dobrze, koleś?

Snap gwałtownie odwrócił głowę. Spojrzałam ponad jego ramieniem.

I tam stali dwaj umundurowani funkcjonariusze, którzy nie byli specjalnie zachwyceni mężczyzną w kurce motocyklowej z wyszytymi na plecach barwami klubu, który przygwoździł kobietę do barierki przed posterunkiem policji.

- Snapper. Chaos. To jest Rosalie. Kobieta, którą Bounty pobili na kwaśne jabłko. Odwiedziła Throttle’a, żeby go ostrzec, żeby się odczepił. Jest moja. Nie wiedziałem, że zajmowała się tym gównem. I rozmawiamy o tym, że to mnie nie uszczęśliwia.

W oczach obu funkcjonariuszy pojawiło się męskie zrozumienie.

Jeden uniósł brodę w stronę Snappera i ruszył w stronę drzwi wejściowych.

Drugi rzucił mu spojrzenie znękanej męskiej koleżeńskiej solidarności, a następnie ruszył w stronę drzwi wejściowych.

Śledziłam ich, gubiąc ich obu za szerokimi ramionami Snappera, odzyskując ich, tylko po to, by stracić ich ponownie, gdy mężczyźni i kawa, którą nieśli, zniknęli w posterunku policji.

Co się właśnie stało?

- Rosie - warknął Snapper.

Moje spojrzenie znów powędrowało w jego stronę.

- Musimy porozmawiać - oświadczył ponownie.

- Nie jestem na to gotowa.

- Przepraszam, mała, ale już teraz mam to gdzieś.

Teraz to ja się wkurzyłam.

- Mówisz poważnie? - zapytałam.

- Rosalie, właśnie odwiedziłaś pieprzonego Throttle’a w więzieniu.

- Tak, żeby powiedzieć mu, żeby zostawił mnie i mamę w spokoju! - warknęłam.

- Racja, pozwól, że ci to dokładnie wyjaśnię – zawarczał – Komunikacja między tobą a którymkolwiek członkiem Bounty, zwłaszcza Throttle’m, jest skończona. Skończona. Nie, kurwa, dzieje… się. Jeśli jest jakaś wiadomość do przekazania, Chaos ją przekazuje. Jeśli jeszcze się nie dowiedzieli, że przestałaś istnieć, podzielimy się tym z nimi tyle razy, ile zdołamy, aż to zrozumieją. Nie masz się czego obawiać z ich strony, bo każdy brat, który zdobył naszywkę Chaosu, prędzej by padł, niż pozwolił znowu cię skrzywdzić. Nie musisz robić ni chuja, żeby to się stało, bractwo wykrwawi się, żebyś była bezpieczna. A teraz, rozumiesz mnie?

- Ja…

Przerwał mi, zanim zdążyłam powiedzieć coś więcej.

- Zanim się wkurzyłaś, że coś takiego może się wydarzyć, Tack dał Webowi znać, że wiemy, że mają z tym problem, nie mogą mieć żadnego innego wrażenia niż to, że po tym, co ci zrobili, my mamy z tym problem, ale jak to się ułoży, to zależy od braci. Kobiety są poza zasięgiem, zostałaś uznana przez Chaos za jedną z nas, a jeśli tobie lub twojej mamie przydarzy się jakieś gówno, to nie sprawi, że będzie to tylko większy problem. Wtedy Chaos wypowie wojnę, a oni są zgarnięci, więc mają szansę, będąc w więzieniu, ogarnąć swoje życie, albo ich rozmontujemy. Teraz mnie rozumiesz?

- Wow - szepnęłam.

– Rozumiesz mnie – mruknął.

– Jak w ogóle byście to zrobili? - zapytałam ciekawie.

- Z chirurgiczną precyzją, biorąc pod uwagę, że Tack już skontaktował się z innymi prezesami odłamów Bounty, dzieląc się tym, że Chaos i jego sojusznicy nie będą zadowoleni, jeśli kolejna kobieta znajdzie się na celowniku, a on będzie oczekiwał jednoznacznej wskazówki od innych odłamów, że nie pochwalają bzdur Bounty. Powiedzieć, że Bounty, którzy nigdy nie byli jednym procentem, nie jest naprawdę zachwycone tym, że Web poprowadził ich sprawy w obecnym kierunku, to mało powiedziane. Może nie powstrzyma to miejscowych, ale pozbawiłoby ich naszywek, a żaden motocyklista, który zasłużył na swoją naszywkę, nie potraktuje tego poważnie. Musieliby zacząć od nowa bez ani jednego sojusznika, co jest jak noworodek walczący z dorosłym niedźwiedziem.

- To, uh…wygląda na to, że macie to wszystko w garści – mruknęłam, a to dało mi fascynujący pokaz jego wspaniałych ust otoczonych jego blond brodą, które zadrżały.

- Tak, a gdybyś wypiła ze mną kawę parę dni temu, mógłbym się z tobą podzielić kilkoma rzeczami i oszczędzić ci tej podróży.

Hmmm.

- Wypijesz ze mną teraz kawę? - zapytał.

- Eee… - Rzuciłam okiem na boki, mówiąc: - Chyba powinnam wrócić do domu. Mama nie wie, że tu jestem. Poszła do sklepu spożywczego na swoje cotygodniowe, ogromne zakupy, a ponieważ to trwa dłużej, niż się spodziewałam, może wrócić, zanim wrócę do domu, a ona jest trochę… - szukałam odpowiedniego słowa - zaniepokojona przez to wszystko, co się wokół mnie kręci.

- Założę się, że tak - powiedział cicho.

- Więc powinnam wrócić do domu - powtórzyłam.

- Kiedy się do mnie wprowadzisz? - zapytał.

- Mam wrażenie, że już się wprowadziłam.

- Mam na myśli fizycznie.

Było coś w tym, że Snapper powiedział słowo „fizycznie”, co również sprawiło, że części mnie zamrowiły.

Odmówiłam sobie poddania się temu mrowieniu.

- Czy to wszystko, co właśnie powiedziałeś, nie oznacza, że ​​tak naprawdę nie potrzebuję pełnej ochrony, jaką ty i Chaos mi oferujecie? - zapytałam.

- Myślisz, że ja lub którykolwiek z braci pomijamy cień szansy z naszymi kobietami, to źle myślisz.

Oczywiście.

- Snap...

- Wiem, że uwielbiasz spędzać czas ze swoją mamą, ale prawdopodobnie pomogłoby jej, gdyby wiedziała, że ​​w myślach radzisz sobie lepiej po tym, gdybyś wróciła do swojego życia.

To prawdopodobnie była prawda.

Westchnęłam głośno.

Objął moją szyję dłonią, kciuk wyciągnął pod brodę, żeby ją podnieść.

To był słodki dotyk i fajny ruch.

Więcej mrowienia.

Cholera.

- Wprowadzę się jutro - powiedziałam.

- Dobrze - odpowiedział.

- Albo następnego dnia - ciągnęłam.

Spojrzenie w jego oczach, które zmieniło się w śnieżną dobroć, zmieniło się z powrotem w mroźne zirytowanie.

- Rosie, jutro - rozkazał - Wprowadź się, rozgość, porozmawiamy.

Westchnęłam ponownie.

- Twarz wygląda dobrze - mruknął, dokładnie odczytując z mojego westchnienia, że ​​się poddałam - Jak twoje żebra?

- Goją się - mruknęłam w odpowiedzi.

- Dobrze to słyszeć, Rosie.

W jego oczach znów pojawiła się śnieżna dobroć, a w jego głosie inny rodzaj dobroci.

Musiałam uważać.

- Nie mogę uwierzyć, że ci gliniarze po prostu pozwolili ci przycisnąć mnie do tej barierki - zauważyłam.

- Gliniarze nie przepadają za kobietami pobitymi na miazgę przez ośmiu skurwysynów - uświadomił mnie.

- Nikt tak naprawdę nie jest - uświadomiłam go.

- Oni też nie są wielkimi fanami kobiet, które przychodzą do jednego z dupków, który zrobił to gówno, żeby odbyć daremną rozmowę – podzielił się.

- Nie wiedziałam, że to daremne – powiedziałam mu.

- Ja wiedziałem, oni wiedzieli, a teraz na szczęście ty też wiesz.

Postanowiłam znowu się zamknąć.

- Colombo jest wobec ciebie w porządku? – zapytał.

Skinęłam głową.

- Mała? – zawołał.

- Mhm? – odpowiedziałam.

Jego kciuk przesunął się po mojej szczęce – Idź do domu, do swojej mamy, zanim przegram walkę, którą toczę z chęcią zabrania cię ze sobą do domu.

Kurczę, chciałam iść z nim do domu.

Nie, nie chcesz - krzyczał mój umysł - Ogarnij się, Rosalie!

– Może powinniśmy napić się kawy, Snapper. Być może jest też kilka rzeczy, które musisz uporządkować.

Pokręcił głową, jego kciuk rysował teraz kółka na boku mojej szczęki, co spowodowało, że poczułam takie same kółka wokół obu moich sutków, a ja zaczęłam się kopać po tyłku, że nie pobiegłam do samochodu w chwili, gdy kazał mi iść do domu.

- M-m, kawa nie wchodzi w grę - oznajmił - Jak będziesz już rozpakowana, zjemy kolację.

Pokręciłam głową - Nie wyjdę na kolację z twarzą w takim stanie.

- Nie powiedziałem, że wychodzimy.

Ojej.

- Snap...

- Idź do domu.

- Snap!

Pochylił się, przyciskając swoje usta do moich.

Poczułam te usta i włosy jego brody łaskoczące o moją skórę i poczułam jego zapach i musiałam zacisnąć dłonie, żeby nie wyciągnąć ręki i nie złapać go jak dziecko, które sięga po batonik, który nie jest dla niego dobry, ale musi go mieć.

To był nasz pierwszy pocałunek.

Cóż, prawie pocałunek, bo nie był pełen namiętności.

Mimo wszystko to był pocałunek i nawet nie namiętny, a ja, głupia, głupia Rosalie, chciałam więcej.

I ponieważ był cudownym, niesamowitym Snapper’em, nie wypychającym tego poza granice, co skończyło się delikatnym muśnięciem ust i wąsów, odsunął się i wyszeptał - Idź do domu do mamy, Rosie.

Skinęłam głową, bo to był naprawdę dobry pomysł.

- Porozmawiamy później – powiedział.

- Racja - odpowiedziałam i prawie odchrząknąłam, ale szkoda się stała, wyszło ochryple.

Uśmiechnął się, musnął moją szczękę kciukiem w jedną stronę, a potem się cofnął. Wystartowałam sprintem do samochodu, ale powstrzymałam się, zanim się rzuciłam, bo nie chciałam, żeby to zobaczył.

Gdy jednak dotarłam na dół schodów, powinnam była powstrzymać się od oglądania się za siebie, bo na pierwszy plan wysunął się twardziel Snapper. Stał na szczycie schodów z rękami skrzyżowanymi na piersi i wzrokiem wbitym w mój tyłek.

Kiedy byłam z Beckiem, powstrzymywał się.

Teraz, gdy śluzy zostały otwarte, nie zamierzał już tego robić.

Myślałam, że mam kłopoty, ale czułam, że zostałam wyrzucona z deszczu tylko po to, by wylądować pod rynnę.

Powinnam była biec sprintem.

Postanowiłam przeskoczyć w kłus, jakbym się trochę spieszyła, ale miałam nadzieję, że pomyślałby, że to dlatego, że chciałam wrócić do mamy, zanim zaczęłaby się martwić.

Były dwie dobre strony tego, że to zrobiłam. Po pierwsze, szybciej dotarłam do samochodu, a po drugie, nie bolały mnie za bardzo żebra, więc miałam sygnał, że wkrótce będę gotowa do tego, by dźwigać tace pełne jedzenia i napojów.

Dotarłam do samochodu, miałam kluczyk w stacyjce i miałam go odpalić, gdy zabrzmiał mój telefon z wiadomością tekstową.

Myśląc, że to mama, która wróciła do domu, a mnie nie ma, i martwiąc się o mnie, złapałam go.

To był numer, którego nie miałam zaprogramowanego, lokalny, i nie musiałam się zastanawiać, kto to był, ponieważ w wiadomości było napisane: Jesteś taka cholernie słodka.

Snapper i ja nie mieliśmy swoich prawdziwych numerów telefonów.

Teraz mieliśmy.

Od razu poczułam, że życie znów jest w porządku po miesiącach, nie... latach, kiedy czułam, że wszystko było nie tak.

Tak, miałam problemy.

Ponieważ zakochałam się w motocykliście, który mnie rzucił.

Potem zakochałam się w motocykliście, który robił rzeczy nielegalne, a potem mnie pobił.

A teraz byłam zakochana w motocykliście, który wiedział, gdzie inny klub robił swoją mokrą robotę, groził wojną temu klubowi, ale już był w stanie wojny ze złymi, który zmusił swój Klub do złamania kodeksu motocyklistów i współpracy z policją, aby wykorzystać inny klub do pokonania tych złych.

Mogłam być poza jednym zestawem celowników (może).

Ale wszyscy, którzy byli choć trochę związani z Chaosem, byli w drugim.

I to mnie przerażało.

 



[1] Web - ang. sieć, pajęczyna.

[2] Snickerdoodle - rodzaj ciasteczek zrobionych z mąki, tłuszczu, cukru i soli, obtoczonych w cukrze cynamonowym

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz