czwartek, 3 października 2024

PROLOG - Ból

 

PROLOG

Ból

 

Splunął na mnie.

Poczułam, jak to wylądowało na boku mojej brody i ześlizgnęło się w dół.

Nie poruszyłam się, żeby to wytrzeć.

Nie mogłam.

Leżałam na boku, zwinięta w kłębek, a ból krzyczał przeze mnie. Wszystko to - a było go dużo - domagało się uwagi, więc nie mogłam się skoncentrować, nie mogłam myśleć, nie mogłam się ruszyć, żeby nie było gorzej. Nie mogłam nic zrobić, tylko leżeć i modlić się, żeby to się skończyło.

Nie skończyło.

Pochylił się nade mną, złapał mnie za włosy, szarpnął za nie i poczułam, jak jego gorący oddech wionął mi w twarz.

- Zobaczymy, czy teraz cię zechce, ty głupia suko - syknął.

Puścił moje włosy i poczułam, jak się cofał, ale jeszcze nie skończył.

Kopnął mnie tak mocno, a jego stopa była w ciężkim, motocyklowym bucie, że moje ciało przesunęło się po cemencie.

Byłam już za mało przytomna, żeby choćby jęknąć.

Poczułam, jak coś odbijało się od mojego biodra, uderzyło o posadzkę, a potem jego głos powrócił, tym razem z dalszej odległości.

– Oto masz, mała - wycedził - Twój kontakt z Chaosem. My z tobą skończyliśmy. Ja skończyłem z tobą. Teraz oni mogą cię mieć.

Słyszałam odgłos ciężkich butów na cemencie, nie tylko jego, ale też jego braci z klubu Bounty. Gdy mnie mijali, otrzymałam jeszcze kilka kopnięć. Jeden z nich złapał mnie za spód szczęki i wepchnął moją głowę tyłem w posadzkę, również plując, uderzając mnie w szyję.

A potem zniknęli.

Leżałam tam, skupiając się na oddychaniu i kontynuowaniu oddychania, mimo że każdy oddech był nie tylko wysiłkiem, ale i agonią. Strach, który poczułam wcześniej, kiedy mnie zabrał, po tym jak mnie wziął, jak mnie potraktował i wiedziałam, że to rozgryzł, rozwiał się, gdy jego miejsce zajął ból. Teraz powrócił strach, że wrócą i dadzą mi więcej.

On wróci.

Throttle[1].

Nie, dla mnie był Beckiem. Moim chłopakiem. Gerardem Beckiem. Nienawidził imienia Gerard, więc wszyscy mówili na niego Beck. Przez całe jego życie. Albo od czasu, kiedy mógł tego wymagać i nie pozwalać na nic innego. Nawet jego matka nazywała go Beckiem.

Dopóki nie dostał klubowego pseudonimu Throttle. Wszyscy jego bracia tak go nazywali. Kiedy byłam z nim, kiedy był ze swoimi braćmi, ja też go tak nazywałam.

Ale kiedy byliśmy sami, w domu, był Beckiem.

Moim Beckiem.

Moim mężczyzną. Moim kochankiem. Moim obrońcą. Moją przyszłością.

Mężczyzną, który właśnie na mnie splunął i kopnął mnie.

Ale wcześniej zrobił więcej.

Zabrał mnie z pracy i dostarczył prosto do nich, dokładnie tam, gdzie się znajdowałam. Nawet to zaczął, dusił mnie, aż pomyślałam, że stracę przytomność, a potem uderzył mnie w skroń, potem w szczękę, a potem w kość policzkową.

Throttle.

To imię zostało mu nadane z jakiegoś powodu, ale nie z powodu, dla którego teraz stał się Throttle dla mnie.

Mocno zacisnęłam oczy, otworzyłam je, sięgnęłam po telefon, który mi rzucił i wytrzymałam ogromny ból, który mnie przeszył, pozostawiając mnie jeszcze bardziej rozdartą, co, gdyby mój mózg miał miejsce na przetworzenie czegokolwiek więcej, uznałabym za nie do pomyślenia.

Moje palce zacisnęły się na telefonie i wypuściłam małe oddechy, które były trudne do zniesienia, bo każdy z nich wysyłał ogień przez moje wnętrze. Więc spróbowałam głębokich oddechów, a te były gorsze, bo ogień trwał jeszcze dłużej.

Strach mieszał się z resztą, gdy próbowałam skupić się na poruszeniu kciukiem, by uaktywnić telefon, ale zobaczyłam, że czerń wkradała się do kącików moich oczu.

Nie mogłam zemdleć.

Musiałam wezwać pomoc.

Musiałam się stamtąd wydostać.

Moje ciało miało różne pomysły, wysyłając wiadomość do mojego mózgu, że to było za dużo, nie mogło znieść więcej.

Więc zemdlałam.

*****

Ocknęłam się oszołomiona i zdezorientowana.

Czułam ból, smród pomieszczenia, dotyk cementu pode mną, co sprawiło, że wszystko to wróciło wraz z paniką.

Nie mając pojęcia, jak długo byłam nieprzytomna, czując telefon spoczywający w mojej dłoni, aż jęknęłam z wysiłku, by go podnieść, owinąć wokół niego palce, użyć kciuka, by go otworzyć.

Był to stary telefon z klapką.

Nie rejestrowany.

Żartowaliśmy o tym, Snap i ja. On nazwał mnie Scully.

Miał też taki, przez co nie dawał identyfikatora dzwoniącego, gdy do mnie dzwonił. Więc nazwałam go Mulder.

Miałam zamiar do niego zadzwonić.

Nie dlatego, że wciąż pracowałam dla Chaosu. Nie pracowałam.

To oficjalnie zakończyło się na tym cemencie. Zdecydowanie nie dlatego, że chroniłam Bounty. Powiedziałabym policji. Absolutnie, powiedziałabym policji, że klub motocyklowy mojego chłopaka spuścił mi łomot. Nie miało znaczenia, że ​​złamałabym kodeks i wiedziałam o tym. Nie miało znaczenia, że ​​zdradziłabym swojego mężczyznę i zrobiłam to celowo.

Próbowałam go uratować. Ocalić jego braci. Ocalić jego klub.

Ocalić wszystkich.

Mocno zamknęłam oczy, kciuk przesuwał się po telefonie na pamięc, sam znając drogę, tak często dzwoniłam do niego. Dlatego teraz dzwoniłam do niego, a nie pod 911. Wiedziałam, jak się do niego dostać. Do Snappera. I wysiłek był mniejszy. Mogłam wybrać cyfry, żeby połączyć się z nim przez szybkie wybieranie we śnie, więc mogłam to zrobić leżąc na cementowej podłodze, pobita do nieprzytomności i praktycznie niezdolna do ruchu.

Nie mogłam podnieść telefonu do ucha, więc po prostu przesunęłam go przez podłogę bliżej twarzy, słuchając, jak dzwonił.

- Rosie? - odebrał Snap.

Zamknęłam oczy mocniej, gdy zrozumienie uderzyło we mnie z ciosem niemal tak brutalnym, jak każdy cios, który właśnie otrzymałam.

Boże.

Nie zrobiłam tego, żeby uratować Becka. Żeby uratować jego braci, jego klub... wszystkich.

Najpierw zrobiłam to, żeby Beck stał się Shy’em.

A potem zrobiłam to, żeby stał się Snapper’em.

I na koniec zrobiłam to, żeby jego klub stał się Chaosem.

- Rosie? - Baryton Eddiego Veddera Snapa stał się ostrzejszy.

O nie.

Nie.

Czerń znów się wkradała.

- Sss… - to wszystko, co mogłam wykrztusić.

- Rosalie – warknął szorstko, czujnie, zaniepokojony.

- Boli - wyszeptałam.

I wtedy znowu zemdlałam.

*****

Ocknęłam się i odleciałam, udało mi się przeczołgać kilka stóp w stronę drzwi, słysząc dzwonek telefonu, a potem przestałam słyszeć, znowu zadzwonił, przestał, dryfowałam w tę i z powrotem, zanim go usłyszałam.

- Jezu, kurwa, Jezu, kurwa.

Snapper.

- Karetka czy wezwać brata?

Roscoe.

- Rosie, kochanie, jesteś z nami?

To mówił Snap, był blisko mnie, delikatnie odgarniając mi włosy z twarzy.

- Kurwa - warknął Roscoe - Te skurwysyny na nią pluli.

- Rosie, Słonko, jesteś z nami?

Odezwał się mocniej Snap, pozwalając, by gniew przebił się przez niepokój.

Moje powieki zatrzepotały.

- Dobrze, Słonko, dobrze, zostań z nami - rozkazał Snapper.

- Am-em… pu - próbowałam.

- Okej, Słonko, okej, dobrze - Snap mi przerwał, nie zmuszając mnie do większego wysiłku. Następnie zwrócił się do Roscoe - Zadzwoń po karetkę, facet.

Poczułam na sobie ręce, ostrożne, ale nie wahające się, szybkie i szukające. Wydobyło ze mnie jęki, drobne drgnięcia to, gdy trafił w złe miejsce, co wywołało we mnie nowy ból, kłucie i ogień.

- Muszę sprawdzić, Słonko - Snap mruknął przepraszająco, podczas gdy Roscoe rozmawiał przez telefon gdzie indziej - Nie zasypiaj, Rosie. Zostań ze mną, okej?

Nie powiedziałam nic, dopóki nie jęknęłam ponownie, gdy poczułam, jak delikatnie uniósł moją głowę, a następnie oparł ją na czymś, co było o wiele bardziej miękkie niż cement.

Pachniało skórą.

Jego klubowa kurtka.

Leżałam na Chaosie.

Przełknęłam.

Bolało.

Na szczęście Snapper przerwał badanie obrażeń ciała i zaczął głaskać mnie po włosach.

To też bolało.

Roscoe wrócił - Zadzwoniłem na pogotowie. Zadzwoniłem do Tacka. Gdzie jesteśmy z Rosalie?

- Żebra, zdecydowanie. Prawy nadgarstek jest w złym stanie - powiedział mu Snapper, wciąż głaszcząc mnie po włosach.

- Twarz też jest na pewno - powiedział Roscoe wściekłym pomrukiem.

Twarz też.

O tak.

Zdecydowanie zajęli się moją twarzą.

- Oni ją dusili - Roscoe kontynuował, a wściekłość w jego głosie rosła.

To nie było „oni”. To był tylko Beck.

- Czy to byli Bounty? - zapytał Roscoe.

- Oczywiście, że to byli Bounty - rzucił Snapper w napięciu.

- Musimy wiedzieć, bracie - odpowiedział cicho Roscoe.

Poczułam, jak jego ręka odsuwała się od moich włosów, co było ulgą, ale potem jego palce owinęły się wokół moich, co sprawiło, że się skrzywiłam.

Eightball wygiął je tak bardzo do tyłu, jak trzymał mnie, gdy mnie uderzał, że to był cud, że nie pękły.

- Ściśnij raz, jeśli to byli Bounty, Rosie - powiedział Snap.

Nie zamierzałam ściskać. Łatwiej było mówić.

- Tak - wydusiłam.

- Okej, mała, okej - zaintonował, na szczęście jego palce odsunęły się od moich, ale wróciły do ​​moich włosów - Teraz my się tym zajmiemy. Jesteś bezpieczna. Zajmę się tobą.

Nie, nie zajmą się.

On nie zajmie się.

Nikt nie miał się mną opiekować.

Oprócz mnie samej.

Już nigdy.

Mieli to robić wcześniej.

A teraz leżałam na cementowej podłodze, pobita na miazgę.

Ale miałam zamiar zająć się tym.

Dobrze, że tak było.

Tak, miałam tak zrobić.

W końcu.

I to ja miałam to zrobić.

Odwróciłam twarz w stronę kurtki Snapa, jako wskazówkę, że nie powinien już głaskać mnie po włosach, by w ten sposób powiedzieć mu, żeby się ode mnie odczepił, żeby zostawił mnie w karetce, żeby zostawił mnie w spokoju, żeby zostawił w spokoju moje włosy, to miejsce, moje życie.

Ale materiał zahaczył o mój spuchnięty nos i wyrwało mi się jęknięcie.

- Kochanie - wyszeptał, poczułam to blisko, jakby wokół mnie – …trzymaj się mocno. Nie ruszaj się. Pomoc wkrótce nadejdzie.

Pomoc wkrótce nadejdzie.

Będę w karetce.

Potem będę w szpitalu.

Będąc tam, porozmawiam z policją.

W końcu wrócę do domu i będę żyła w strachu przed tym, co zrobi mi klub motocyklowy mojego chłopaka, po tym jak wniosę przeciwko nim oskarżenie o to, że mnie pobili.

Co mogłoby być gorszego od tego?

Nie wiedziałam.

Nie chciałam się dowiedzieć.

Ale było duże prawdopodobieństwo, że to zrobię.

Nie mogłam o tym myśleć.

Więc zamiast tego pomyślałam o tym, że tak naprawdę nie mogłam wrócić do domu. Musiałam wyprowadzić się z tego, który dzieliłam z Beckiem, ale mogłam to zrobić dopiero po tym, jak zorientowałabym się, gdzie do cholery miałabym pójść.

To było za dużo. Ból. Upokorzenie. Nudności, które zaczynały narastać. Myśli przelatujące przez mój mózg, walczące o dominację. Łza wypłynęła z mojego oka, wsiąkając w wyściółkę kurtki Snapa.

Następna przesunęła się po grzbiecie mojego nosa tą samą trajektorią.

Poczułam, jak jakaś część jego musnęła moje ramię.

Jego klatka piersiowa, jak zgadywałam, bo poczułam jego czoło lekko przyciśnięte do boku mojej głowy i usłyszałam, jak jego usta przy moim uchu, mówiące tym jego głębokim głosem, niskim i uroczystym, obiecywały - Teraz cię chronię, mała. Mam cię. Nic cię już nigdy nie zrani. Nic, Rosie. Nie pozwolę. Nic, kochanie. Ani jedna rzecz.

Kolejna łza przesunęła się po grzbiecie mojego nosa.

I usłyszałam syreny.

*****

Snapper

- Spokój, bracie - powiedział mu do ucha Hop.

Snapper przyparł Specka do ściany, ich nosy były tak blisko siebie, że ich końcówki się stykały, dłoń Snapa zacisnęła się na jego gardle, ściskając... ściskając. Pracowało nad nim trzech braci, próbując go odciągnąć, ale on miał idealnie wymierzony ciężar, napinając się i nie ruszył się.

Speck wpatrywał się w jego oczy, nie ruszając się.

- Snap, stary, wszyscy cię rozumieją - powiedział Rush przekonująco.

- Speck zdecydowanie rozumie. Odsuń się, stary - Potem zrobił pauzę, szarpnął ramieniem wokół klatki piersiowej Snapa - Odsuń się, bracie.

- Byłeś na niej – wtrącił Snapper.

Speck po prostu patrzył mu w oczy, a jego twarz była tak czerwona, że aż zsiniała.

- Miałeś się nią opiekować – kontynuował Snap.

- On wie, Snap, spójrz na niego. Odsuń się - rozkazał Joker.

Snapper nie przestawał ściskać.

Speck mu na to pozwalał.

- Bracie, zawiódł. On to wie. Zajmiemy się tym później. Mamy tu dwa priorytety. Rosalie. I rozrachunek z Bounty.

Na głos Tacka, ich przywódcy, prezesa Klubu Motocyklowego Chaos, Snap odepchnął się od Specka, puścił go i uwolnił się z uścisków Hopa, Jokera i Rusha.

W sekundzie, w której poczuł, że zaczynali się oddalać, wrócił do tego, waląc pięścią w ścianę obok głowy Specka, czując, jak pękają mu kostki, a ramię Jokera obejmuje go, aby go dusić.

Ale Speck nawet nie drgnął.

Zanim zdążył wykonać ruch, postawić stopy i przerzucić Joke'a przez ramię, aby wydostać się z uścisku, wkroczył High, złapał Specka za kark i odciągnął go od ściany, z dala od Snappera, poza jego zasięg.

- Zabierz ode mnie ręce – Snapper warknął do Jokera.

Joker zawahał się przez chwilę, czując, jak Snap manewrował nogami, aby wyrwać się z uścisku, ale kiedy High miał Specka poza zasięgiem, puścił go.

Joke trzymał się blisko, podobnie jak Hop i Rush, a oczy Snappera nie odrywały się od Specka.

- Ona robiła to gówno dla nas - powiedział Speckowi i wszystkim zgromadzonym coś, co wiedzieli - Obiecaliśmy, że będziemy ją kryli, a wtedy ty byłeś za to odpowiedzialny. Miałeś ją kryć.

- On o tym wie. Wszyscy o tym wiemy - potwierdził Boz  Wszyscy to czujemy.

Snap zwrócił się do Boza - Tak? Zgadnij, kto w tej chwili czuje to najbardziej.

Boz skrzywił się.

- Tak – wycedził Snap - A ty nawet jej nie widziałeś, stary. Jest obita jak gówno. Gdyby nie miała na sobie fartucha kelnerki i gdybym nie zobaczył jej włosów, to bym jej, kurwa, nie poznał.

- Kurwa – wyszeptał Shy.

Snapper rzucił Shy’owi spojrzenie, ale pozwolił sobie na to tylko jednym zerknięciem.

Rosie kiedyś należała do Shy’a. Zostawił ją, związał się z Tab, zanim tak naprawdę zakończył związek z Rosalie. Zranił ją mocno. Wysłał ją prosto do Bounty.

Do Throttle’a.

Nie chciała, żeby był w szpitalu. Chciała, żeby on i Roscoe zniknęli. Ale on usłyszał. Słyszał, że to Throttle dostarczył jej tyłek swoim braciom, po tym jak zorientował się, że Rosie donosiła o manewrowaniu Bounty z wrogiem Chaosu.

Ona tylko chciała, żeby jej facet był czysty. Czysty i wolny od czegoś, co miało dwa zakończenia, jedno lub drugie pewne: albo go by to zabiło, albo uwięziło.

Wyglądało na to, że Rosie miała zły gust, jeśli chodzi o mężczyzn.

To miało się zmienić.

- Jedziemy na Bounty czy co? - warknął Hound.

- Są udupieni. Połowa z nich wyszła za kaucją, a Snap mówił, że pierwszą rzeczą, o którą Rosie poprosiła, gdy zadzwonił na pogotowie, była policja — zauważył Rush.

Hound zrozumiał słowa Rusha, a następnie powtórzył do wszystkich w pomieszczeniu - Jedziemy na Bounty czy co?

- Jedziemy na Bounty.

To było ciche. Ciche i złowrogie.

Od Tacka.

Snapper ruszył pierwszy, szarpnął drzwi do sali konferencyjnej Klubu i wbiegł prosto na Tabithę Cage.

Żonę Shy’a.

Córkę Tacka.

- To prawda? - warknęła.

- Zejdź mi z drogi, Tab - powiedział cicho.

Jej wzrok przesunął się poza niego i zażądała - Powiedz mi, że to nieprawda.

- Kochanie, właśnie nad tym pracujemy – powiedział jej ojciec.

Cofnęła się o krok i oświadczyła - Tak. A ja jadę z Shy’em.

– Hm, co powiedziałaś? - Boz mruknął zza Snapa.

- Nie mamy czasu na to, mała - syknął Snapper.

– Właściwie to nie, kochanie. Mamy pracę do wykonania – powiedział Shy.

– Ty też się tym nie zajmujesz – oznajmił Tack.

Shy zwrócił się do swojego teścia.

- Powtórzysz? – zapytał.

- Zostajecie tutaj – zadekretował Tack.

Poważnie to robili?

Teraz?

Rosalie wciąż była w tym cholernym szpitalu. Zatrzymali ją tam na noc.

Miał tyłki do skopania i kobietę, do której musiał wrócić.

- Kto jedzie, ten jedzie, a kto nie, ten zostaje – zaczął Snapper i odwrócił głowę do Tab – …a ty nie jedziesz.

- Kto tak powiedział? – zapytała.

- Ja tak mówię – odpalił.

- Przepraszam, ale ona jest siostrą, która ryzykowała życie dla Klubu, a ja jestem siostrą, która pójdzie skopać im tyłki w odwecie. Zbieranie gangu, żeby pobić dziewczynę? Słabe. Słabe i żałosne – odparła Tab.

- Nie masz dziecka, którym musisz się zająć? – zapytał Roscoe z większą ciekawością niż odmową, a jej zmrużone oczy zwróciły się w jego stronę.

Potem podniosła dłoń, której palce zaciśnięte były na mosiężnym kastecie. Kasecie Shy’a. Hound dawał każdemu bratu takie w chwili, gdy zasłużyli na naszywkę. Na wierzchu wyryto emblemat Chaosu, a nad każdym zgięciem litery układały się w jedno ze słów dewizy Chaosu: Wiatr, Ogień, Jazda lub Wolność.

Shy odczytał „Wiatr”.

Snapper powiedział „Jazda”.

- Nie masz nosa, który mogłabym złamać? - zapytała Roscoe.

Snapper usłyszał ponury chichot Hound’a.

- Mała, oddaj mi mój kastet - mruknął Shy.

- Jadę! - krzyknęła.

- Nie jedziesz i Shy zostaje tutaj, ale reszta z nas jedzie - oświadczył Tack.

- Tato! - krzyknęła.

- Tack - warknął Shy.

- Tabby, chcesz pomóc, nie zatrzymuj nas, mamy gówno do zrobienia - warknął Tack, a potem dodał - I myślę, że rozumiesz, że to dość ważne - Zwrócił się do Shy’a - Aby zrobić to, co musimy zrobić, potrzebujesz się kontrolować. Nie będziesz mieć kontroli.

- Tak, jakby Snap miał kontrolę - mruknął Boz.

Snap poczuł, jak jego szyja zrobiła się napięta, bo był gotowy do pokonania brata, nawet jeśli tym bratem był Tack, by odjechać na Bounty.

Ale oczy Tacka powoli przeniosły się na Snappera i zagrzmiał - Snap jedzie.

- Czy to może się zdarzyć teraz? - zapytał sarkastycznie Snapper.

- Jedna z kobiet Chaosu musi złożyć oświadczenie - oznajmiła Tab.

- Chryste - syknął Snapper - Czy można sprawić, by to głupie gówno zostało za nami?

- Dlaczego głupie? - ​​odparła Tab - Bo jestem dziewczyną?

- Uh - pochylił się ku niej - …tak.

Pochyliła się ku niemu - To właśnie nazywam głupim gównem.

- Złożymy twoje oświadczenie za ciebie - wtrącił Hound.

Tab odwróciła wzrok w stronę Hound’a, a nawet Snapper stracił trop z tym, co się działo i zwrócił uwagę na wyraz, który wypełzł na jej śliczną twarz.

- Nie przykładasz pięści do kobiety Chaosu - wyszeptała - Wy, faceci, macie niepokojący trend, jeśli chodzi o wasze kobiety, które są wplątane w wasze gówno. Więc kobieta Chaosu musi wykazać się, a Tyra może złamać obcas, Lanie może złamać paznokieć, Carissa prawdopodobnie nawet nie wie, jak zacisnąć pięść, Millie już przeszła swoją traumę, Sheila jest na Western Slope[2], a Bev jest w pracy, więc to moja sprawa i jadę.

Tack skończył z tym.

Snap też.

Tack zaczął to przed nim.

- Zajmij się swoją kobietą – rozkazał Shy’owi - Rosalie zgłosiła incydent, musimy do nich dotrzeć, zanim zrobi to policja. Nie mamy na to czasu. Będziemy potrzebowali kaucji, ty i Pete się tym zajmiecie - Skończył z Shy’em i spojrzał przez ramię na swoich braci - Reszta, jedziemy.

- Tato! – krzyknęła Tab, ale Shy objął ją ramieniem, gdy reszta braci wytoczyła się z pomieszczeń.

Przeszli przez pokój wspólny Kompleksu do swoich motocykli ustawionych w rzędzie z przodu przed nim.

Kiedy wyruszyli w drogę, Tack był na czele, Hop za nim, a High jechał obok Hopa, gdzie zwykle jechał Shy, jako jeden z poruczników Tacka (z Hop’em) i jako sierżant broni klubu. Ale High dał znak Hop’owi i ten wycofał się.

Następnie skinął na Snapa, który na to podjechał do przodu.

Ze wszystkich, nie żeby zostawił wiele wątpliwości, spychając Specka tak jak to zrobił, High wiedział, co myślał on o Rosalie.

Zajęcie tego miejsca w formacji miało ogromne znaczenie.

Była późna zima. Zimno. Ciemno. Noc już dawno zapadła.

Ale Bounty będą wiedzieli, że nadchodzą.

Będą przygotowani.

Będą gotowi.

Będą czekać.

I byli.

*****

Snapper wyczuł, że się budziła, i spojrzał na nią znad górnej krawędzi książki.

Odepchnął to uczucie napięcia i gorąca, które wezbrało mu w środku.

Rozłożyli Bounty na łopatki.

Po obu stronach było mnóstwo złości.

Ale Chaos miał doświadczenie i umiejętności. Joke walczył kiedyś na podziemnym ringu. Hound, jak podejrzewał Snap, pił krew na śniadanie i jadł gwoździe na kolację, a poza tym wszyscy byli szaleńcami. Boz był pół-szalony, ale to była dobra połowa, jeśli chodziło o walkę. High i Tack mieli kobiety, na których im zależało, zamieszane w gównianym gównie, High ostatnio, Tack niekoniecznie, ale to gówno nigdy nie znikało, więc byli również zaangażowani w rozwiązywanie problemów. Rush całkiem za bractwem, a kiedy bractwo miało misję, nawet jeśli się z nią nie zgadzał, zawsze był w pełni zaangażowany w jej wykonanie. Hop zawsze był ich człowiekiem walki wręcz. Grał w zespole rockowym, ale, szczerze mówiąc, sposób, w jaki ten facet używał pięści, mógł być pretendentem do pierwszego miejsca. Roscoe widział Rosalie. Speck musiał nadrobić zaległości.

A Snapper miał motywację.

Ta motywacja była tuż obok, leżała na szpitalnej poduszce.

Jej piękna twarz była obrzmiała, oczy opuchnięte, usta popękane, nos ogromny, złamany i tak zaklejony. Czerwień i plamy ustąpiły miejsca głębokiej, rodzynkowo fioletowej czerni, rozlanej głównie wokół oczu. Były tam jaskrawe zadrapania i głębokie rany, które świadczyły o tym, że Bounty nie zawracali sobie głowy zdejmowaniem pierścionków. Miała zszyte ciało nad i przez jej lewą brew, wzdłuż tej strony szczęki, i wiedział, pod bandażem na jej nosie, wzdłuż lewej strony jego grzbietu.

Jej gardło było usiane siniakami we wściekłym kolorze dżemu. Wzdłuż lewej strony i na górze tchawicy znajdowały się wyraźne, cięższe przebarwienia, gdzie Throttle wbił opuszki palców tak okrutnie, jakby chciał rozerwać jej gardło.

Snap nie potrafił powiedzieć, skąd wiedział, że była przytomna. Jej oczy były teraz tak opuchnięte, że nie były otwarte, bo nie mogła ich otworzyć. Ale tak jak wcześniej, zobaczył, jak jej długie rzęsy trzepotały, więc zamknął książkę, odłożył ją na bok i pochylił się ku niej.

- Hej - wyszeptał.

Jej głowa była odwrócona na bok, w jego kierunku.

Przekręciła ją, by być zwróconą w drugą stronę.

Snapper wyciągnął palce, ale zgiął je, zanim je zwinął wokół jej dłoni. Była również spuchnięta i poznaczona siniakami, wszystkie kostki miała rozcięte i obolałe.

Nie poczuł nic.

Rozważył swój następny ruch.

Nie zamierzał zmuszać jej do dalszych prób ucieczki, okrążając łóżko.

Zamiast tego pochylił się nad nią.

- Chcesz trochę prywatności, Rosie? - zapytał.

Nic nie powiedziała, tylko odwracała swoją poobijaną twarz.

- Mała, opuchlizna zejdzie, siniaki znikną i będziesz tak samo piękna… - zaczął zapewniać.

- Wynoś się - szepnęła.

Kurwa.

Kurwa!

- Rosie…

- Wynoś się - powtórzyła, wciąż cicha, krucha.

- Chcemy mieć cię na oku - powiedział jej.

- Nie - odpowiedziała.

Snap nachylił się bliżej - Słonko…

Odwróciła głowę tak, że leżała prosto na poduszce, a on zobaczył, że naciągnęła i zacisnęła wargi, pokazując mu w ten sposób, że to sprawiało jej ból.

Nie dowalili Bounty wystarczająco.

Nie wystarczająco.

Nadal mówiła słabo, ale nie poddała się - Nie chcę tu Chaosu. Nie chcę ciebie. Wynoś się.

- Rosie, dorwaliśmy ich, a potem policja ich dorwała, więc jesteś bezpieczna, Słonko. Ale chcę się upewnić, że jesteś bezpieczna, więc…

- Nigdy więcej nie chcę cię widzieć.

Snap zamarł.

- Wynoś się - powtórzyła.

- Rosie - wyszeptał.

- Everett, idź.

Wyciągnęła ciężkie działa, jego prawdziwe imię.

To było poważniejsze niż to, niż wcześniej wiedział, że było.

Spróbował ponownie, głównie dlatego, że nie mógł się poddać.

- Wpakowaliśmy się w gówno Specka, Rosie. Bracia są wkurzeni. Najechaliśmy na Bounty. Wszyscy, uznaliśmy cię za jedną z naszych. To nie mogło się ostać, Rosalie.

- Nie powiem tego więcej - wyszeptała - Za pięć sekund wcisnę guzik wzywający pomoc.

Położył dłoń na jej dłoni, która naprawdę znajdowała się na pilocie z przyciskiem przywołania.

Wyciągnęła ją, zabierając tym ruchem pilota i znów zacisnęła usta.

Nie nalegał.

Spróbował innej taktyki.

Posłał jej uśmiech – No dalej, Scully. To ja. Wiesz, że masz...

To było niewłaściwe posunięcie.

- Nie jestem Scully, a ty zdecydowanie nie jesteś Mulder. Nie walczymy o prawdę, wspierając się wzajemnie.

Gówno, to było bolesne cięcie.

Pochylił się ku niej - Mała, to nie dotyczy Specka. Wiem, jak to jest między nami, co mamy… zawiodłem. Zawiodłem, pilnując…

- Skończone, Everett. To już koniec. Jestem poza tym. A ty musisz odejść.

Snap otwierał usta.

Podniosła pilota.

Nadeszła pora, żeby wyciągnął z siebie to wielkie gówno.

- Jestem głęboko w tobie zakochany – przyznał cicho.

- Więc się odkochaj – odpowiedziała cicho, ale jej głos był chropowaty, brzydki i to nie tylko dlatego, że miała gardło zgniecione jak gówno.

- Teraz już pójdę, ale wrócę – powiedział jej.

- Nie rób tego.

- Będę się tobą opiekował.

- Nie, nie będziesz.

- Jeszcze nie skończyliśmy, ty i ja.

- Tak... my... skończyliśmy.

Przysunął się tak blisko, jak tylko mógł.

I to tam wyłożył.

- Zakochałem się w tobie, gdy byłaś z Shy’em i jeśli myślisz, że teraz, gdy najbardziej mnie potrzebujesz, teraz, gdy w końcu, kurwa, w końcu mam wolną drogę, poddam się, pomyśl jeszcze raz, Rosie. Jesteś zraniona i wkurzona i ja to rozumiem. Ale cię nie porzucę. Nie obchodzi mnie, w jaki sposób będę cię miał w swoim życiu: czy jako moją, czy w jakikolwiek inny sposób, w jaki pozwolisz mi tam być, ale jakkolwiek to będzie, nie poddam się. Nigdy, Rosalie. Nie zrezygnuję z ciebie. Będziesz w moim życiu, a ja będę w twoim. Masz to na sto procent.

Wyjaśnił jej to, bo musiał, a ona musiała to pojąć.

Ale nie naciskał dalej.

Podniósł się, pocałował ją w czoło, wyprostował się, chwycił swoją książkę...

I odszedł.

Na razie.


 



[1] Throttle - ang. przepustnica, dławiący, zdusić

[2] Western Slope - potoczne określenie powszechnie rozumiane do opisania części stanu Kolorado, miejsce turystyczne i wypoczynkowe.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz