PROLOG
Ból
Splunął na mnie.
Poczułam, jak to wylądowało na boku
mojej brody i ześlizgnęło się w dół.
Nie poruszyłam się, żeby to wytrzeć.
Nie mogłam.
Leżałam
na boku, zwinięta w kłębek, a ból krzyczał przeze mnie. Wszystko to - a było go
dużo - domagało się uwagi, więc nie mogłam się skoncentrować, nie mogłam
myśleć, nie mogłam się ruszyć, żeby nie było gorzej. Nie mogłam nic zrobić,
tylko leżeć i modlić się, żeby to się skończyło.
Nie
skończyło.
Pochylił
się nade mną, złapał mnie za włosy, szarpnął za nie i poczułam, jak jego gorący
oddech wionął mi w twarz.
-
Zobaczymy, czy teraz cię zechce, ty głupia suko - syknął.
Puścił
moje włosy i poczułam, jak się cofał, ale jeszcze nie skończył.
Kopnął
mnie tak mocno, a jego stopa była w ciężkim, motocyklowym bucie, że moje ciało
przesunęło się po cemencie.
Byłam
już za mało przytomna, żeby choćby jęknąć.
Poczułam,
jak coś odbijało się od mojego biodra, uderzyło o posadzkę, a potem jego głos
powrócił, tym razem z dalszej odległości.
–
Oto masz, mała - wycedził - Twój kontakt z Chaosem. My z tobą skończyliśmy. Ja skończyłem z tobą. Teraz oni mogą cię
mieć.
Słyszałam
odgłos ciężkich butów na cemencie, nie tylko jego, ale też jego braci z klubu
Bounty. Gdy mnie mijali, otrzymałam jeszcze kilka kopnięć. Jeden z nich złapał
mnie za spód szczęki i wepchnął moją głowę tyłem w posadzkę, również plując,
uderzając mnie w szyję.
A
potem zniknęli.
Leżałam
tam, skupiając się na oddychaniu i kontynuowaniu oddychania, mimo że każdy
oddech był nie tylko wysiłkiem, ale i agonią. Strach, który poczułam wcześniej,
kiedy mnie zabrał, po tym jak mnie
wziął, jak mnie potraktował i wiedziałam, że to rozgryzł, rozwiał się, gdy jego
miejsce zajął ból. Teraz powrócił strach, że wrócą i dadzą mi więcej.
On wróci.
Throttle[1].
Nie,
dla mnie był Beckiem. Moim chłopakiem. Gerardem Beckiem. Nienawidził imienia
Gerard, więc wszyscy mówili na niego Beck. Przez całe jego życie. Albo od
czasu, kiedy mógł tego wymagać i nie pozwalać na nic innego. Nawet jego matka
nazywała go Beckiem.
Dopóki
nie dostał klubowego pseudonimu Throttle. Wszyscy jego bracia tak go nazywali.
Kiedy byłam z nim, kiedy był ze swoimi braćmi, ja też go tak nazywałam.
Ale
kiedy byliśmy sami, w domu, był Beckiem.
Moim
Beckiem.
Moim
mężczyzną. Moim kochankiem. Moim obrońcą. Moją
przyszłością.
Mężczyzną,
który właśnie na mnie splunął i kopnął mnie.
Ale
wcześniej zrobił więcej.
Zabrał
mnie z pracy i dostarczył prosto do nich, dokładnie tam, gdzie się znajdowałam.
Nawet to zaczął, dusił mnie, aż pomyślałam, że stracę przytomność, a potem
uderzył mnie w skroń, potem w szczękę, a potem w kość policzkową.
Throttle.
To
imię zostało mu nadane z jakiegoś powodu, ale nie z powodu, dla którego teraz
stał się Throttle dla mnie.
Mocno
zacisnęłam oczy, otworzyłam je, sięgnęłam po telefon, który mi rzucił i
wytrzymałam ogromny ból, który mnie przeszył, pozostawiając mnie jeszcze bardziej
rozdartą, co, gdyby mój mózg miał miejsce na przetworzenie czegokolwiek więcej,
uznałabym za nie do pomyślenia.
Moje
palce zacisnęły się na telefonie i wypuściłam małe oddechy, które były trudne
do zniesienia, bo każdy z nich wysyłał ogień przez moje wnętrze. Więc
spróbowałam głębokich oddechów, a te były gorsze, bo ogień trwał jeszcze
dłużej.
Strach
mieszał się z resztą, gdy próbowałam skupić się na poruszeniu kciukiem, by uaktywnić
telefon, ale zobaczyłam, że czerń wkradała się do kącików moich oczu.
Nie
mogłam zemdleć.
Musiałam
wezwać pomoc.
Musiałam
się stamtąd wydostać.
Moje
ciało miało różne pomysły, wysyłając wiadomość do mojego mózgu, że to było za
dużo, nie mogło znieść więcej.
Więc
zemdlałam.
*****
Ocknęłam
się oszołomiona i zdezorientowana.
Czułam
ból, smród pomieszczenia, dotyk cementu pode mną, co sprawiło, że wszystko to
wróciło wraz z paniką.
Nie
mając pojęcia, jak długo byłam nieprzytomna, czując telefon spoczywający w
mojej dłoni, aż jęknęłam z wysiłku, by go podnieść, owinąć wokół niego palce,
użyć kciuka, by go otworzyć.
Był
to stary telefon z klapką.
Nie
rejestrowany.
Żartowaliśmy
o tym, Snap i ja. On nazwał mnie Scully.
Miał
też taki, przez co nie dawał identyfikatora dzwoniącego, gdy do mnie dzwonił.
Więc nazwałam go Mulder.
Miałam
zamiar do niego zadzwonić.
Nie
dlatego, że wciąż pracowałam dla Chaosu. Nie pracowałam.
To
oficjalnie zakończyło się na tym cemencie. Zdecydowanie nie dlatego, że chroniłam
Bounty. Powiedziałabym policji. Absolutnie, powiedziałabym policji, że klub
motocyklowy mojego chłopaka spuścił mi łomot. Nie miało znaczenia, że złamałabym
kodeks i wiedziałam o tym. Nie miało
znaczenia, że zdradziłabym swojego mężczyznę
i zrobiłam to celowo.
Próbowałam
go uratować. Ocalić jego braci. Ocalić jego klub.
Ocalić
wszystkich.
Mocno
zamknęłam oczy, kciuk przesuwał się po telefonie na pamięc, sam znając drogę, tak
często dzwoniłam do niego. Dlatego teraz dzwoniłam do niego, a nie pod 911.
Wiedziałam, jak się do niego dostać. Do Snappera. I wysiłek był mniejszy.
Mogłam wybrać cyfry, żeby połączyć się z nim przez szybkie wybieranie we śnie,
więc mogłam to zrobić leżąc na cementowej podłodze, pobita do nieprzytomności i
praktycznie niezdolna do ruchu.
Nie
mogłam podnieść telefonu do ucha, więc po prostu przesunęłam go przez podłogę
bliżej twarzy, słuchając, jak dzwonił.
-
Rosie? - odebrał Snap.
Zamknęłam
oczy mocniej, gdy zrozumienie uderzyło we mnie z ciosem niemal tak brutalnym,
jak każdy cios, który właśnie otrzymałam.
Boże.
Nie
zrobiłam tego, żeby uratować Becka. Żeby uratować jego braci, jego klub...
wszystkich.
Najpierw
zrobiłam to, żeby Beck stał się Shy’em.
A
potem zrobiłam to, żeby stał się Snapper’em.
I
na koniec zrobiłam to, żeby jego klub stał się Chaosem.
-
Rosie? - Baryton Eddiego Veddera Snapa stał się ostrzejszy.
O
nie.
Nie.
Czerń
znów się wkradała.
-
Sss… - to wszystko, co mogłam wykrztusić.
-
Rosalie – warknął szorstko, czujnie, zaniepokojony.
-
Boli - wyszeptałam.
I
wtedy znowu zemdlałam.
Ocknęłam
się i odleciałam, udało mi się przeczołgać kilka stóp w stronę drzwi, słysząc
dzwonek telefonu, a potem przestałam słyszeć, znowu zadzwonił, przestał,
dryfowałam w tę i z powrotem, zanim go usłyszałam.
-
Jezu, kurwa, Jezu, kurwa.
Snapper.
-
Karetka czy wezwać brata?
Roscoe.
-
Rosie, kochanie, jesteś z nami?
To
mówił Snap, był blisko mnie, delikatnie odgarniając mi włosy z twarzy.
-
Kurwa - warknął Roscoe - Te skurwysyny na nią pluli.
-
Rosie, Słonko, jesteś z nami?
Odezwał
się mocniej Snap, pozwalając, by gniew przebił się przez niepokój.
Moje
powieki zatrzepotały.
-
Dobrze, Słonko, dobrze, zostań z nami - rozkazał Snapper.
-
Am-em… pu - próbowałam.
-
Okej, Słonko, okej, dobrze - Snap mi przerwał, nie zmuszając mnie do większego
wysiłku. Następnie zwrócił się do Roscoe - Zadzwoń po karetkę, facet.
Poczułam
na sobie ręce, ostrożne, ale nie wahające się, szybkie i szukające. Wydobyło ze
mnie jęki, drobne drgnięcia to, gdy trafił w złe miejsce, co wywołało we mnie
nowy ból, kłucie i ogień.
-
Muszę sprawdzić, Słonko - Snap mruknął przepraszająco, podczas gdy Roscoe
rozmawiał przez telefon gdzie indziej - Nie zasypiaj, Rosie. Zostań ze mną,
okej?
Nie
powiedziałam nic, dopóki nie jęknęłam ponownie, gdy poczułam, jak delikatnie uniósł
moją głowę, a następnie oparł ją na czymś, co było o wiele bardziej miękkie niż
cement.
Pachniało
skórą.
Jego
klubowa kurtka.
Leżałam
na Chaosie.
Przełknęłam.
Bolało.
Na
szczęście Snapper przerwał badanie obrażeń ciała i zaczął głaskać mnie po
włosach.
To
też bolało.
Roscoe
wrócił - Zadzwoniłem na pogotowie. Zadzwoniłem do Tacka. Gdzie jesteśmy z
Rosalie?
-
Żebra, zdecydowanie. Prawy nadgarstek jest w złym stanie - powiedział mu
Snapper, wciąż głaszcząc mnie po włosach.
-
Twarz też jest na pewno - powiedział Roscoe wściekłym pomrukiem.
Twarz
też.
O
tak.
Zdecydowanie
zajęli się moją twarzą.
-
Oni ją dusili - Roscoe kontynuował, a wściekłość w jego głosie rosła.
To
nie było „oni”. To był tylko Beck.
-
Czy to byli Bounty? - zapytał Roscoe.
-
Oczywiście, że to byli Bounty - rzucił Snapper w napięciu.
-
Musimy wiedzieć, bracie - odpowiedział cicho Roscoe.
Poczułam,
jak jego ręka odsuwała się od moich włosów, co było ulgą, ale potem jego palce
owinęły się wokół moich, co sprawiło, że się skrzywiłam.
Eightball
wygiął je tak bardzo do tyłu, jak trzymał mnie, gdy mnie uderzał, że to był
cud, że nie pękły.
-
Ściśnij raz, jeśli to byli Bounty, Rosie - powiedział Snap.
Nie
zamierzałam ściskać. Łatwiej było mówić.
-
Tak - wydusiłam.
-
Okej, mała, okej - zaintonował, na szczęście jego palce odsunęły się od moich,
ale wróciły do moich włosów
- Teraz my się tym zajmiemy. Jesteś bezpieczna.
Zajmę się tobą.
Nie,
nie zajmą się.
On nie zajmie się.
Nikt
nie miał się mną opiekować.
Oprócz
mnie samej.
Już
nigdy.
Mieli
to robić wcześniej.
A
teraz leżałam na cementowej podłodze, pobita na miazgę.
Ale
miałam zamiar zająć się tym.
Dobrze,
że tak było.
Tak,
miałam tak zrobić.
W
końcu.
I
to ja miałam to zrobić.
Odwróciłam
twarz w stronę kurtki Snapa, jako wskazówkę, że nie powinien już głaskać mnie
po włosach, by w ten sposób powiedzieć mu, żeby się ode mnie odczepił, żeby
zostawił mnie w karetce, żeby zostawił mnie w spokoju, żeby zostawił w spokoju
moje włosy, to miejsce, moje życie.
Ale
materiał zahaczył o mój spuchnięty nos i wyrwało mi się jęknięcie.
-
Kochanie - wyszeptał, poczułam to blisko, jakby wokół mnie – …trzymaj się
mocno. Nie ruszaj się. Pomoc wkrótce nadejdzie.
Pomoc
wkrótce nadejdzie.
Będę
w karetce.
Potem
będę w szpitalu.
Będąc
tam, porozmawiam z policją.
W
końcu wrócę do domu i będę żyła w strachu przed tym, co zrobi mi klub
motocyklowy mojego chłopaka, po tym jak wniosę przeciwko nim oskarżenie o to,
że mnie pobili.
Co
mogłoby być gorszego od tego?
Nie
wiedziałam.
Nie
chciałam się dowiedzieć.
Ale
było duże prawdopodobieństwo, że to zrobię.
Nie
mogłam o tym myśleć.
Więc
zamiast tego pomyślałam o tym, że tak naprawdę nie mogłam wrócić do domu.
Musiałam wyprowadzić się z tego, który dzieliłam z Beckiem, ale mogłam to
zrobić dopiero po tym, jak zorientowałabym się, gdzie do cholery miałabym pójść.
To
było za dużo. Ból. Upokorzenie. Nudności, które zaczynały narastać. Myśli
przelatujące przez mój mózg, walczące o dominację. Łza wypłynęła z mojego oka,
wsiąkając w wyściółkę kurtki Snapa.
Następna
przesunęła się po grzbiecie mojego nosa tą samą trajektorią.
Poczułam,
jak jakaś część jego musnęła moje ramię.
Jego
klatka piersiowa, jak zgadywałam, bo poczułam jego czoło lekko przyciśnięte do
boku mojej głowy i usłyszałam, jak jego usta przy moim uchu, mówiące tym jego
głębokim głosem, niskim i uroczystym, obiecywały - Teraz cię chronię, mała. Mam
cię. Nic cię już nigdy nie zrani. Nic, Rosie. Nie pozwolę. Nic, kochanie. Ani
jedna rzecz.
Kolejna
łza przesunęła się po grzbiecie mojego nosa.
I
usłyszałam syreny.
*****
Snapper
-
Spokój, bracie - powiedział mu do ucha Hop.
Snapper
przyparł Specka do ściany, ich nosy były tak blisko siebie, że ich końcówki się
stykały, dłoń Snapa zacisnęła się na jego gardle, ściskając... ściskając. Pracowało nad nim trzech
braci, próbując go odciągnąć, ale on miał idealnie wymierzony ciężar, napinając
się i nie ruszył się.
Speck
wpatrywał się w jego oczy, nie ruszając się.
-
Snap, stary, wszyscy cię rozumieją - powiedział Rush przekonująco.
-
Speck zdecydowanie rozumie. Odsuń się, stary - Potem zrobił pauzę, szarpnął
ramieniem wokół klatki piersiowej Snapa - Odsuń
się, bracie.
-
Byłeś na niej – wtrącił Snapper.
Speck
po prostu patrzył mu w oczy, a jego twarz była tak czerwona, że aż zsiniała.
-
Miałeś się nią opiekować – kontynuował Snap.
-
On wie, Snap, spójrz na niego. Odsuń się - rozkazał Joker.
Snapper
nie przestawał ściskać.
Speck
mu na to pozwalał.
-
Bracie, zawiódł. On to wie. Zajmiemy się tym później. Mamy tu dwa priorytety.
Rosalie. I rozrachunek z Bounty.
Na
głos Tacka, ich przywódcy, prezesa Klubu Motocyklowego Chaos, Snap odepchnął
się od Specka, puścił go i uwolnił się z uścisków Hopa, Jokera i Rusha.
W
sekundzie, w której poczuł, że zaczynali się oddalać, wrócił do tego, waląc
pięścią w ścianę obok głowy Specka, czując, jak pękają mu kostki, a ramię
Jokera obejmuje go, aby go dusić.
Ale
Speck nawet nie drgnął.
Zanim zdążył wykonać ruch, postawić
stopy i przerzucić Joke'a przez ramię, aby wydostać się z uścisku, wkroczył
High, złapał Specka za kark i odciągnął go od ściany, z dala od Snappera, poza
jego zasięg.
-
Zabierz ode mnie ręce – Snapper warknął do Jokera.
Joker
zawahał się przez chwilę, czując, jak Snap manewrował nogami, aby wyrwać się z
uścisku, ale kiedy High miał Specka poza zasięgiem, puścił go.
Joke
trzymał się blisko, podobnie jak Hop i Rush, a oczy Snappera nie odrywały się
od Specka.
-
Ona robiła to gówno dla nas - powiedział Speckowi i wszystkim zgromadzonym coś,
co wiedzieli - Obiecaliśmy, że będziemy ją kryli, a wtedy ty byłeś za to odpowiedzialny.
Miałeś ją kryć.
-
On o tym wie. Wszyscy o tym wiemy - potwierdził Boz Wszyscy to czujemy.
Snap
zwrócił się do Boza - Tak? Zgadnij, kto w tej chwili czuje to najbardziej.
Boz
skrzywił się.
-
Tak – wycedził Snap - A ty nawet jej nie widziałeś, stary. Jest obita jak gówno.
Gdyby nie miała na sobie fartucha kelnerki i gdybym nie zobaczył jej włosów, to
bym jej, kurwa, nie poznał.
-
Kurwa – wyszeptał Shy.
Snapper
rzucił Shy’owi spojrzenie, ale pozwolił sobie na to tylko jednym zerknięciem.
Rosie
kiedyś należała do Shy’a. Zostawił ją, związał się z Tab, zanim tak naprawdę
zakończył związek z Rosalie. Zranił ją mocno. Wysłał ją prosto do Bounty.
Do
Throttle’a.
Nie
chciała, żeby był w szpitalu. Chciała, żeby on i Roscoe zniknęli. Ale on usłyszał.
Słyszał, że to Throttle dostarczył jej tyłek swoim braciom, po tym jak
zorientował się, że Rosie donosiła o manewrowaniu Bounty z wrogiem Chaosu.
Ona
tylko chciała, żeby jej facet był czysty. Czysty i wolny od czegoś, co miało
dwa zakończenia, jedno lub drugie pewne: albo go by to zabiło, albo uwięziło.
Wyglądało
na to, że Rosie miała zły gust, jeśli chodzi o mężczyzn.
To
miało się zmienić.
-
Jedziemy na Bounty czy co? - warknął Hound.
-
Są udupieni. Połowa z nich wyszła za kaucją, a Snap mówił, że pierwszą rzeczą,
o którą Rosie poprosiła, gdy zadzwonił na pogotowie, była policja — zauważył
Rush.
Hound
zrozumiał słowa Rusha, a następnie powtórzył do wszystkich w pomieszczeniu - Jedziemy
na Bounty czy co?
-
Jedziemy na Bounty.
To
było ciche. Ciche i złowrogie.
Od
Tacka.
Snapper
ruszył pierwszy, szarpnął drzwi do sali konferencyjnej Klubu i wbiegł prosto na
Tabithę Cage.
Żonę
Shy’a.
Córkę
Tacka.
-
To prawda? - warknęła.
-
Zejdź mi z drogi, Tab - powiedział cicho.
Jej
wzrok przesunął się poza niego i zażądała - Powiedz mi, że to nieprawda.
-
Kochanie, właśnie nad tym pracujemy – powiedział jej ojciec.
Cofnęła
się o krok i oświadczyła - Tak. A ja jadę z Shy’em.
–
Hm, co powiedziałaś? - Boz mruknął zza Snapa.
-
Nie mamy czasu na to, mała - syknął Snapper.
–
Właściwie to nie, kochanie. Mamy pracę do wykonania – powiedział Shy.
–
Ty też się tym nie zajmujesz – oznajmił Tack.
Shy
zwrócił się do swojego teścia.
-
Powtórzysz? – zapytał.
-
Zostajecie tutaj – zadekretował Tack.
Poważnie
to robili?
Teraz?
Rosalie
wciąż była w tym cholernym szpitalu. Zatrzymali ją tam na noc.
Miał
tyłki do skopania i kobietę, do której musiał wrócić.
-
Kto jedzie, ten jedzie, a kto nie, ten zostaje – zaczął Snapper i odwrócił
głowę do Tab – …a ty nie jedziesz.
-
Kto tak powiedział? – zapytała.
-
Ja tak mówię – odpalił.
-
Przepraszam, ale ona jest siostrą,
która ryzykowała życie dla Klubu, a ja
jestem siostrą, która pójdzie skopać im tyłki w odwecie. Zbieranie gangu, żeby
pobić dziewczynę? Słabe. Słabe i
żałosne – odparła Tab.
-
Nie masz dziecka, którym musisz się zająć? – zapytał Roscoe z większą
ciekawością niż odmową, a jej zmrużone oczy zwróciły się w jego stronę.
Potem
podniosła dłoń, której palce zaciśnięte były na mosiężnym kastecie. Kasecie Shy’a.
Hound dawał każdemu bratu takie w chwili, gdy zasłużyli na naszywkę. Na wierzchu
wyryto emblemat Chaosu, a nad każdym zgięciem litery układały się w jedno ze
słów dewizy Chaosu: Wiatr, Ogień, Jazda lub Wolność.
Shy
odczytał „Wiatr”.
Snapper
powiedział „Jazda”.
-
Nie masz nosa, który mogłabym złamać? - zapytała Roscoe.
Snapper
usłyszał ponury chichot Hound’a.
-
Mała, oddaj mi mój kastet - mruknął Shy.
-
Jadę! - krzyknęła.
-
Nie jedziesz i Shy zostaje tutaj, ale reszta z nas jedzie - oświadczył Tack.
-
Tato! - krzyknęła.
-
Tack - warknął Shy.
-
Tabby, chcesz pomóc, nie zatrzymuj nas, mamy gówno do zrobienia - warknął Tack,
a potem dodał - I myślę, że rozumiesz, że to dość ważne - Zwrócił się do Shy’a
- Aby zrobić to, co musimy zrobić, potrzebujesz się kontrolować. Nie będziesz
mieć kontroli.
-
Tak, jakby Snap miał kontrolę - mruknął Boz.
Snap
poczuł, jak jego szyja zrobiła się napięta, bo był gotowy do pokonania brata,
nawet jeśli tym bratem był Tack, by odjechać na Bounty.
Ale
oczy Tacka powoli przeniosły się na Snappera i zagrzmiał - Snap jedzie.
-
Czy to może się zdarzyć teraz? -
zapytał sarkastycznie Snapper.
-
Jedna z kobiet Chaosu musi złożyć oświadczenie - oznajmiła Tab.
-
Chryste - syknął Snapper - Czy można sprawić, by to głupie gówno zostało za
nami?
-
Dlaczego głupie? - odparła
Tab - Bo jestem dziewczyną?
-
Uh - pochylił się ku niej - …tak.
Pochyliła
się ku niemu - To właśnie nazywam głupim gównem.
-
Złożymy twoje oświadczenie za ciebie - wtrącił Hound.
Tab
odwróciła wzrok w stronę Hound’a, a nawet Snapper stracił trop z tym, co się
działo i zwrócił uwagę na wyraz, który wypełzł na jej śliczną twarz.
-
Nie przykładasz pięści do kobiety Chaosu - wyszeptała - Wy, faceci, macie
niepokojący trend, jeśli chodzi o wasze kobiety, które są wplątane w wasze
gówno. Więc kobieta Chaosu musi wykazać się, a Tyra może złamać obcas, Lanie
może złamać paznokieć, Carissa prawdopodobnie nawet nie wie, jak zacisnąć
pięść, Millie już przeszła swoją traumę, Sheila jest na Western Slope[2], a Bev
jest w pracy, więc to moja sprawa i jadę.
Tack
skończył z tym.
Snap
też.
Tack
zaczął to przed nim.
-
Zajmij się swoją kobietą – rozkazał Shy’owi - Rosalie zgłosiła incydent, musimy
do nich dotrzeć, zanim zrobi to policja. Nie mamy na to czasu. Będziemy potrzebowali
kaucji, ty i Pete się tym zajmiecie - Skończył z Shy’em i spojrzał przez ramię
na swoich braci - Reszta, jedziemy.
-
Tato! – krzyknęła Tab, ale Shy objął ją ramieniem, gdy reszta braci wytoczyła
się z pomieszczeń.
Przeszli
przez pokój wspólny Kompleksu do swoich motocykli ustawionych w rzędzie z
przodu przed nim.
Kiedy
wyruszyli w drogę, Tack był na czele, Hop za nim, a High jechał obok Hopa,
gdzie zwykle jechał Shy, jako jeden z poruczników Tacka (z Hop’em) i jako
sierżant broni klubu. Ale High dał znak Hop’owi i ten wycofał się.
Następnie
skinął na Snapa, który na to podjechał do przodu.
Ze
wszystkich, nie żeby zostawił wiele wątpliwości, spychając Specka tak jak to
zrobił, High wiedział, co myślał on o Rosalie.
Zajęcie
tego miejsca w formacji miało ogromne znaczenie.
Była
późna zima. Zimno. Ciemno. Noc już dawno zapadła.
Ale
Bounty będą wiedzieli, że nadchodzą.
Będą
przygotowani.
Będą
gotowi.
Będą
czekać.
I
byli.
*****
Snapper
wyczuł, że się budziła, i spojrzał na nią znad górnej krawędzi książki.
Odepchnął
to uczucie napięcia i gorąca, które wezbrało mu w środku.
Rozłożyli
Bounty na łopatki.
Po
obu stronach było mnóstwo złości.
Ale
Chaos miał doświadczenie i umiejętności. Joke walczył kiedyś na podziemnym ringu.
Hound, jak podejrzewał Snap, pił krew na śniadanie i jadł gwoździe na kolację,
a poza tym wszyscy byli szaleńcami. Boz był pół-szalony, ale to była dobra
połowa, jeśli chodziło o walkę. High i Tack mieli kobiety, na których im
zależało, zamieszane w gównianym gównie, High ostatnio, Tack niekoniecznie, ale
to gówno nigdy nie znikało, więc byli również zaangażowani w rozwiązywanie
problemów. Rush całkiem za bractwem, a kiedy bractwo miało misję, nawet jeśli
się z nią nie zgadzał, zawsze był w pełni zaangażowany w jej wykonanie. Hop
zawsze był ich człowiekiem walki wręcz. Grał w zespole rockowym, ale, szczerze
mówiąc, sposób, w jaki ten facet używał pięści, mógł być pretendentem do
pierwszego miejsca. Roscoe widział Rosalie. Speck musiał nadrobić zaległości.
A
Snapper miał motywację.
Ta
motywacja była tuż obok, leżała na szpitalnej poduszce.
Jej
piękna twarz była obrzmiała, oczy opuchnięte, usta popękane, nos ogromny,
złamany i tak zaklejony. Czerwień i plamy ustąpiły miejsca głębokiej,
rodzynkowo fioletowej czerni, rozlanej głównie wokół oczu. Były tam jaskrawe
zadrapania i głębokie rany, które świadczyły o tym, że Bounty nie zawracali
sobie głowy zdejmowaniem pierścionków. Miała zszyte ciało nad i przez jej lewą
brew, wzdłuż tej strony szczęki, i wiedział, pod bandażem na jej nosie, wzdłuż
lewej strony jego grzbietu.
Jej
gardło było usiane siniakami we wściekłym kolorze dżemu. Wzdłuż lewej strony i
na górze tchawicy znajdowały się wyraźne, cięższe przebarwienia, gdzie Throttle
wbił opuszki palców tak okrutnie, jakby chciał rozerwać jej gardło.
Snap
nie potrafił powiedzieć, skąd wiedział, że była przytomna. Jej oczy były teraz
tak opuchnięte, że nie były otwarte, bo nie mogła ich otworzyć. Ale tak jak
wcześniej, zobaczył, jak jej długie rzęsy trzepotały, więc zamknął książkę, odłożył
ją na bok i pochylił się ku niej.
-
Hej - wyszeptał.
Jej
głowa była odwrócona na bok, w jego kierunku.
Przekręciła
ją, by być zwróconą w drugą stronę.
Snapper
wyciągnął palce, ale zgiął je, zanim je zwinął wokół jej dłoni. Była również
spuchnięta i poznaczona siniakami, wszystkie kostki miała rozcięte i obolałe.
Nie
poczuł nic.
Rozważył
swój następny ruch.
Nie
zamierzał zmuszać jej do dalszych prób ucieczki, okrążając łóżko.
Zamiast
tego pochylił się nad nią.
-
Chcesz trochę prywatności, Rosie? - zapytał.
Nic
nie powiedziała, tylko odwracała swoją poobijaną twarz.
-
Mała, opuchlizna zejdzie, siniaki znikną i będziesz tak samo piękna… - zaczął
zapewniać.
-
Wynoś się - szepnęła.
Kurwa.
Kurwa!
-
Rosie…
-
Wynoś się - powtórzyła, wciąż cicha, krucha.
-
Chcemy mieć cię na oku - powiedział jej.
-
Nie - odpowiedziała.
Snap
nachylił się bliżej - Słonko…
Odwróciła
głowę tak, że leżała prosto na poduszce, a on zobaczył, że naciągnęła i
zacisnęła wargi, pokazując mu w ten sposób, że to sprawiało jej ból.
Nie
dowalili Bounty wystarczająco.
Nie
wystarczająco.
Nadal
mówiła słabo, ale nie poddała się - Nie chcę tu Chaosu. Nie chcę ciebie. Wynoś
się.
-
Rosie, dorwaliśmy ich, a potem policja ich dorwała, więc jesteś bezpieczna,
Słonko. Ale chcę się upewnić, że jesteś bezpieczna, więc…
-
Nigdy więcej nie chcę cię widzieć.
Snap
zamarł.
-
Wynoś się - powtórzyła.
-
Rosie - wyszeptał.
-
Everett, idź.
Wyciągnęła
ciężkie działa, jego prawdziwe imię.
To
było poważniejsze niż to, niż wcześniej wiedział, że było.
Spróbował
ponownie, głównie dlatego, że nie mógł się poddać.
-
Wpakowaliśmy się w gówno Specka, Rosie. Bracia są wkurzeni. Najechaliśmy na
Bounty. Wszyscy, uznaliśmy cię za jedną z naszych. To nie mogło się ostać,
Rosalie.
-
Nie powiem tego więcej - wyszeptała - Za pięć sekund wcisnę guzik wzywający
pomoc.
Położył
dłoń na jej dłoni, która naprawdę znajdowała się na pilocie z przyciskiem przywołania.
Wyciągnęła
ją, zabierając tym ruchem pilota i znów zacisnęła usta.
Nie
nalegał.
Spróbował
innej taktyki.
Posłał
jej uśmiech – No dalej, Scully. To ja. Wiesz, że masz...
To
było niewłaściwe posunięcie.
-
Nie jestem Scully, a ty zdecydowanie nie jesteś Mulder. Nie walczymy o prawdę,
wspierając się wzajemnie.
Gówno,
to było bolesne cięcie.
Pochylił
się ku niej - Mała, to nie dotyczy Specka. Wiem, jak to jest między nami, co
mamy… zawiodłem. Zawiodłem, pilnując…
-
Skończone, Everett. To już koniec. Jestem poza tym. A ty musisz odejść.
Snap
otwierał usta.
Podniosła
pilota.
Nadeszła
pora, żeby wyciągnął z siebie to wielkie gówno.
-
Jestem głęboko w tobie zakochany – przyznał cicho.
-
Więc się odkochaj – odpowiedziała cicho, ale jej głos był chropowaty, brzydki i
to nie tylko dlatego, że miała gardło zgniecione jak gówno.
-
Teraz już pójdę, ale wrócę – powiedział jej.
-
Nie rób tego.
-
Będę się tobą opiekował.
-
Nie, nie będziesz.
-
Jeszcze nie skończyliśmy, ty i ja.
-
Tak... my... skończyliśmy.
Przysunął
się tak blisko, jak tylko mógł.
I
to tam wyłożył.
-
Zakochałem się w tobie, gdy byłaś z Shy’em i jeśli myślisz, że teraz, gdy
najbardziej mnie potrzebujesz, teraz, gdy w końcu, kurwa, w końcu mam wolną drogę, poddam się, pomyśl jeszcze raz, Rosie.
Jesteś zraniona i wkurzona i ja to rozumiem. Ale cię nie porzucę. Nie obchodzi
mnie, w jaki sposób będę cię miał w swoim życiu: czy jako moją, czy w jakikolwiek
inny sposób, w jaki pozwolisz mi tam być, ale jakkolwiek to będzie, nie poddam
się. Nigdy, Rosalie. Nie zrezygnuję z ciebie.
Będziesz w moim życiu, a ja będę w twoim. Masz to na sto procent.
Wyjaśnił
jej to, bo musiał, a ona musiała to pojąć.
Ale
nie naciskał dalej.
Podniósł
się, pocałował ją w czoło, wyprostował się, chwycił swoją książkę...
I
odszedł.
Na
razie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz