ROZDZIAŁ 6
Piękno
Rosalie
Stałam w mojej nowej łazience w
staniku i majtkach, pochylając się nad umywalką, gapiąc się na swoją twarz w
lustrze.
Siniaki po obu stronach wewnętrznych
kącików moich oczu były teraz tylko cieniami. Poza odciskami palców Becka,
wszystkie przebarwienia na mojej szyi zniknęły. Od czasu do czasu od wczoraj,
ostatnie szwy wypadały z rozcięcia na moim czole i tym na szczęce,
pozostawiając tylko czerwone ślady, które, miałam nadzieję, znikną. A taśma
miała zejść z mojego nosa jutro podczas ostatniej wizyty kontrolnej u lekarza.
Podniosłam brodę, żeby móc je
zobaczyć, i wpatrywałam się w czerwone ślady.
Rainman rozorał mi brwi. Kiedy to się
stało, poczułam, że się rozerwały. Zawsze nosił ciężkie pierścienie i w okropny
sposób dał do zrozumienia, że miał ochotę nadal być ozdobiony podczas uroczystości.
Na
tych pierścieniach były czaszki.
A
na niektórych krzyże.
Więc
rozorał mnie czymś w rodzaju krucyfiksu, naznaczając mnie może na zawsze, by przypominać
mi za każdym razem, gdy na siebie patrzyłam lub czyjeś oczy błądziły w tamtą
stronę, o czasie spędzonym w tym magazynie.
Za
każdym razem, gdy jakikolwiek brat Chaosu na mnie spojrzy, jemu też będzie to
przypominać.
A
przede wszystkim również Snapper’owi.
Podniosłam
ręce, potarłam nimi mokre włosy, które zaczesałam do tyłu po prysznicu i ruszyłam
do szafy, by zrobić inwentaryzację i sprawdzić, gdzie były wszystkie moje
rzeczy.
Wciągnęłam
dżinsy, wróciłam do łazienki, spryskałam się dezodorantem i perfumami, a potem
wróciłam do szuflad w szafie, żeby złapać kremową koszulkę z krótkim rękawem.
Wciągnęłam ją, a potem wyjęłam cienką, prawie przezroczystą, ciemnoniebieską,
pięcioguzikową koszulkę termiczną, która nawet nie udawała, że ma mnie ogrzać.
Rozpięte
guziki (tak były wtedy, jak zawsze je nosiłam) odsłaniały dekolt. Materiał
wyraźnie odsłaniał koszulkę. To był pełny tors, subtelnie seksowny peek-a-boo
noszony przez pokiereszowaną, pobitą, wyrzuconą na śmietnik starszą panią motocyklisty.
-
Dobra, do cholery, gdzie dzisiaj mam głowę? - warknęłam, zmuszając się, żeby
się pozbierać.
Musiałam
zadzwonić do Colombo i powiedzieć im, że mogę iść na następny termin zmiany.
Musiałam rozpakować torby wypełnione rzeczami, po które mama pobiegła do mojego
starego mieszkania, żeby je zabrać, kiedy byłam w szpitalu, bo obie wiedziałyśmy,
że nie wrócę tam, dopóki nie będę mogła stawić temu czoła, zanim nie wiedziałyśmy,
że w ogóle tam nie miałam wrócić. Musiałam zapoznać się z tym, gdzie starsze
panie z Chaosu położyły moje rzeczy i przenieść wszystko, jeśli zrobiły to nie
tak, jak tego chciałam.
I
musiałam pomyśleć, co chciałam wynieść z rozmowy ze Snapper’em tamtej nocy, bo
pozwoliłam głupiej, marzycielskiej, szczęśliwej Rosalie wziąć górę nade mną
wczoraj wieczorem i wykorzystałam go do przytulania się, spania i poczucia
bezpieczeństwa.
Ale
teraz musiałam zdecydować, gdzie była moja głowa, bo on nie zasługiwał na to,
żebym bawiła się jego sercem.
Poszłam
do sypialni, pościeliłam łóżko, zbiegłam po schodach i sprawdziłam kuchnię,
robiąc minimalne porządki po pączkach, które Snap i ja kupiliśmy, kiedy założyliśmy
wczorajsze ubrania i poszliśmy po nie, przynieśliśmy do domu i zjedliśmy na
stojąco przy blacie, zanim on odszedł. To znaczyło zgniecenie torby po pączkach
i wrzucenie jej do wbudowanej szuflady z kubłem na śmieci.
Nalałam
sobie kolejny kubek kawy i popijałam ją, otwierając i zamykając szafki, by odkryć,
że kobiety zrobiły mi dobrze na więcej sposobów, niż już wiedziałam. Ustawiły moje
rzeczy wprost idealnie.
Wzięłam
ze sobą kawę, gdy wędrowałam i odkryłam, przez drugie drzwi na ścianie poniżej
toalety, ładnie wyposażoną pralnię z pralką i suszarką, zlewem, półkami i
suszarką naścienną.
Naprawdę.
Mogłabym
tu mieszkać do końca życia i być szczęśliwa.
Chociaż
nie zmieściłby się tu żaden Travis ani Nash.
Ani
Hermiona.
Tylko
ja.
Mężczyzna
i ja.
Usłyszałam
dźwięk mojego telefonu i wyszłam z pralni do stołu przy drzwiach, gdzie stał
ten telefon, decydując, że następną rzeczą będzie dobro, które, jak wiedziałam,
odkryję, grzebiąc w torebce Sephora, która wciąż była tam nierozpakowana.
Odstawiłam
kawę i podniosłam telefon.
Na
ekranie widniał napis Snap i kiedy to
zobaczyłam, moje serce się uradowało, że w końcu mógł zostać wyświetlony na
moim telefonie, aby każdy mógł zobaczyć, że był w moim życiu i tym samym
należał do mojego telefonu.
Ale
moja głowa była pełna złowrogich szarych chmur.
- Hej - przywitałam się po odebraniu
połączenia.
-
Hej - odpowiedział - Wszystko w porządku?
Zamknęłam
oczy, otworzyłam je i wpatrywałam się w długi pas trawnika prowadzący do ulicy.
Po
obu stronach posesji rosły krzaki. Nie miałam pojęcia, co to było, wiedziałam
tylko, że zostały przycięte nisko na zimę.
Zastanawiałam
się, czy Snap zapewniał swoim lokatorom pielęgnację trawnika, a jeśli tak, to
czy robił to sam, czy też oczekiwał, że zrobią to w ramach umowy najmu.
-
Rosalie – zawołał ostrzejszym tonem.
Nie
ostrzejszym.
Zmartwionym.
-
W porządku - powiedziałam mu, choć nie byłam pewna, czy wzięłam pod uwagę, jak
się czułam, gdy nie było go może trochę ponad godzinę, a on już do mnie
dzwonił, sprawdzając, co u mnie.
To
powinno być przyjemne.
Po
prostu miałam tak pomieszane w głowie, że nie pozwoliłam
na to.
-
Nie brzmisz dobrze - zauważył.
-
Wszystkie szwy wypadły - podzieliłam się.
-
Zauważyłem - mruknął.
Oczywiście,
że zauważył.
-
Będę miała blizny - powiedziałam mu.
Zapadła
chwila ciszy, zanim oświadczył - Wracam.
-
Snap, nie.
-
Mała, przeszłaś od bycia słodką w łóżku i uśmiechania się, jak jadłaś pączka,
do bycia teraz cholera wie kim, kto brzmi jak ty i mówi o bliznach. Zatraciłaś
się w tym, a to nie jest dobre miejsce, więc wracam.
-
Muszę to ogarnąć sama, Snapper.
-
Dlaczego? - zapytał.
Nagle
wielki ogród przede mną stał się niewyraźny.
-
Słucham? - wydusiłam w odpowiedzi.
-
Dlaczego musisz to robić sama?
Ja…
Nie
wiedziałam.
Powiedziałam
mu, co wiedziałam:
-
Przez całe życie polegałam na mężczyźnie, Snap.
-
Okej, więc?
Szarpnęłam
głową.
-
To nie jest zbyt mocne - zauważyłam.
-
Powiedziałem ci kiedykolwiek, dlaczego dołączyłem do Chaosu? - sprawdził.
Poczułam,
jak moje ramiona się wyprostowały, bo tego nie zrobił, więc wiedziałam, że
nadchodzi coś wielkiego, a na koniec zebrałam się w sobie, żeby być przygotowaną,
bo tak bardzo chciałam znać to coś wielkiego.
Dokładnie:
dlatego on dołączył do Chaos.
-
Nie - powiedziałam mu.
-
Jestem cichym facetem. Zawsze taki byłem. Pierwszą rzeczą, jaką zrobiłem po
otrzymaniu prawa jazdy, było pójście samemu do kina - podzielił się.
Było
w tym coś niesamowicie fajnego.
Było
w tym też coś niesamowicie Snapperowego.
Z
drugiej strony, było to w pewnym sensie jedno i to samo.
-
To był pierwszy raz, kiedy to zrobiłem – kontynuował - Nie ostatni. Mój brat i
siostra mają wielkie osobowości. Są niemal patologicznie towarzyscy. Tak jak
moi rodzice. Moja siostra jest szalona. Kochana, ale szalona. Zawsze pakuje się
w kłopoty. Kłóci się z mamą. A potem ją otacza miłością. Mój brat był wielkim
facetem, gwiazdą sportu. Piłka nożna. Naprawdę dobry w tym. Zdobył stypendium. Ja
grałem w tenisa.
Poczułam,
jak nagle, niestosownie w tamtym momencie, chichot narastał we mnie i go
powstrzymałam.
Ale
nie mogłam ukryć niedowierzania w moim głosie, kiedy spytałam - Grałeś w
tenisa?
-
To wszystko było mną. Kort. Rakieta. Piłka. Moja gra. Moja strategia. Nie
chodzi nawet o mojego przeciwnika. To był po prostu ktoś, kto, jeśli mógł,
odbijał piłkę do mnie, a ja musiałem wyłapać jego strategię. Jesteś tam całkowicie
w swojej własnej przestrzeni. Jesteś całkowicie w swojej głowie. Wygrana lub
przegrana, wszystko zależy od ciebie.
Widziałam
to w Snapie i nie tylko to, a wiedząc o tym, zdałam sobie sprawę, że miał też
ciało tenisisty, jeśli tym tenisistą był Boris Becker.
-
Czytam – kontynuował - Jeżdżę. Już nie gram w tenisa i nie grałem od czasów
liceum, ale kiedy to robiłem, podobało mi się to. Mam swoje nieruchomości i są
moje. Kupuję je. Zarządzam nimi. Bracia mogą pomóc je naprawić, ale wizja i
realizacja zależą ode mnie.
-
Okej – powiedziałam, kiedy przestał mówić.
-
Ale wtedy, niezależnie od tego, co robiłem, wracałem do domu, do rodziny. Byłem
środkowym dzieciakiem, ale nie dostawałem żadnego z tych gówien dla środkowych
dzieciaków, bo byli tacy, jacy byli. Zupełnie nie tacy jak ja, ale nie
sprawiali, że czułem się jak outsider, bo byłem taki, jaki byłem. Dali mi
przestrzeń, żebym był sobą. Chodzili na moje mecze. Ja chodziłem na ich gówno.
Nie istniałem wśród nich. Byłem ich częścią jako taki, jakim byłem, a nie taki,
jakim chcieliby, żebym był. To było i nadal jest moje miejsce. Spotykają się o
wiele częściej niż ja z nimi, ale kiedy się pokazuję, jestem tak samo częścią
mojej rodziny, jak reszta z nich. Po prostu nie jestem fanem rodzinnych
wieczorów gier co dwa tygodnie, a ich to nie obchodzi, że nie jestem. Są
szczęśliwi, że się pokazuję, kiedy chcę się pokazać. Zabierają mnie, kiedy tego
chcę, dają mi swój czas i zostawiają w spokoju, kiedy nie mam na to ochoty.
-
To fajne – powiedziałam, gdy zrobił pauzę.
-
Chciałem więcej tego – podzielił się - Chciałem przebywać wśród ludzi, którzy
pozwoliliby mi być sobą. Nie chciałem być w korporacyjnej sytuacji, w której
chodziło o trzymanie się linii lub wspinanie się na szczyt. Nie chciałem być w
innej sytuacji, w której każdy dzień był taki sam, dopóki nie zdałeś sobie
sprawy, że twoje życie to długa linia harówki. Chciałem mieć rodzinę, ale
chciałem tego z wolnością.
-
To ma sens – zauważyłam.
-
A ponieważ jeżdżę, ponieważ mój motocykl jest dużą częścią mojego życia,
ponieważ ta wolność jest największą częścią mnie, znalazłem braterstwo, które
podzielało te same ideały. A największą częścią tych ideałów jest to, że daję to
im, a oni dają to mnie. Tym „czymś” jest to, że pozwalam braciom być braćmi, a
wszyscy bracia pozwalają mi być sobą.
-
Uwielbiam to, że to znalazłeś, Snapper - powiedziałam cicho.
-
Ja też, Rosie - odpowiedział - A sedno tego, co chcę przez to powiedzieć, jest
takie, że jeśli chcę zamknąć się w swoim pokoju w Kompleksie i poczytać
książkę, mogę to zrobić. Potem mogę wyjść i wypić piwo z bratem. Mogę być sam,
ale nigdy nie jestem sam. Nadążasz za mną?
Nadążałam.
I
oddychałam dziwnie.
-
Mała, nadążasz za mną? - popchnął, kiedy nic nie powiedziałam.
-
Nadążam za tobą, Słonko - wypchnęłam z siebie.
-
Kiedy coś mi przyjdzie do głowy, idę do Tacka. Idę do High. Idę do Hopa lub
Pete’a. Albo do taty lub brata. Jeśli nie chcę jeździć sam, Joke wychodzi ze
mną. Albo Boz. Albo Hound. Jeśli urządzam kuchnię, ale to nie moja bajka, jak
powinna wyglądać, więc jeśli muszę kupić zlew, który pasuje do jednego z moich
miejsc, Tyra mi pomaga. Albo moja siostra mi pomaga. Albo mama mówi mi, co jej
zdaniem się by sprawdziło.
-
To wszystko jest ważne, ale to, co mówię o sobie w tym momencie mojego życia,
jest inne niż wszystko inne - powiedziałam mu ostrożnie.
-
Myślisz, że gdyby moja mama umarła albo coś okropnego przytrafiło się mojej
siostrze, to ci bracia i ich kobiety nie byliby przy mnie? - zapytał.
Spojrzałam
na swoje palce u stóp.
-
Rosalie - warknął.
-
Byliby - wyszeptałam.
-
Nie chodzi o to, żeby mieć z kim wypić piwo, nawet jeśli chodzi. Nie chodzi o
to, żeby mieć z kim jeździć, nawet jeśli jest to również to. Chodzi o świadomą
decyzję o otaczaniu się dobrymi ludźmi, żebym, kiedy życie jest dobre, miał
kogoś, z kim mogę się nim dzielić, a kiedy życie zamienia się w gówno, miał
kogoś, kto pomoże mi się utrzymać.
Teraz
oddychałem głęboko.
-
W życiu, Rosie – powiedział łagodnie – ...nie polega na tym, żeby iść samemu.
Chodzi o znalezienie odpowiednich osób, z którymi można się nim dzielić, które
sprawią, że będzie lepiej, kiedy będzie dobrze, i będą przy tobie, żeby cię
utrzymać, kiedy nie będzie dobrze.
-
Ale ja przeskakuję od jednego faceta do następnego i do kolejnego – zauważyłam.
-
Żyjesz swoim życiem i nie robisz tego, czepiając się mężczyzn, żeby się tobą
zaopiekowali. Robisz to, a mężczyźni dryfują przez twoje życie, kiedy to się
dzieje. Nie byli tymi właściwymi i teraz to dobrze dla mnie, bo chcę być tym
jedynym. Ale oni nie są niczym innym, tylko tym, że byli. Byli w twoim życiu. I
ty poszłaś dalej, albo oni poszli dalej, albo cokolwiek. Jak chcesz być z kimś,
to cię nie osłabia, Rosie. W większości przypadków znalezienie w sobie odwagi,
żeby zaryzykować i powierzyć komuś swój czas i serce, czyni cię silną. Ale we
wszystkich przypadkach, chęć dzielenia się swoim życiem z innymi ludźmi po
prostu czyni cię człowiekiem.
-
Masz to całkowicie rozpracowane - mruknęłam.
-
Nie, Rosie, nie rozgryzłem ni chuja – odparł - Jedyne, co wiem na pewno, to to,
że jak dotąd miałem szczęście i podejmowałem dobre decyzje w życiu, a jedną z
nich jesteś ty. Ty, u której nic nie znaczy, że masz bliznę przecinającą ci
czoło, nic nie znaczyłoby, że przytyłabyś pięćdziesiąt funtów, również nic by nie
znaczyło, jakbyś postarzała się o trzydzieści lat. Jesteś Rosie. I bez względu
na wszystko, zawsze będziesz piękna.
Gardło
mi się zatkało, gdy przepchnęłam przez nie - Nie sądzę, żebyś nadal musiał
wracać, Snapper.
-
Nie brzmisz dużo lepiej, mała - powiedział cicho.
-
W takim razie nie słuchasz zbyt uważnie.
Zamilkł.
Wpatrywałam
się w palce u stóp, walcząc z płaczem.
Przerwał
ciszę.
-
A teraz powiedz mi, co zaplanowałaś na dziś.
Odchrząknęłam,
podniosłam wzrok i skupiłam się na jego schludnym, zimowym podwórku - Rozpakowywanie.
Telefon do Colombo. Zakupy online, aby stworzyć wizję mojego kącika do
czytania.
Twojego kącika
do czytania.
Cholera.
-
To wszystko brzmi dobrze, ale nie jestem pewien, czy to wypełni ci dzień,
Rosie.
Chciał,
żebym wypełniła swój dzień, żebym miała dobre rzeczy do roboty, rzeczy, którymi
mogłabym zająć się, a które powstrzymałyby mnie od wchodzenia sobie w głowę i
bałaganienia we własnym, cholernym ja.
I
to było takie cholerne Snapperowe.
-
Potrzebuję też dywanów, stołu w jadalni, mebli ogrodowych, kolejnego miejsca do
siedzenia - i przenośnego łóżeczka dla
dziecka. Nie podzieliłam się tym ostatnim. Nie chciałam, żeby on w tym
momencie świrował. Wystarczyło, że jedno z nas świrowało. A ja właśnie
skończyłam - Myślę, że teraz, kiedy czuję się lepiej, będę traktować resztę
wolnego czasu bardziej jako wakacje i odpoczywać. Skontaktuję się z mamą. Po
prostu... będę.
-
Brzmi, jakby mogło być w porządku – mruknął.
Wciągnęłam
głęboki oddech.
-
Jeśli znów wpadniesz w pułapkę myśli i nie będzie dobrze, Rosie, zadzwoń do
mnie – rozkazał.
-
Okej, Snapper.
-
Wyślę SMS-a, kiedy będę dziś wieczorem w drodze z jedzeniem.
-
Okej.
-
Jasne, opuszczę cię już teraz.
-
Hm... Snap?
-
Jestem.
Wzięłam
kolejny głęboki oddech i powiedziałam - Dzięki, Słonko, że wyrwałeś mnie z ponurych
myśli.
-
Dzięki, że mi pozwoliłaś.
To
sprawiło, że znowu zamknęłam oczy, opuściłam głowę i otworzyłam je, żeby
popatrzeć na moje palce u stóp.
-
Pedicure - wymamrotałam.
-
Powtórz?
-
Dzisiaj zrobię sobie pedicure.
-
Zadzwoń do mamy i idźcie razem.
-
Brzmi idealnie.
Tak
było i postanowiłam to ustawić, nawet zanim zadzwoniłabym do Colombo.
A
Snap brzmiał, jakby się uśmiechał, kiedy odpowiedział:
-
Świetnie. Później, Scully.
-
Prawda jest gdzieś tam, Mulder. Jest też tutaj, bo właśnie wylałeś jej na mnie
mnóstwo.
Ostatnią
rzeczą, jaką usłyszałam, zanim się rozłączył, był jego śmiech.
Uwielbiałam
to.
Tak
bardzo, że to zapamiętałam w ten sposób, że miałam nadzieję, że nigdy nie zapomniałabym
tego momentu i dźwięku śmiechu Snappera, po tym wszystkim, co mi właśnie dał.
Potem
odsunęłam telefon od ucha i zadzwoniłam do mamy.
*****
-
Okej, chcę wiedzieć, co się dzieje z moją Rosalie - rozkazała mama.
Rozpakowałam
się. Colombo wiedziało, żeby dać mi rotację zmianową. Zjadłyśmy lunch, potem miałyśmy
manicure i pedicure. Teraz siedziałyśmy na kanapie pod oknem Sklepu z Używanymi
Książkami Fortnum, popijając latte przygotowane przez szaleńca, który wyglądał
jak wyglądali seryjni mordercy, choć raczej wyglądali tak, ze nigdy nie można
było się tego po ich spodziewać, a który robił absolutnie najlepszą kawę w
Denver.
I
nie byłam zaskoczona, że mama mnie przejrzała.
-
Snapper przyjdzie dziś wieczorem na kolację i przeprowadzimy poważną rozmowę o
tym, co dalej z nim i ze mną - powiedziałam.
-
Dobrze. A potem zajmie wam jakieś pięć minut, żeby to rozgryźć, mam nadzieję,
że da ci orgazm podczas twojego pierwszego razu, co sprawi, że będzie dla
ciebie idealny - odpaliła.
Wpatrywałam
się w nią.
-
Twój ojciec by go pokochał - oświadczyła, pochyliła się do mnie i powtórzyła z
naciskiem - Kochałby go.
On
absolutnie by go pokochał.
I
to było szalenie przyjemne.
Najwyższy
czas, żebym to wyłożyła.
I
jak zwykle, wyłożyłam to mojej matce.
-
Mamo, Chaos toczy wojnę z mężczyzną o nazwisku Benito Valenzuela. Jest szefem
syndykatu, który sprzedaje narkotyki, handluje bronią, handluje żywym towarem i
kręci filmy porno.
Widziałam,
jak wyraz twarzy mojej mamy zmieniał się.
-
A Chaos to mściciele - kontynuowałam - Jeszcze zanim wybuchła ta wojna z tym
facetem Benito, patrolowali swój teren i jeśli znaleźli coś, co im się nie
podobało, a to były nielegalne działania, nie dzwonili... i nadal nie
dzwonią... na policję - przerwałam, przyjrzałam jej się uważnie i zapytałam - Rozumiesz
mnie?
-
Ja… uh, czy to coś złego? - zapytała.
Serio?
Pochyliłam
się w jej stronę i syknęłam - Mamo!
Snapper i jego bracia toczą wojnę i zachowują się, jakby terytorium Chaosu było
Tombstone, oni byli braćmi Earp[1] i mieli
pełne prawo by tam rządzić, kiedy to nie
jest Tombstone. To Denver. No cóż, części to Englewood - zboczyłam z
tematu, a potem wróciłam do niego - A Denver i Englewood mają własną policję.
-
Więc są wyjętym spod prawa klubem motocyklistów, którzy są wyjętymi spod prawa,
będąc obywatelami, którzy zmuszają ludzi do przestrzegania prawa - powiedziała.
To
brzmiało prawie...
Szlachetnie.
Cholera.
-
No cóż... tak - odpowiedziałam.
-
A to jest złe, ponieważ...? - zapytała.
-
Ponieważ to jest niebezpieczne - warknęłam.
-
A wiedziałaś, że to się stało, kiedy spotykałaś się z tym Shy’em? - zapytała.
-
Niezupełnie, wtedy dowiedziałam się - powiedziałam jej.
-
I nie zakończyłaś z nim związku, kiedy okazał się być nieformalnym stróżem
prawa? - naciskała.
Zamknęłam
się.
Nadal
znała moją odpowiedź, bo ja nie zakończyłam związku z Shy’em. On zakończył go
ze mną.
Tak
mówiła dalej.
-
I chociaż nie podzieliłaś się z matką pełnią swoich manewrów z Chaosem
przeciwko Bounty, to narażałaś się dla Chaosu przeciwko klubowi twojego staruszka,
wiedząc, że coś zaplanowali dla klubu twojego staruszka. A ponieważ nie chodziło
o terytorium Chaosu w Denver czy Englewood, ale o rzeczy dziejące się na
terytorium Bounty w Aurorze, miało to coś wspólnego z tą wojną z tym Benito, o
którym również wiedziałaś.
-
Słyszałam, jak Beck mówił o tym, w co pakują się jego bracia. I o tym facecie
Benito. I o sytuacji Chaosu. I w plotkach starszych pań i groupies
motocyklistów. Więc nie wszystko, ale tak, wiedziałam wystarczająco dużo.
-
Wystarczająco, żeby zwrócić się do Chaos, żeby pomóc - wywnioskowała.
Znowu
się zamknęłam.
-
Bo chciałaś, żeby Beck ogarnął się sam - ciągnęła.
-
Na początku - powiedziałam.
-
A kiedy on dalej trzymał się swojego klubu, kiedy robili naprawdę głupie
rzeczy, które narażały was wszystkich na niebezpieczeństwo, dałaś mu spokój i
zaczęłaś szukać innych rzeczy, nawet jeśli to stało się nieumyślnie. To coś
innego jest na twojej twarzy i twoim życiu i ma związek z tą sytuacją -
wywnioskowała.
Kiwnęłam
głową.
Skinęła
głową i poszła dalej.
-
Myślę, że warto zauważyć, że byłaś w niebezpieczeństwie, jeszcze zanim
poinformowałaś o klubie swojego staruszka, Rosalie. Władze nie lubią, gdy ktoś
cieszy się nieuczciwie zdobytymi zyskami, nawet ci, którzy ich w ten sposób nie
zdobyli. Może to nie oznaczać, że ktoś inny będzie oskarżony, gdy ktoś zostanie
złapany. Oznaczałoby to, że gdybyś kupiła dom za brudne pieniądze Becka,
zostałby ci odebrany. Gdybyś kupiła samochód, zostałby ci odebrany. Gdybyś
miała z nim dzieci, władze mogłyby się martwić o twoją zdolność do podejmowania
dobrych decyzji dla siebie i swoich dzieci i mogłyby rozważyć odebranie ci ich.
A Beck świadomie podjął decyzję, aby cię tam umieścić. To ty świadomie podjęłaś
decyzję, aby wydostać siebie i jego.
-
Wiem, co się stało, mamo - powiedziałam ostrożnie.
-
A w międzyczasie poznałaś Snappera, który zaczął coś dla ciebie znaczyć, coś
głębokiego, dobrego i ważnego. Snappera, który jest w stanie wojny z mężczyzną,
który handluje kobietami i kręci pornografię, a twoim problemem jest...?
- podpowiedziała.
-
Może zostać ranny - powiedziałam jej.
-
Tak, a policjant codziennie stawia czoła temu samemu ryzyku.
I
w końcu znaleźliśmy się tam, gdzie nas potrzebowałam.
-
Snap nie jest w policji - zauważyłam.
-
I żołnierz stawia czoła temu codziennie, kiedy jest na misji - kontynuowała,
jakbym nic nie powiedziała.
-
On nie jest też żołnierzem, mamo.
Szarpnęła
głową na bok - Nie jest?
Znów
zamilkłam.
-
Wiesz - ciągnęła - …w idealnym świecie są zasady i wszyscy ich przestrzegają.
Jest dobro i zło i każdy rozumie, co jest czym. Jest ciemność i jest światło i
każdy rozumie, co nosi w sobie. Ale to nie jest idealny świat, Rosalie, i nigdy
nie będzie. W każdym przypadku, w każdym przypadku, w każdym zakamarku tej
planety granice są rozmyte. Każdy musi zdecydować swoją wersję tego, co jest
słuszne, a co nie. I jak dotąd nie powiedziałaś mi niczego, co według mojej
wersji nie jest słuszne w odniesieniu do Snappera Kavanaugha lub jego Klubu.
-
Boję się, że stracę go w tej wojnie - powiedziałam jej.
–
A on jest w tobie głęboko zakochany. Jak myślisz, co czuł przez te wszystkie
miesiące, kiedy byłaś częścią klubu motocyklowego, na który donosiłaś, Rosalie?
Jak myślisz, jak dobrze spał, wiedząc, że nie może cię chronić każdej sekundy
każdego dnia? A teraz, kiedy stało się to, co ci się przydarzyło, żyjesz z tym,
jak to może cię zranić, a on jest bezsilny również wobec tego.
Niezupełnie.
Do
tej pory radził sobie naprawdę dobrze z tą ostatnią częścią.
Prawdę
powiedziawszy, nigdy nie zastanawiałam się, co Snapper mógłby czuć w związku z
niebezpieczeństwem, na jakie się narażałam. Po prostu odepchnęłam go, gdy stało
się najgorsze, a on obwiniał siebie, cierpiał z mojego powodu i chciał się mną
zaopiekować.
Nie
chcąc to zrobić.
Robiąc to.
Boże!
Teraz
wiedziałam: nie dość, że miałam popieprzoną głowę, to jeszcze byłam samolubną suką.
-
Życie jest ryzykiem, Rosalie – powiedziała niecierpliwie, wtrącając się w moje
myśli. – I całkowicie rozumiem, że wahasz się, kiedy ta banda kundli rzuciła
się na ciebie. Ale mam nadzieję, że wychowałam córkę silniejszą. Córkę, która
potrafi to przezwyciężyć i rozpoznać, co jest dla niej dobre, złapać to i
trzymać blisko i bezpiecznie, dopóki Bóg da jej przywilej posiadania tego.
Odwróciłam
wzrok i popijałam kawę, w tej chwili martwiąc się, że nie byłam taką córką, na
jaką miała nadzieję mnie wychować.
Kawa
była niesamowita i jako taka wzmacniająca, ale nic nie mogło być wystarczająco
wzmacniające, aby zebrać myśli w całość.
Ton
mamy był znacznie łagodniejszy, gdy zauważyła - Mówisz, że jesteś w nim
zakochana.
-
Zakochałam się w nim, gdy byłam z innym mężczyzną - powiedziałam do
podniszczonego stolika kawowego pokrytego zużytymi magazynami i używanymi
książkami na sprzedaż, które zostały zdjęte z półek, przejrzane przy kawie i
odłożone na następny raz.
-
Słodziaczku - zawołała.
Spojrzałam
na nią.
-
Czujesz się winna, że nie byłaś
lojalna w sercu wobec Becka? - zapytała.
-
Tak - odpowiedziałam stanowczo - I, mamo - kontynuowałam, gdy jej twarz zaczęła
twardnieć - …nie chodzi tylko o Becka, nawet jeśli część z tego dotyczy. Chodzi
o zastanawianie się, co Snap myśli, że zrobię, skoro mogłam zrobić to Beckowi,
gdy on będzie następny.
Zrozumienie
dotarło do niej - Ach.
-
Tak - wymamrotałam - Ach.
-
Tak więc, wraz ze zdrowieniem po pobiciu przez gang, przeprowadzką do nowego
miejsca, martwieniem się, co zaplanował dla ciebie klub twojego byłego i
niepokojeniem działaniami mężczyzny, w którym jesteś obecnie zakochana,
dźwigasz także ciężar tego, że jeśli spróbujesz z nim, tak jak to się między
wami zaczęło, to nigdy ci naprawdę nie zaufa.
To
było absolutnie to wszystko.
Była
jeszcze kwestia blizn, ale Snapper się tym zajął.
Ugh!
–
Tak – odpowiedziałam mamie.
–
A co na to wszystko Snapper?
-
Myślę, że o tym będzie nasza rozmowa dzisiaj wieczorem.
Nagle
pochyliła się ku mnie, zacisnęła palce na moim przedramieniu i wyszeptała
zaciekle - Bądź córką, którą wychowałam i wiedz, co jest dla ciebie dobre i
cholernie trzymaj się tego, trzymaj się tego blisko i uważaj to za cenne,
Rosalie, tak długo, jak Bóg da ci przywilej posiadania tego.
Wpatrywałam
się w mamę wielkimi oczami.
Mój
ojciec dużo przeklinał. Mógł pracować w garażu nad czymś, co nie szło dobrze i
wyrzucić serię przekleństw trwających całe pięć minut, od których marynarz
uniósłby brwi.
Moja
matka prawie nigdy nie przeklinała.
Więc
słowo na „ch” było ogromne.
Ale
to, do czego mnie namawiała, było jeszcze większe.
-
Ty go lubisz – wyszeptałam.
Puściła
mnie, odchyliła się do tyłu i powiedziała zirytowana - Och, na litość boską,
Rosalie. Oczywiście. Bo jak go nie lubić?
Następnie
wściekle siorbnęła łyk kawy, spróbowała, a jej irytacja uleciała, gdy cud
kunsztu baristy wyglądającego-na-seryjnego-mordercę-ale-nie-seryjnego-mordercy
dotknął jej kubków smakowych.
-
Mamo? - zawołałam.
Zwróciła
wzrok w moją stronę.
Moje oczy w moją
stronę.
Kochałam
swoje oczy. Kochałam moją matkę.
Ale
chciałabym dostać choć kawałek mojego taty.
-
Tęsknię za tatą - przyznałam.
Odchyliła
się do tyłu w moją stronę, jej twarz rozpłynęła się, by pokazać mi w czyste
piękno.
-
Oczywiście, że tak, kochanie. Był typem mężczyzny, który zawsze zostawiał
ogromną pustkę w świecie tych, których kochał, kiedy ich opuszczał. Taki rodzaj
pustki, Słodziaczku… – pochyliła się jeszcze bliżej mnie – która wydaje się, że
kiedy go nie ma, nigdy nie zostanie wypełniona. Nie próbuj jej wypełniać,
Rosalie. Pozwól jej być, bo nie jest pusta. Jest wypełniona po brzegi miłością,
którą do ciebie żywił i wspomnieniami, które dał naszej rodzinie. To nie to
samo, co go mieć. Nigdy nie będzie. Ale to skarb, niezależnie od tego. Więc
naucz się go cenić i rób to, czego on by od ciebie chciał. Znajdź kogoś, kto
cię pokocha, z kim będziesz tworzyć nowe cenne wspomnienia. I nie pozwól, aby
strach i strata cię powstrzymały. To nie jest córka, którą ja wychowałam. Ale
co więcej, to nie jest córka, którą wychował twój ojciec.
Gapiłam
się na nią i wymamrotałam - O nie, zacznę płakać.
-
Okej, mam chusteczki – odpowiedziała.
-
Mamo! – krzyknęłam dość głośno – Nie chcę zacząć płakać.
Wyglądała
na zdezorientowaną – Dlaczego, do licha, nie?
-
Ponieważ... ponieważ... ponieważ... - Nie wiedziałam dlaczego - Ponieważ
później spotykam się ze Snapper’em. Zepsuje mi to makijaż i sprawi, że moje
oczy będą zapuchnięte.
Pomachała
ręką przed twarzą, wzięła kolejny łyk kawy, przelotnie spojrzała na mnie,
przypominając mi, jak wyglądała, gdy tata skończył z nią, po czym powiedziała -
Dlatego Bóg stworzył myjki i Visine. Zimne kompresy usuwają opuchliznę, a
Visine usuwa zaczerwienienie. Walgreens jest tuż za rogiem. Jeśli nie masz
Visine, kupimy ci krople, zanim wrócisz do domu. I prezerwatywy. Jestem pewna,
że Snapper, to taki
facet, który przyjdzie przygotowany, ale na wszelki wypadek.
Przestałam
mieć ochotę płakać i zaczęłam się uśmiechać.
-
Wiesz, jak bardzo cię kocham? – zapytałam.
Spojrzała
mi prosto w oczy i odpowiedziała - Tak.
Cholera.
Znów
miałam ochotę płakać.
Zamiast
płakać, podskoczyłam i spojrzałam w górę, gdy wielki, wyglądający-na-seryjnego-mordercę-ale-nie-seryjny-morderca,
dziki siwo-blond, szalony, rudy barista ze stuknięciem postawił dwa kubki z kawą
na stole przed nami i ryknął - Jezus Jones! Nawet nie wiem, o czym wy, suki,
gadacie, a psujecie mi humor. Wyssijcie jeszcze trochę tego i skończcie z tym
gównem. Wczoraj wieczorem przyszedł nowy miot kociąt, z którymi mogę pójść do
domu i się pobawić. Nie chcę być w dołku, kiedy dostanę nowe kocięta.
Mama
i ja wpatrywałyśmy się w niego w oszołomieniu i byłam pewna, że żadna
z nas nie wiedziała, która część
jego wybuchu była najbardziej zaskakująca.
Wycofał
się za ekspres do kawy, gdy piękna rudowłosa pani, właścicielka lokalu, zajęła
miejsce, z którego wyszedł.
-
Przepraszam, że Tex nazywał was sukami, rządził wami i straszył was
opowieściami o kociakach. On jest miłośnikiem kotów. I szaleńcem. Te, uh… kawy
są na koszt firmy - Następnie ruszyła tupiąc i krzycząc w stronę ekspresu do
kawy - Tex, przysięgam na Boga, że następnym klientem,
którego…
-
Zamknij się, siostro! - przerwał jej szaleniec o imieniu Tex - Ty też nie ukradniesz
mi zachłyśnięcia nowym kociakiem swoją złością!
-
Nie ukradnę ci zachłyśnięcia nowym kociakiem! - krzyknęła - Próbuję zatrzymać
klientów, żebym mogła kupić tę nową parę kowbojskich butów, o których Lee mówi,
że nie mogę ich mieć, bo mam już piętnaście par.
-
Jakbyś cierpiała. Ten sklep sprzedaje mnóstwo kawy i książek, a twój mąż pławi
się w forsie - odparł Tex.
-
I jakby jej zależało, że Lee powie jej, że nie może ich mieć - usłyszałyśmy
szept z boku, mama i ja, a pochodził on od ładnej blondynki, której uśmiech
robił z niej powalającą piękność - Już kupiła te buty. Ona po prostu chce, żeby
Tex się zamknął i nie straszył ludzi.
Mama
i ja spojrzałyśmy jednomyślnie na cichą konfrontację, jaką Tex i ruda toczyli między
sobą oczami, ale spojrzałyśmy z powrotem na blondynkę, gdy znów przemówiła.
-
I nie chodzi o jego nastrój - powiedziała. – Martwi się twoim opatrunkiem. Nie
wygląda na to, ale jest kobieciarzem w dobrym tego słowa znaczeniu, naprawdę
opiekuńczym i nie podoba mu się to, co widzi. Nie zna cię, ale wie, że ludzie
lubią jego kawę, a ponieważ to wszystko, co może dać, dał wam ją. Więc tak
naprawdę jest po prostu wielkim, szalonym, trochę przerażającym mięczakiem.
Dostarczyła
to, a potem zgarnęła używany kubek, który był tam, kiedy tam siedzieliśmy i
odeszła.
-
Czy można nie uwielbiać tego miejsca? - usłyszałyśmy ze stolika w kącie, który
był po drugiej stronie od nas i nasze głowy odwróciły się w tamtą stronę - Ci
ludzie są cholernie świrnięci -
ciągnęła kobieta - Nigdy nie wiesz, do jakich wygłupów dojdą. Szczerze mówiąc, a
wiem, że to mówi wszystko, że ja tak naprawdę nie przychodzę tu po kawę. To
tylko wisienka na torcie. Przychodzę tu dla show. Nigdy nie zawodzi.
Podniosła
w naszą stronę swoje spienione latte i zwróciła wzrok do książki, którą nie-tak-bardzo
czytała.
Spojrzałam
na mamę.
Jej
wzrok powędrował w moją stronę.
A
potem wybuchłyśmy śmiechem.
W
trakcie tego usłyszałyśmy donośne - Widzisz! Spójrz na te suki, Indy
Nightingale! Moja robota jest skończona!
Więc
oczywiście śmiałyśmy się jeszcze głośniej.
[1]
W 1881 roku w Tombstone szeryf Wyatt Earp i jego bracia podczas „potyczki” na
rewolwery zabili paru kowbojów. Stworzony na kanwie tych wydarzeń film
przedstawił ich jako obrońców sprawiedliwości.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz